Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 55 z 73 ]

1

Temat: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Wiem, że tego jest dużo, chciałam się wyżalić, napisane chaotycznie, ale też pod wpływem emocji, więc przepraszam za to, ale a nóż ktoś to przeczyta, a miał podobny problem
Z góry dziękuję tym wytrwałym, którzy przeczytają to do końca

Brzmi trochę depresyjnie. Depresji raczej nie mam, ale miewam czasem stany depresyjne. Studiuję dosyć wymagający kierunek, który jest bardzo trudny, nawet dobrzy studenci na niego narzekają, a mi wiele przedmiotów sprawia tam po prostu trudność, ale nie chcę ich rzucać, bo już 2 lata się przemęczyłam, tyle wyrzeczeń, stresu, szkoda, żeby poszło na marne (studia jednolite, bez licencjatu).
Na pierwszym roku sporo było przedmiotów, które mnie interesowały, były na naukę na pamięć. Teraz na 2 roku większość to obliczenia albo teoria z obliczeniami (matma, chemia, fizyka). Przez liczne poprawki straciłam pewność siebie. To nie tak, że jedno kolokwium zawaliłam i panikuję, ja prawie z wszystkiego łapałam poprawki, nawet do ostatnich terminów, gdzie na 1 roku szło mi całkiem nieźle. Jak rok temu mówiłam sobie "ucz się, a zdasz to teraz i będziesz miała później spokój" to w tym roku, od grudnia straciłam ten tok myślenia, gdyż mimo nauki nie wychodziło, zaczęłam nawet odpuszczać i myśleć "i tak jestem z tego słaba, a ktoś musi oblać, więc będę to ja" i nie mogę się tego pozbyć. Mama z siostrą się mnie pytały, czemu zawsze zakładam, że to ja nie zdam (ostatnie 2 semestry zdałam egzaminy na warunkach, więc się prześlizgnęłam dosłownie), a ja powiedziałam, że jak mi szło na 1 roku to przez liczne niepowodzenia brak mi pewności siebie.
Kiedyś tańczyłam, dużo trenowałam i byłam w tym dobra (tańce nowoczesne, zumba), nawet zrobiłam licencję na instruktora. W wakacje chciałam sobie przypomnieć, jak się to robi, zapisałam się na kilka zajęć do trenera i wtopa, bo szczególnie na początku, po ponad rocznej przerwie mało co pamiętałam, średnio mi szło, aż wstyd, żeby instruktor tak mało umiał (gdzie kiedyś byłam na prawdę dobra).
Byłam też dobra z języków (angielski, francuski), może nie super dobra, ale byłam na całkiem dobrym poziomie, nauczyciele mnie chwalili i lubili, bardzo łatwo mi słówka wchodziły, rozumiałam to, ale przez natłok zupełnie innych przedmiotów na studiach to np. z angielskiego z poziomu rozszerzonej matury cofnęłam się do podstaw, wielu konstrukcji nie pamiętam.
Nie potrafię też znaleźć swojego miejsca. Jak jestem na studiach to marzę o powrocie do domu rodzinnego a w domu rodzinnym chcę wrócić na studia. Na studiach chciałam sobie znaleźć rozrywkę i wrócić do tańca, ale szkoły miały zajęcia pn-pt, gdzie w tygodniu miałam naukę i pasowały mi tylko weekendy praktycznie. Tak więc jak byłam w mieście studenckim to kojarzyłam go tylko z przewlekłego stresu, aż mam ciarki jak pomyślę, że niedługo tam wracam, bardzo tego nie chcę, ale też w domu nie chcę być, bo niby mam fajną rodzinę, ale po dłuższym kontakcie mam już dosyć, niby mnie kochają, ale widzę, że mają mnie za małą dziewczynkę, a nie 22- letnią kobietę, jak się radzą to między sobą, czasem jak chce coś powiedzieć np. przy obiedzie to muszę krzyczeć, bo mi przerywają i czuję się tam jak dziewczynka a nie pełnoletnia osoba, która jakby się uprzeć mogłaby mieć już rodzinę.
Mam wielu znajomych, ale nie mam niestety bliższych przyjaciół. Mam z kim wyskoczyć na kawę, ale nie mam kogoś takiego do powierzania sekretów czy trosk. Bardzo źle znoszę stres na studiach i też nie mam wtedy wsparcia. Dzwonię do rodziny i rozmawiam z nimi, bo rozmowa z bliskimi mi pomaga, ale to nie to samo. Na wakacje też za bardzo nie ma z kim jechać, ostatnie 2 lata byłam z rodzicami nad morzem, bo znajomi wolą siedzieć przed komputerem, ciężko ich nawet gdzieś wyciągnąć
Nie mam też chłopaka, chociaż bardzo bym chciała mieć. Nie jestem desperatką, na studiach było 2 takich, którzy chcieli ze mną być i to bardzo, ale ja nic do nich nie czułam, lubiłam ich, ale nie pociągali mnie. Za to z pół roku temu zakochałam się i to bardzo w koledze z sąsiedniej grupy, z którym miałam często zajęcia i wykłady. Robiłam na prawdę dużo, nie desperacko, ale dawałam wiele sygnałów i otwierałam wiele dróg, bo nie chciałam być "sztucznie" niedostępna, wręcz przeciwnie- chciałam wiedzieć, że nie okazja na fajnego faceta przeszła mi przed nosem. Nie powiedziałam mu wprost, robiłam delikatne podchody- jak z nim pisałam, gadałam. Nawet jeden kolega z roku chyba zauważył i się mnie spytał i potwierdziłam, opowiedziałam mu o sytuacji i sam przyznał, że bardzo dobrze, że działam a nie siedzę bezczynnie, ale potem stwierdziliśmy, że Adam (jego imię) po prostu nie był mną zainteresowany, a chyba zauważył, że lubię go i to bardzo, bo zaczął mi mówić podczas rozmów, że nie jest gotowy na posiadanie dziewczyny (mówił to wielokrotnie, mimo że nie pytałam). Bardzo mnie to zabolało, bo to nie było zwykłe zauroczenie. Znałam jego wady, mimo to bardzo mi na nim zależało. Miał problem z jednym przedmiotem do zaliczenia to go motywowałam. On sam mi wiele razy pomógł i to jego charakter mnie ujął (bo z wyglądu nie był modelem, ale nie przeszkadzało mi to). Dochodziłam niestety potem trochę do siebie i było mi po prostu przykro. Najgorsze jest też to, że nie mam za bardzo możliwości poznać nowych facetów, bo o ile w większych miastach widzę sporo panów do wyboru (jak byłam w stolicy 3 lata temu to widziałam kilku fajnych na ulicy), ale teraz nie ma absolutnie nikogo, z kim chciałabym się chociaż umówić (prócz tego chłopaka). To też mnie dołuje, że nie ma nawet szansy na poprawę sytuacji. Mówi się, że szczęścia nie powinno się uzależniać od drugiej osoby, ale prawda jest taka, że jak się długo jest samotnym to można nawet depresji dostać, bo człowiek nie jest stworzony do samotności, poza tym nie znam singla, który tak mówi, tak twierdzą tylko ci w związkach. Nawet moja mama, która nie jest staroświecka powtarza, że wybór partnera to najważniejszy wybór w życiu, bo pracę możesz zmienić, studia możesz zmienić, miejsce zamieszkania też, ale w trudnych chwilach otrzymujesz wsparcie i to jest bezcenne. I to prawda. Ja nie mam wsparcia w partnerze i to boli. Samotność jest dobra, tak maks do 2 lat, nie całe życie. Teraz, jak jestem na studiach i jest mi ciężko to odliczam dni powrotu do domu, do rodziny, do miejsca, gdzie komuś na mnie zależy i wiem, że np za miesiąc spotkam się z bliskimi a jak pomyślę, że wrócę z pracy i zastanę tylko 4 ściany to autentycznie popadnę w depresję. W tym roku w mieszkaniu studenckim byłam sama przez około tydzień. Tylko ja i książki. Jeden współlokator wrócił do domu, bo nie miał zajęć, inna dziewczyna była w szpitalu, jeszcze inna wyjechała do chłopaka i siedziałam sama, myślałam, że oszaleję i bardzo się ucieszyłam, jak wreszcie ktoś wrócił
Nieustanny stres, mnóstwo nauki, brak bliższych relacji z ludźmi i poczucie samotności- przez te uczucia, które mi towarzyszą nieustannie od wielu lat teraz czuję się wypalona, bez energii, nie chcę mi się myśleć nawet o przyszłości, a jak myślę o niej to się boję. Kiedyś potrafiłam się ładnie ubrać, umalować, teraz nie chce mi się. Czuję się wypalona
Nie chcę być kurą domową, ale marzę o ślubie i o jednym dziecku i fajnej pracy. To chyba nie jest aż tak wiele?
Mam 22 lata a czuję się, jakbym miała dużo, dużo więcej.
I cały czas te obawy: że podwinie mi się noga na studiach i będę musiała poprawiać przedmiot, że nie znajdę nigdy partnera do dzielenia życia (niby mówi się, że jestem młoda i mam czas, ale już w liceum liczyłam na jakąś pierwszą miłość  i nic, a 6 lat zleciało jak mrugnięcie okiem, za kolejne tyle to ja już będę w pracy)
Na prawdę przez nieustanny stres, natłok nauki, brak przyjaciela czy chłopaka sprawił, że często mam doła, nie mam na nic siły ani ambicji, prawie nic mi się nie chce. Nawet już nie widzę sensu w miłości, zaczynam się zastanawiać, czy jest coś takiego jak miłość, czy ludzie się wiążą ze sobą, żeby tylko być i udają, że jest dobrze, bo to wcale nie tak łatwo trafić tak, żeby 2 osoby się w sobie zakochały.
Chciałam wziąć się w garść, przestać użalać nad sobą i poszłam do mojego zaufanego lekarza rodzinnego i opowiedziałam o sytuacji. Powiedział w zaufaniu, że w moim zawodzie nie mogę mieć wpisu o leczeniu psychiatrycznym (bo mogę mieć niezłe problemy w przyszłości), nawet skierowanie do psychologa będzie wyglądało nieciekawie. Polecił, żebym poszła do psychologa na uczelni. Jednak psycholog z uczelni przyjmuje raz w tygodniu w największych godzinach zajęć. Chciałam iść prywatnie, ale jak zobaczyłam ceny 100-150 zł za godzinę to zdecydowanie nie na moją kieszeń, tak do 50 zł mogłabym dać, ale na więcej mnie nie stać po prostu
Miał ktoś może podobny problem?

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Nawet na jednolitych studiach można zrobić licencjat i skończyć po 3 latach. Więc może o tym pomyśl? Po prostu różnica jest taka, że ten licencjat nie jest obowiązkowy. Musiałabyś dopytać na uczelni jak to wygląda w praktyce.
Po drugie, znajdź sobie jakieś koleżanki. Siedzisz sama i narzekasz, ale nic konkretnego nie robisz. Chcesz się rozwijać, to się rozwijaj. Chcesz mieć znajomych, to sobie ich znajdź. Oni sami nie przyjdą jak będziesz cały tydzień siedzieć w mieszkaniu.
Po trzecie, nie ogarniam Twojego lekarza rodzinnego. Jeżeli potrzebujesz pogaadć z psychologiem to idź i pogadaj. No chyba, że potencjalna przyszła kariera jest dla Ciebie ważniejsza niż Twoje zdrowie psychiczne, to nie mamy o czym rozmawiać. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić zawodu, w którym rozmowa z psychologiem by tak źle wyglądała. Pomijając już to, że mamy tajemnicę lekarską i nikt w Twoje papiery od rodzinnego zaglądał nie będzie. Poza tym rodzinnego można zmienić, możesz się wyprowadzic 300km dalej i nikt, absolutnie nikt nie będzie Twojej karty wysyłał z jednej placówki do drugiej. Więc nikt też się nie dowie o tym, że miałaś skierowanie i wizytę u psychologa.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

3

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

Nawet na jednolitych studiach można zrobić licencjat i skończyć po 3 latach. Więc może o tym pomyśl? Po prostu różnica jest taka, że ten licencjat nie jest obowiązkowy. Musiałabyś dopytać na uczelni jak to wygląda w praktyce.
Po drugie, znajdź sobie jakieś koleżanki. Siedzisz sama i narzekasz, ale nic konkretnego nie robisz. Chcesz się rozwijać, to się rozwijaj. Chcesz mieć znajomych, to sobie ich znajdź. Oni sami nie przyjdą jak będziesz cały tydzień siedzieć w mieszkaniu.
Po trzecie, nie ogarniam Twojego lekarza rodzinnego. Jeżeli potrzebujesz pogaadć z psychologiem to idź i pogadaj. No chyba, że potencjalna przyszła kariera jest dla Ciebie ważniejsza niż Twoje zdrowie psychiczne, to nie mamy o czym rozmawiać. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić zawodu, w którym rozmowa z psychologiem by tak źle wyglądała. Pomijając już to, że mamy tajemnicę lekarską i nikt w Twoje papiery od rodzinnego zaglądał nie będzie. Poza tym rodzinnego można zmienić, możesz się wyprowadzic 300km dalej i nikt, absolutnie nikt nie będzie Twojej karty wysyłał z jednej placówki do drugiej. Więc nikt też się nie dowie o tym, że miałaś skierowanie i wizytę u psychologa.

Nie zawsze. Są kierunki mgr w 5 a nawet 6 lat bez licencjatu. Tak było na kierunkach medycznych i przez długi czas na prawie i na psychologii. Nie wiem jak jest teraz. Sama kończyłam jednolite, bo tylko takie wtedy były, ale potem wprowadzili system boloński, zrobił się spory chaos i "system mieszany"...
Moim zdaniem: studiuj dalej, jak pójdziesz do pracy, to nikt nie będzie oglądał Twojego indeksu, ale dyplom owszem zwrócą uwagę: jest, czy go nie ma.
W kwestii głowy i samopoczucia - psycholog, a jak stwierdzisz, że "p... głupoty", to psychiatra. Na próbę, bo nie zawierasz z nimi długoterminowej umowy ani ślubu.

4

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
SanTi napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Nawet na jednolitych studiach można zrobić licencjat i skończyć po 3 latach. Więc może o tym pomyśl? Po prostu różnica jest taka, że ten licencjat nie jest obowiązkowy. Musiałabyś dopytać na uczelni jak to wygląda w praktyce.
Po drugie, znajdź sobie jakieś koleżanki. Siedzisz sama i narzekasz, ale nic konkretnego nie robisz. Chcesz się rozwijać, to się rozwijaj. Chcesz mieć znajomych, to sobie ich znajdź. Oni sami nie przyjdą jak będziesz cały tydzień siedzieć w mieszkaniu.
Po trzecie, nie ogarniam Twojego lekarza rodzinnego. Jeżeli potrzebujesz pogaadć z psychologiem to idź i pogadaj. No chyba, że potencjalna przyszła kariera jest dla Ciebie ważniejsza niż Twoje zdrowie psychiczne, to nie mamy o czym rozmawiać. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić zawodu, w którym rozmowa z psychologiem by tak źle wyglądała. Pomijając już to, że mamy tajemnicę lekarską i nikt w Twoje papiery od rodzinnego zaglądał nie będzie. Poza tym rodzinnego można zmienić, możesz się wyprowadzic 300km dalej i nikt, absolutnie nikt nie będzie Twojej karty wysyłał z jednej placówki do drugiej. Więc nikt też się nie dowie o tym, że miałaś skierowanie i wizytę u psychologa.

Nie zawsze. Są kierunki mgr w 5 a nawet 6 lat bez licencjatu. Tak było na kierunkach medycznych i przez długi czas na prawie i na psychologii. Nie wiem jak jest teraz. Sama kończyłam jednolite, bo tylko takie wtedy były, ale potem wprowadzili system boloński, zrobił się spory chaos i "system mieszany"...
Moim zdaniem: studiuj dalej, jak pójdziesz do pracy, to nikt nie będzie oglądał Twojego indeksu, ale dyplom owszem zwrócą uwagę: jest, czy go nie ma.
W kwestii głowy i samopoczucia - psycholog, a jak stwierdzisz, że "p... głupoty", to psychiatra. Na próbę, bo nie zawierasz z nimi długoterminowej umowy ani ślubu.

No a ja właśnie wiem, jak jest teraz, bo wiem, jak studiują moi znajomi. I wiem, że na 5 letnich studiach można, jeżeli się chce, zrobić licencjat i skończyć po 3 latach. Znam ludzi, którzy właśnie tak studia kończyli (właśnie np. psychologię) i nie robili już dodatkowych 2 lat pomimo tego, że ich studia oficjalnie były jednolite magisterskie. Więc się da tylko trzeba dopytać.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

5

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:

Chciałam wziąć się w garść, przestać użalać nad sobą i poszłam do mojego zaufanego lekarza rodzinnego i opowiedziałam o sytuacji. Powiedział w zaufaniu, że w moim zawodzie nie mogę mieć wpisu o leczeniu psychiatrycznym (bo mogę mieć niezłe problemy w przyszłości), nawet skierowanie do psychologa będzie wyglądało nieciekawie. Polecił, żebym poszła do psychologa na uczelni. Jednak psycholog z uczelni przyjmuje raz w tygodniu w największych godzinach zajęć. Chciałam iść prywatnie, ale jak zobaczyłam ceny 100-150 zł za godzinę to zdecydowanie nie na moją kieszeń, tak do 50 zł mogłabym dać, ale na więcej mnie nie stać po prostu

Takie stanowisko lekarza to normalny ciemnogrod, nic wiecej; lepiej się męczyc niż poszukać pomocy, bo się przypnie nieodpowiednią łatkę. Przeciez konsultacja jest tez po to, by ktoś mogl ocenic, czy potrzebujesz pomocy, czy raczej możesz radzic sobie sama.
Jeśli jednak stanowczo nie chcesz zasiegac porady, to sa i inne sposoby radzenia sobie ze stresem czy złym samopoczuciem, ale od razu mowie (z doświadczenia), ze znacznie mniej skuteczne. Medytacja, grupy wsparcia - w dużych miastach sa grupy depresantow.

Bo inaczej to już tylko pozostają truizmy - otworzyć się na ludzi, ruszyc się gdzies, poszukać towarzystwa, wziąć się do nauki, zmienić nastawienie. Nie bardzo przekonuje, prawda?

6

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Dziękuję Wam, że przeczytaliście ten dłuuugi tekst, to wiele dla mnie znaczy, że ktoś mnie w ogóle wysłuchał

Lady Loka- niestety studiuję analitykę medyczną. Mój kierunek jak i lekarski, farmacja oraz stomatologia mają to do siebie, że nie mają licencjatów, bo przez pierwsze 3 lata są praktycznie same nauki podstawowe, po których nie dało by się nawet pracować w zawodzie, bo nie ma się takiej wiedzy. Przedmioty zawodowe zaczynają się dopiero od 4 roku, może w połowie 3. No lekarz po 3 latach to nie wyleczyłby zbyt wielu osób. U mnie to samo- miałam wiele bardzo trudnych egzaminów z anatomii, chemii, matematyki, ale nic tak ściśle związanego z zawodem.
Staram się wychodzić do ludzi, często chodzę biegać lub na zwykły spacer. Zapisałam się nawet do szkoły policealnej, ale na spacerze czy bieganiu raczej nikogo się nie pozna, policealna to też pomyłka. Poza tym koleżanki mam. Mam z kim wyskoczyć na kawę czy coś. Nie mam bliższych znajomych, z którymi mogłabym pojechać np. na wakacje nad morze, zimą w góry, bo ludzi z mojego otoczenia nie interesuje podróżowanie. Jak idę z kimś na miasto to zamiast się wyluzować to zaraz ktoś rzuci "a z czego się uczycie na następne kolokwium?" albo narzekanie "mam już dosyć tych studiów" i to ja zawsze pocieszam koleżanki a sama ledwo żyję i leżę psychicznie.
Zapomniałam napisać, że moim rodzinnym jest mój tata. Twierdzi on że psychotropy bardzo otłumaniają (nie wiem, czy dobrze to napisałam) i lepiej ich nie brać, jak pytałam, czy mogę dostać skierowanie do psychologa, żeby mieć za darmo to powiedział, żeby lepiej nie mieć żadnych wpisów o leczeniu psychiatrycznym, nawet psycholog nie wygląda za dobrze w papierach. Podałam nawet argument, że koleżanka, która studiuje medycynę mówiła, że warto skorzystać z pomocy psychiatry to on powiedział, że ma większe doświadczenie i więcej widział i wie, że mieć wpis o leczeniu psychiatrycznym może przeszkodzić potem w życiu. Powiedział, że ma koleżankę, właśnie po analityce medycznej, która pracowała a laboratorium, zmarł jej mąż, poszła na zwolnienie zdrowotne, leczyła się na depresję i jak chciała po czasie wrócić do pracy, jak już była w lepszym stanie to znaleźli adnotację, że była leczona psychiatrycznie i nie pozwolili jej wrócić, dopóki nie przyniesie zaświadczenia, że jest zdrowa psychicznie. Może powinnam pójść do rodzinnego w moim mieście studenckim i się spytać, czy to w ogóle prawda? No nie wiem.... boję się obcej osobie zwierzać. Mama pielęgniarka, więc oboje z branży teoretycznie.
Psycholog prywatnie byłby dobry, ale nie mam na to pieniędzy.

San Ti- tak to prawda, chociaż pojawiła mi się kiedyś reklama w internecie "studiuj prawo w 3 lata!" i nie wiem, o co to chodziło. U mnie na analityce (i na 3 innych wyżej wymienionych kierunkach) niemożliwy byłby licencjat

Benita72- tata jest moim rodzinnym, mama pielęgniarką jak oni mówili, że to nic dobrego, to w to wierzyłam, bo leczyli mnie od małego. Sami zdiagnozowali u mnie depresję w liceum, jak nie chciałam jeść, czy choćby wstać z łóżka to sami powiedzieli, że to "lekkie objawy depresji", chociaż teraz, jak sama studiuję to wiem, że to nie były "lekkie" objawy depresji tylko na prawdę ciężka depresja, bo miałam ciemne myśli typu "szkoda, że mnie dzisiaj żaden autobus nie przejechał". Pytałam ich, czy mogę iść do psychologa, to twierdzili, że to małe miasto i nie ma nawet nikogo dobrego w okolicy, a poza tym jak nawet ostatnio im powiedziałam, że chciałabym iść do specjalisty, że mam doła przez nieustanny stres, poprosiłam tatę o skierowanie do psychologa, ale usłyszałam tylko "co ci psycholog pomoże?". Moja mama rzuca od zawsze tekstami "weź się w garść i zdaj ten egzamin" albo "musisz się spiąć i nauczyć się tego". Staram się dzwonić do mamy codziennie na studiach, spytać się co słychać, żeby chociaż 10 minut pogadać. Matka cały czas rzuca mi te teksy wcześniej wymienione i się chwali jakim jest super coachem. A większość osób raczej wie, że nie ma nic gorszego, niż powiedzieć osobie z depresją, żeby wzięła się w garść. W dodatku uważa, że jest super matką, która wspiera swoje dzieci, bo niektóre matki to je same potrzebują wsparcia a ona taka ekstra, bo mi tak pomaga.
W szkole kiedyś pedagog szkolna mnie wzięła na rozmowę, bo przez depresję opuściłam się w nauce i to solidnie, bo z ucznia z paskiem miałam nagle średnią 3,5 i pogadałam z nią, wyzywałam na szkołę, na stres, ona mnie uspokoiła, nie pamiętam, co dokładnie mówiła, ale czułam się trochę lepiej po tej rozmowie.
Ja wiem, że rodzice chcą dla mnie dobrze, dlatego im zawsze ufam i boję się, że jakbym chciała wyjechać za granicę (bo w Polsce średnio z zarobkami chyba w każdej dziedzinie) to wpis o leczeniu psychiatrycznym może mi zaszkodzić. Rodzice mówią, że muszę przetrzymać tylko studia i od razu nastrój mi się poprawi, bo odniosę jakiś sukces, a nie tylko ciągłe poprawy i nauka.
W dodatku ostatnio się z rodzicami nawet pokłóciłam. Otóż ja zawsze byłam lepsza z przedmiotów humanistycznych: polski, historia mi zawsze szybko wchodziły, wystarczy, że coś raz przeczytałam i już wiedziałam, ale nie interesowałam się tym jakoś bardzo, średnio lubiłam czytać lektury, ale zawsze byłam wrażliwa i interesowałam się sztuką, przez co wypracowania na egzaminach miałam oceniane prawie na maksa a polonistki mnie chwaliły. Na egzaminie gimnazjalnym najlepsze wyniki miałam z polskiego i historii a najsłabsze z matmy i części przyrodniczej. Pamiętam, że po 1 klasie liceum musiałam wybrać rozszerzenie, zastanawiałam się nad profilem pol-hist, ale rodzice powiedzieli, że pomogą mi z biologią i chemią, bo to ich dziedzina, pójdę na lekarski i będzie git. I uwierzyłam w to, a skończyło się tak, że rodzice ciągle powtarzali, że czegoś nie pamiętają, bo to było dawno temu, wysłali mnie na korki, do i tak najlepszej osoby w okolicy (chociaż i tak średnio uczyła). Matura poszła mi źle. Postanowiłam ją poprawić i znowu to samo- codziennie się uczyłam a napisałam maturę tak, jakbym nie uczyła się nic. Nie dostałam się ani na lekarski, ani na farmację, została analityka, na której średnio sobie radzę, bo jest dużo przedmiotów, z których jestem po prostu słaba i czuję się jak debil nie potrafiąc czegoś policzyć. Wypomniałam to rodzicom to się na mnie wkurzyli, że to wcale nie jest prawda. Jeszcze mi wypominają, że tyle kasy na korki poszło a nie poszła mi matura i że wcale nie interesowałam się historią i polskim, więc skąd ten pomysł. No nie interesowałam się, ale te przedmioty mi szły łatwo. Nie lubiłam czytać lektur, ale lubiłam czytać inne książki. Lubiłam pisać wypracowania. Historia mnie nie interesowała nigdy, ale nie wiem skąd, ale potrafię kojarzyć i łączyć z niej fakty tak, że przy minimalnym wysiłku potrafię bardzo dużo zapamiętać, gdzie nad chemią i matmą siedzę i nie wiem nawet za co się zabrać, bo się boję tych przedmiotów. Jednak teraz już za późno na rozpatrywanie. Moja młodsza siostra wybrała pol-hist i bardzo jej zazdroszczę z tego powodu. Niby mogłabym się wziąć w garść, pouczyć i zdać maturę z przedmiotów humanistycznych, ale ja nie mam na to już siły. Moim marzeniem jest już być na 5 roku, skonczyć te studia i iść do pracy, usamodzielnić się.
Z tymi truiznami to prawda- cały czas słyszę je od rodziców. Zapomniałam jeszcze dodać, że moi rodzice to hipokryci- twierdzą, że psychiatra nie jest od rozmowy tylko od wypisania leków, a psychologiem może zostać każda przypadkowa osoba i nie warto do takiego iść. Rodzinny też może wypisać psychotropy. Mój tata twierdzi, że one otłumaniają i mi ich nie przepisze, ale ma jedną pacjentkę, studentkę stomatologii, która ma podobny problem co ja- nie radzi sobie ze stresem i jej wypisuje leki już od jakiś 3 lat. Gdzie tu logika?

7

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Zapomniałam napisać, że moim rodzinnym jest mój tata. Twierdzi on że psychotropy bardzo otłumaniają (nie wiem, czy dobrze to napisałam) i lepiej ich nie brać, jak pytałam, czy mogę dostać skierowanie do psychologa, żeby mieć za darmo to powiedział, żeby lepiej nie mieć żadnych wpisów o leczeniu psychiatrycznym, nawet psycholog nie wygląda za dobrze w papierach. Podałam nawet argument, że koleżanka, która studiuje medycynę mówiła, że warto skorzystać z pomocy psychiatry to on powiedział, że ma większe doświadczenie i więcej widział i wie, że mieć wpis o leczeniu psychiatrycznym może przeszkodzić potem w życiu. Powiedział, że ma koleżankę, właśnie po analityce medycznej, która pracowała a laboratorium, zmarł jej mąż, poszła na zwolnienie zdrowotne, leczyła się na depresję i jak chciała po czasie wrócić do pracy, jak już była w lepszym stanie to znaleźli adnotację, że była leczona psychiatrycznie i nie pozwolili jej wrócić, dopóki nie przyniesie zaświadczenia, że jest zdrowa psychicznie. Może powinnam pójść do rodzinnego w moim mieście studenckim i się spytać, czy to w ogóle prawda? No nie wiem.... boję się obcej osobie zwierzać. Mama pielęgniarka, więc oboje z branży teoretycznie.
Psycholog prywatnie byłby dobry, ale nie mam na to pieniędzy.

Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób przy tajemnicy lekarskiej ktokolwiek miałby się dowiedzieć o tym, że byłaś na wizycie u psychologa? To jest praktycznie niemożliwe. Nikt Twoich papierów nie ma prawa przeglądnąć jeżeli Ty się na to nie zgodzisz, a takiej zgody nie musisz wyrażać.
Koleżanka Twojego taty poszła na zwolnienie lekarskie od psychiatry, to jest zupełnie inny przypadek niż pójście na konsultację albo serię darmowych 3 wizyt diagnozujących (bo jeżeli chcesz mieć terapię, to trzeba na nię troszkę poczekać).

Zmień lekarza. Tata nie będzie wobec Ciebie tak obiektywny jak powinien być. Psycholog też jest po studiach i tylko psycholog może pomóc w tym wypadku. Psychiatra wypisze Ci leki, których póki co nie potrzebujesz, ale same leki nic nie dają jeżeli nie idą w parze z terapią. Swoją drogą do psychiatry można iść bez skierowania. Przepisywanie psychotropów przez lekarza rodzinnego jest potwornie nieodpowiedzialne, serio.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

8

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Mogę tak na koniec jeszcze dodać, że z tydzień temu była taka sytuacja, bardzo nieprzyjemna dla mnie. Żaliłam się rodzicom, że nie radzę sobie ze stresem, nie wiem co mam zrobić. Powiedzieli, żebym rzuciła te studia, ale powiedziałam, że szkoda mi tych 2 lat, które już przeżyłam, 2 lat stresu i ciężkiej pracy. Mówiłam, że chciałam pomocy, ale jak zwykle "a co ci pomoże psycholog?". W pewnym momencie nawet powiedziałam, że jak miałam problemy w okresie maturalnej to trochę się wyżaliłam mojemu kuzynowi Karolowi, że mi jest źle. Matka się wtedy wściekła, uderzyła mnie i powiedziała, że żałuje, że jestem jej córką. Tak, to właśnie usłyszałam, a zaznaczam, że nie jestem z wpadki. Krzyczała, że jestem tak okropna jak jedna nasza daleka ciotka, że jestem tak głupia jak ona.
A o co poszło? Karol to mój bliski kuzyn, syn siostry taty. Rodzice go nie lubią, uważają go za patologię, bo skończył "bylajaki kierunek", bo turystykę, jest leniwy i mało ambitny a w przeszłości bił się z kolegami. I to wszystko prawda, ale mam z nim od wielu lat bardzo dobry kontakt, pociesza mnie, radzę się go (jak w sprawie tego chłopaka opisanego w poście). Moja mama z siostrą zaczęły mi robić wyrzuty, że obcym się nie należy zwierzać z problemów, bo zostanie to wykorzystane przeciwko nam. To jest prawda, ale Karol nie jest dla mnie nikim obcym. Zawsze chciałam mieć takiego brata jak on. Za to mam toksyczną siostrę, którą opisywałam w jednym poście. Prosiłam rodziców, żeby jej nie mówili, że matura mi nie poszła, ale oni i tak jej powiedzieli, bo "i tak by się wydało" no i jak się siostra na mnie wkurzy o coś nawet bez powodu, bo ma do tego talent, to krzyczy do mnie, że jestem tępa, bo słabo napisałam maturę, gdzie "obca" osoba Karol nigdy mi nic złego nie powiedziałam wręcz przeciwnie- zawsze jakieś ciepłe słowo usłyszałam.
Mama mi potem powiedziała "przepraszam, że cię uderzyłam" i znowu mamy dobre relacje, ale mam ciągle za uszami te słowa "żałuję, że jesteś moją córką". Mam tak dlatego, że od wielu lat mam wyrzuty sumienia, że w ogóle się urodziłam. Czuję, że mam wykształconych rodziców, a ja jestem taka tępa, że na pewno by chcieli jakieś ambitne dziecko, które by miało sukcesy w życiu, a nie mnie, którą trzeba bez przerwy ciągnąć.
Brak bliskiej osoby mnie też wykańcza. W wieku dorosłym nikt się nie będzie zwierzał rodzicom z problemów, od tego są przyjaciele oraz partner, których nie mam i bardzo mi z tego powodu smutno

9

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Jaką specjalizację ma Twój ojciec ? Jeśli chodzi o psychiatrię i psychologię to on najwyraźniej mało wie i ma poglądy (bez urazy) "przedwojenne". Mamy XXI wiek i naprawdę całe mnóstwo ludzi wszelkich zawodów korzysta z pomocy psychiatrów i psychologów. Depresja, nerwice to są już prawie choroby społeczne. Żyjemy w takich czasach w jakich żyjemy. Niestety. Radzę Ci więc skończyć słuchania w tych sprawach rad od rodziny. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że potencjalny pracodawca będzie Ci sprawdzał kartę medyczną. Mamy RODO itd.

"Z gówna bata nie ukręci"  NieGall Anonim

10

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

Zapomniałam napisać, że moim rodzinnym jest mój tata. Twierdzi on że psychotropy bardzo otłumaniają (nie wiem, czy dobrze to napisałam) i lepiej ich nie brać, jak pytałam, czy mogę dostać skierowanie do psychologa, żeby mieć za darmo to powiedział, żeby lepiej nie mieć żadnych wpisów o leczeniu psychiatrycznym, nawet psycholog nie wygląda za dobrze w papierach. Podałam nawet argument, że koleżanka, która studiuje medycynę mówiła, że warto skorzystać z pomocy psychiatry to on powiedział, że ma większe doświadczenie i więcej widział i wie, że mieć wpis o leczeniu psychiatrycznym może przeszkodzić potem w życiu. Powiedział, że ma koleżankę, właśnie po analityce medycznej, która pracowała a laboratorium, zmarł jej mąż, poszła na zwolnienie zdrowotne, leczyła się na depresję i jak chciała po czasie wrócić do pracy, jak już była w lepszym stanie to znaleźli adnotację, że była leczona psychiatrycznie i nie pozwolili jej wrócić, dopóki nie przyniesie zaświadczenia, że jest zdrowa psychicznie. Może powinnam pójść do rodzinnego w moim mieście studenckim i się spytać, czy to w ogóle prawda? No nie wiem.... boję się obcej osobie zwierzać. Mama pielęgniarka, więc oboje z branży teoretycznie.
Psycholog prywatnie byłby dobry, ale nie mam na to pieniędzy.

Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób przy tajemnicy lekarskiej ktokolwiek miałby się dowiedzieć o tym, że byłaś na wizycie u psychologa? To jest praktycznie niemożliwe. Nikt Twoich papierów nie ma prawa przeglądnąć jeżeli Ty się na to nie zgodzisz, a takiej zgody nie musisz wyrażać.
Koleżanka Twojego taty poszła na zwolnienie lekarskie od psychiatry, to jest zupełnie inny przypadek niż pójście na konsultację albo serię darmowych 3 wizyt diagnozujących (bo jeżeli chcesz mieć terapię, to trzeba na nię troszkę poczekać).

Zmień lekarza. Tata nie będzie wobec Ciebie tak obiektywny jak powinien być. Psycholog też jest po studiach i tylko psycholog może pomóc w tym wypadku. Psychiatra wypisze Ci leki, których póki co nie potrzebujesz, ale same leki nic nie dają jeżeli nie idą w parze z terapią. Swoją drogą do psychiatry można iść bez skierowania. Przepisywanie psychotropów przez lekarza rodzinnego jest potwornie nieodpowiedzialne, serio.

To samo im powiedziałam, to wyskoczyli z przykładem tej kobiety. Nie wiem dokładnie, jak to działa, ale no rodzice twierdzą, że jak ktoś się leczy na depresję to jest potem adnotacja jakaś. Spytam jeszcze dokładnie

Właśnie tata chyba nigdy nie będzie obiektywny i też się zdziwiłam, czemu wypisuje leki tej dziewczynie, skoro psychiatrą nie jest i ma wiedzę w zupełnie innym kierunku, ale prawo takie ma

Moi rodzice mi mówią "a u nas jest psychiatryczka, która sama jest psychiczna" albo "znam psychologa Kowalską (dane zmienione), która jest głupia jak but" i nie widzą sensu chodzenia do takich ludzi, bo i tak nie pomogą

Tak jak Wy tu piszecie to zastanawiam się, czy nie iść do innego rodzinnego w mieście studenckim, opisać mu całą sytuację i niech on oceni, czy muszę iść do psychiatry, czy jest jakieś inne wyjście. Psychiatra dla mnie brzmi groźnie, trochę się boję i wolałabym najpierw iść do rodzinnego, żeby mu streścić całą sytuację i niech doradzi pod jaki rodzaj pomocy się kwalifikuję
Rodzice tyle mi gadali, że faktycznie uwierzyłam, że psychiatrzy i psycholodzy to do niczego się nie nadają, bo sami potrzebują leczenia na głowę, chociaż wiem, że to nie jest prawdą

11

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Efira, pora po prostu podjąć decyzję. Kolejny temat, w którym pokazujesz, jak bardzo nie potrafisz wyrwać się spod wpływu Twoich rodziców. Utnij pępowinę, mieszkasz oddzielnie, studiujesz, przestań się kierować opiniami swoich rodziców. Masz własne życie. Rób tak, jak Ty uważasz i tak, żeby to Tobie było dobrze, a nie im.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

12

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Misinx napisał/a:

Jaką specjalizację ma Twój ojciec ? Jeśli chodzi o psychiatrię i psychologię to on najwyraźniej mało wie i ma poglądy (bez urazy) "przedwojenne". Mamy XXI wiek i naprawdę całe mnóstwo ludzi wszelkich zawodów korzysta z pomocy psychiatrów i psychologów. Depresja, nerwice to są już prawie choroby społeczne. Żyjemy w takich czasach w jakich żyjemy. Niestety. Radzę Ci więc skończyć słuchania w tych sprawach rad od rodziny. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że potencjalny pracodawca będzie Ci sprawdzał kartę medyczną. Mamy RODO itd.

Tata jest internistą, ale pracuje jako rodzinny i przyjmuje wszystkich, starszych ludzi, młodych też...
Właśnie ja boję się, że zacznę opowiadać komuś (rodzinnemu, psychiatrze, psychologowi) to co tu piszę i sobie pomyśli "o matko następna z depresją i nerwicą", bo faktycznie to już się robi fobia społeczna
I przez to gadanie rodziców boję się iść do specjalistów

13

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Zapomniałam napisać, że moim rodzinnym jest mój tata. Twierdzi on że psychotropy bardzo otłumaniają (nie wiem, czy dobrze to napisałam) i lepiej ich nie brać, jak pytałam, czy mogę dostać skierowanie do psychologa, żeby mieć za darmo to powiedział, żeby lepiej nie mieć żadnych wpisów o leczeniu psychiatrycznym, nawet psycholog nie wygląda za dobrze w papierach. Podałam nawet argument, że koleżanka, która studiuje medycynę mówiła, że warto skorzystać z pomocy psychiatry to on powiedział, że ma większe doświadczenie i więcej widział i wie, że mieć wpis o leczeniu psychiatrycznym może przeszkodzić potem w życiu. Powiedział, że ma koleżankę, właśnie po analityce medycznej, która pracowała a laboratorium, zmarł jej mąż, poszła na zwolnienie zdrowotne, leczyła się na depresję i jak chciała po czasie wrócić do pracy, jak już była w lepszym stanie to znaleźli adnotację, że była leczona psychiatrycznie i nie pozwolili jej wrócić, dopóki nie przyniesie zaświadczenia, że jest zdrowa psychicznie. Może powinnam pójść do rodzinnego w moim mieście studenckim i się spytać, czy to w ogóle prawda? No nie wiem.... boję się obcej osobie zwierzać. Mama pielęgniarka, więc oboje z branży teoretycznie.
Psycholog prywatnie byłby dobry, ale nie mam na to pieniędzy.

Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób przy tajemnicy lekarskiej ktokolwiek miałby się dowiedzieć o tym, że byłaś na wizycie u psychologa? To jest praktycznie niemożliwe. Nikt Twoich papierów nie ma prawa przeglądnąć jeżeli Ty się na to nie zgodzisz, a takiej zgody nie musisz wyrażać.
Koleżanka Twojego taty poszła na zwolnienie lekarskie od psychiatry, to jest zupełnie inny przypadek niż pójście na konsultację albo serię darmowych 3 wizyt diagnozujących (bo jeżeli chcesz mieć terapię, to trzeba na nię troszkę poczekać).

Zmień lekarza. Tata nie będzie wobec Ciebie tak obiektywny jak powinien być. Psycholog też jest po studiach i tylko psycholog może pomóc w tym wypadku. Psychiatra wypisze Ci leki, których póki co nie potrzebujesz, ale same leki nic nie dają jeżeli nie idą w parze z terapią. Swoją drogą do psychiatry można iść bez skierowania. Przepisywanie psychotropów przez lekarza rodzinnego jest potwornie nieodpowiedzialne, serio.

To samo im powiedziałam, to wyskoczyli z przykładem tej kobiety. Nie wiem dokładnie, jak to działa, ale no rodzice twierdzą, że jak ktoś się leczy na depresję to jest potem adnotacja jakaś. Spytam jeszcze dokładnie

Właśnie tata chyba nigdy nie będzie obiektywny i też się zdziwiłam, czemu wypisuje leki tej dziewczynie, skoro psychiatrą nie jest i ma wiedzę w zupełnie innym kierunku, ale prawo takie ma

Moi rodzice mi mówią "a u nas jest psychiatryczka, która sama jest psychiczna" albo "znam psychologa Kowalską (dane zmienione), która jest głupia jak but" i nie widzą sensu chodzenia do takich ludzi, bo i tak nie pomogą

Tak jak Wy tu piszecie to zastanawiam się, czy nie iść do innego rodzinnego w mieście studenckim, opisać mu całą sytuację i niech on oceni, czy muszę iść do psychiatry, czy jest jakieś inne wyjście. Psychiatra dla mnie brzmi groźnie, trochę się boję i wolałabym najpierw iść do rodzinnego, żeby mu streścić całą sytuację i niech doradzi pod jaki rodzaj pomocy się kwalifikuję
Rodzice tyle mi gadali, że faktycznie uwierzyłam, że psychiatrzy i psycholodzy to do niczego się nie nadają, bo sami potrzebują leczenia na głowę, chociaż wiem, że to nie jest prawdą

Odpuść sobie lekarza rodzinnego, bo oni jedyne co Ci doradzą to właśnie konsultację u psychiatry, albo psychologa. Nic innego nie wymyślą. Spokojnie więc możesz od razu uderzyć do jednego, albo drugiego. Z tym, że jeśli chodzi Ci bardziej o pomoc w formie rozmowy i ewentualnej psychoterapii to psychiatra Ci tu raczej nie pomoże. Psychiatra zaproponuje Ci antydepresanty. I nie ma się czego bać. To nie jest tak, że psychiatra Cię zakuje w kaftan i wyśle do psychiatryka big_smile O

"Z gówna bata nie ukręci"  NieGall Anonim

14

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

Efira, pora po prostu podjąć decyzję. Kolejny temat, w którym pokazujesz, jak bardzo nie potrafisz wyrwać się spod wpływu Twoich rodziców. Utnij pępowinę, mieszkasz oddzielnie, studiujesz, przestań się kierować opiniami swoich rodziców. Masz własne życie. Rób tak, jak Ty uważasz i tak, żeby to Tobie było dobrze, a nie im.

Niestety tu się z Panią zgadzam sad
Rodzice zawsze mieli na mnie bardzo duży wpływ. Przez samotność straciłam pewność siebie, przez to miałam depresję a co za tym idzie było mi wszystko jedno co ze mną będzie i przytakiwałam na wszystko. Jak nie to były kłótnie, a mnie kłótnie z rodziną dodatkowo wykańczały psychicznie. Jak widać można się nawet pokłócić o wizytę u psychologa.
Jakbym miała kogoś, kto by mnie wspierał w moich decyzjach, chłopaka,  przyjaciela to sądzę, że nie miałabym tego problemu, ale rodzice byli moimi jedynymi bliskimi, bo z chłopakami nie wychodziło, przyjaciel żaden też nie, mimo że kilka bliższych koleżanek miałam, ale kontakt się urwał wraz ze skończeniem szkoły, a ta "bliższość" polegała na siedzeniu razem w ławce i spędzanie razem przerw.
Mam taką opinię, że ciężko jest przejść przez życie zupełnie samemu. Może jakbym nie miała tylu stresów to by nie było problemu, aż takiego, ale teraz bardzo brakuje mi bliskiej osoby.
Dodatkowo serio mam chyba coś z głową nie tak, bo raz marzę o założeniu rodziny, o ślubie, o dziecku i mężu, przyjaciołach a raz coś mnie nachodzi i chcę być sama, wmawiam sobie, że dzieci to zło, facet to problemy i samemu jest najlepiej. Chyba sama siebie próbuję pocieszyć i wmówić sobie, że to czego nie mam wcale nie jest takie super, żeby psychicznie się trochę podnieść

15

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:
Misinx napisał/a:

Jaką specjalizację ma Twój ojciec ? Jeśli chodzi o psychiatrię i psychologię to on najwyraźniej mało wie i ma poglądy (bez urazy) "przedwojenne". Mamy XXI wiek i naprawdę całe mnóstwo ludzi wszelkich zawodów korzysta z pomocy psychiatrów i psychologów. Depresja, nerwice to są już prawie choroby społeczne. Żyjemy w takich czasach w jakich żyjemy. Niestety. Radzę Ci więc skończyć słuchania w tych sprawach rad od rodziny. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że potencjalny pracodawca będzie Ci sprawdzał kartę medyczną. Mamy RODO itd.

Tata jest internistą, ale pracuje jako rodzinny i przyjmuje wszystkich, starszych ludzi, młodych też...
Właśnie ja boję się, że zacznę opowiadać komuś (rodzinnemu, psychiatrze, psychologowi) to co tu piszę i sobie pomyśli "o matko następna z depresją i nerwicą", bo faktycznie to już się robi fobia społeczna
I przez to gadanie rodziców boję się iść do specjalistów

Depresje i nerwice są w naszym społeczeństwie narastającym problemem i to nie jest jakiś mit. Żyjemy pod coraz większą presją. Poza tym przez wiele lat był to temat wstydliwy, pomijany jak choćby depresja porodowa. Teraz się dużo o tym wszystkim mówi i są ludzie (zwłaszcza starej daty), którym może się wydawać, że problem jest wydumany i medialny. Nie jest. To jest problem, który będzie się rozprzestrzeniał.

"Z gówna bata nie ukręci"  NieGall Anonim

16

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Misinx napisał/a:
Efira napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób przy tajemnicy lekarskiej ktokolwiek miałby się dowiedzieć o tym, że byłaś na wizycie u psychologa? To jest praktycznie niemożliwe. Nikt Twoich papierów nie ma prawa przeglądnąć jeżeli Ty się na to nie zgodzisz, a takiej zgody nie musisz wyrażać.
Koleżanka Twojego taty poszła na zwolnienie lekarskie od psychiatry, to jest zupełnie inny przypadek niż pójście na konsultację albo serię darmowych 3 wizyt diagnozujących (bo jeżeli chcesz mieć terapię, to trzeba na nię troszkę poczekać).

Zmień lekarza. Tata nie będzie wobec Ciebie tak obiektywny jak powinien być. Psycholog też jest po studiach i tylko psycholog może pomóc w tym wypadku. Psychiatra wypisze Ci leki, których póki co nie potrzebujesz, ale same leki nic nie dają jeżeli nie idą w parze z terapią. Swoją drogą do psychiatry można iść bez skierowania. Przepisywanie psychotropów przez lekarza rodzinnego jest potwornie nieodpowiedzialne, serio.

To samo im powiedziałam, to wyskoczyli z przykładem tej kobiety. Nie wiem dokładnie, jak to działa, ale no rodzice twierdzą, że jak ktoś się leczy na depresję to jest potem adnotacja jakaś. Spytam jeszcze dokładnie

Właśnie tata chyba nigdy nie będzie obiektywny i też się zdziwiłam, czemu wypisuje leki tej dziewczynie, skoro psychiatrą nie jest i ma wiedzę w zupełnie innym kierunku, ale prawo takie ma

Moi rodzice mi mówią "a u nas jest psychiatryczka, która sama jest psychiczna" albo "znam psychologa Kowalską (dane zmienione), która jest głupia jak but" i nie widzą sensu chodzenia do takich ludzi, bo i tak nie pomogą

Tak jak Wy tu piszecie to zastanawiam się, czy nie iść do innego rodzinnego w mieście studenckim, opisać mu całą sytuację i niech on oceni, czy muszę iść do psychiatry, czy jest jakieś inne wyjście. Psychiatra dla mnie brzmi groźnie, trochę się boję i wolałabym najpierw iść do rodzinnego, żeby mu streścić całą sytuację i niech doradzi pod jaki rodzaj pomocy się kwalifikuję
Rodzice tyle mi gadali, że faktycznie uwierzyłam, że psychiatrzy i psycholodzy to do niczego się nie nadają, bo sami potrzebują leczenia na głowę, chociaż wiem, że to nie jest prawdą

Odpuść sobie lekarza rodzinnego, bo oni jedyne co Ci doradzą to właśnie konsultację u psychiatry, albo psychologa. Nic innego nie wymyślą. Spokojnie więc możesz od razu uderzyć do jednego, albo drugiego. Z tym, że jeśli chodzi Ci bardziej o pomoc w formie rozmowy i ewentualnej psychoterapii to psychiatra Ci tu raczej nie pomoże. Psychiatra zaproponuje Ci antydepresanty. I nie ma się czego bać. To nie jest tak, że psychiatra Cię zakuje w kaftan i wyśle do psychiatryka big_smile O

Tylko właśnie w tym problem- ja nie wiem czego potrzebuję. Nie jestem lekarzem, wiem tylko, że mam doła, ale nie wiem, czy to depresja i czy wymaga konsultacji z psychologiem czy psychiatrą, bo ja się na tym nie znam. Dlatego chciałam iść do rodzinnego, żeby coś doradził. Poza tym jak pisałam- wizyty u psychologa są bardzo drogie, więc i tak musiałabym dostać skierowanie

17 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2019-09-26 13:38:37)

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

pamiętajcie tylko, że do psychologa trzeba mieć skierowanie i to skierowanie może wystawić też psychiatra.
Nie da się ot tak uderzyć do psychologa na NFZ prosto z ulicy.
Więc do rodzinnego idź, ale tylko i wyłącznie po skierowanie.

Spokojnie możesz i nawet powinnaś zapisać się do lekarza w mieście, w którymś mieszkasz. Nawet na wypadek przeziębienia, grypy czy czegokolwiek innego.

A leczenie depresji nie jest nigdzie odnotowane poza Twoją kartą, do której mają wgląd osoby upoważnione przez Ciebie. Dokładnie tak samo jak w przypadku leczenia grypy czy złamanej nogi.

Poza tym nie leciałabym tutaj od razu w wielką depresję. Po prostu potrzebujesz się wygadać i dostać poradę, niech psycholog już oceni resztę.

Swoją drogą, jeszcze jedno mi się rzuciło w oczy. Związek nie jest lekiem na wszystkie nasze choroby i pogorszenia nastroju. Jeżeli teraz masz problemy sama ze sobą, to związek co najwyżej może je pogłębić. Bo żadna osoba nie wytrzyma presji bycia dla Ciebie jedyną i najbliższą osobą, lekiem na całe zło, pomocą w każdym nieszczęściu itd. Żeby tworzyć zdrowy związek, musisz być szczęśliwa i potrafić przeżyć sama ze sobą czas bez marudzenia, że sama jesteś beznadziejna i do niczego się nie nadajesz. Inaczej masz bardzo prostą drogę do tego, żeby Twój związek się szybko rozleciał albo żebyście byli dla siebie toksyczni.

I tak, bycie samemu też jest fajne. Bycie w związku też jest fajne. To są dwie całkowicie inne rzeczy. Warto korzystać z tego czasu dla siebie i robić najwięcej, jak się tylko da.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

18

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

pamiętajcie tylko, że do psychologa trzeba mieć skierowanie i to skierowanie może wystawić też psychiatra.
Nie da się ot tak uderzyć do psychologa na NFZ prosto z ulicy.
Więc do rodzinnego idź, ale tylko i wyłącznie po skierowanie.

Spokojnie możesz i nawet powinnaś zapisać się do lekarza w mieście, w którymś mieszkasz. Nawet na wypadek przeziębienia, grypy czy czegokolwiek innego.

A leczenie depresji nie jest nigdzie odnotowane poza Twoją kartą, do której mają wgląd osoby upoważnione przez Ciebie. Dokładnie tak samo jak w przypadku leczenia grypy czy złamanej nogi.

Poza tym nie leciałabym tutaj od razu w wielką depresję. Po prostu potrzebujesz się wygadać i dostać poradę, niech psycholog już oceni resztę.

Swoją drogą, jeszcze jedno mi się rzuciło w oczy. Związek nie jest lekiem na wszystkie nasze choroby i pogorszenia nastroju. Jeżeli teraz masz problemy sama ze sobą, to związek co najwyżej może je pogłębić. Bo żadna osoba nie wytrzyma presji bycia dla Ciebie jedyną i najbliższą osobą, lekiem na całe zło, pomocą w każdym nieszczęściu itd. Żeby tworzyć zdrowy związek, musisz być szczęśliwa i potrafić przeżyć sama ze sobą czas bez marudzenia, że sama jesteś beznadziejna i do niczego się nie nadajesz. Inaczej masz bardzo prostą drogę do tego, żeby Twój związek się szybko rozleciał albo żebyście byli dla siebie toksyczni.

I tak, bycie samemu też jest fajne. Bycie w związku też jest fajne. To są dwie całkowicie inne rzeczy. Warto korzystać z tego czasu dla siebie i robić najwięcej, jak się tylko da.

Nie ja wielkiej depresji nie mam, o ile mam w ogóle, ale tak jak piszę- nie jestem w stanie się sama zdiagnozować, bo nie umiem. Raz jest lepiej, raz gorzej, ciężko stwierdzić

Ja wiem, że związek nie jest lekiem na całe zło, ale proszę mi uwierzyć, że jak się jest samemu z wszystkimi problemami to jest to najgorsze co może być. Rok temu spotykałam się z takim chłopakiem. Dobrze mnie traktował, starał pomagać, ale nic do niego nie czułam, więc nie chciałam go zwodzić, powiedziałam od razu, że nic z tego nie będzie, żeby być fair, ale jednak czułam taką ulgę, że po zajęciach mogę do kogoś napisać, pochwalić się lub wyżalić i tak samo w drugą stronę- też bym chciała mieć kogoś, kto by napisał do mnie, jak mu leci, pochwalił się czy wygadał, bo to znak, że ktoś jest dla nas ważny.
Przykładowo ten chłopak, w którym się zakochałam i wspominałam o nim wyżej ma jakieś duże problemy rodzinne. Czasem coś napomknął, ale nie był wylewny, ale widać było, że jest bardzo smutny. Wiele razy chciałam go pocieszyć (subtelnie), wyciągałam go na miasto, żeby nie siedział sam i się nie martwił, nawet chciał rzucić studia w 1 semestrze, co było by głupotą w jego wypadku (nieważne z jakich przyczyn) to go starałam podtrzymywać na duchu, żeby się nie złamał. Dlatego wiem, że ja w związku nie byłabym bluszczem, nikt nie musiałby mnie zadowalać. Wystarczy czysta zdrowa relacja, wsparcie, troska, zaufanie- to są najważniejsze dla mnie wartości.
Jeśli człowiek cały czas jest sam i kumuluje w sobie emocje to jest bardzo źle, może to nawet do depresji poradzić
Przykładowo miałam spięcie z jedną kobietą w banku, nie dość że jestem klientem, kulturalnie się do niej odnoszę (bo nie jestem nigdy chamska, nie toleruję chamstwa) to ona na mnie wrzeszczała, a ja po prostu przyszłam się o coś zapytać i powiedziałam jej, że nie pracuję w banku i dlatego się pytam, bo nie wiem.
Wróciłam do domu i nie miałam się komu wygadać, dusiłam to w sobie i myślałam o tym kilka następnych dni, bo była to dla mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja.
Poza tym mam koleżanki na uczelni, które ich chłopaki odbierają po zajęciach albo wspierają ich tuż przed jakimiś ważnymi egzaminami, więc nie uważam, że wpieranie kogoś prowadzi do toksycznej relacji, bo sama znam wiele przypadków, gdzie wspólne wsparcie bardziej cementuje związek niż same super szczęśliwe i bezproblemowe życie

19

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Tyle, że do wywalania emocji są przyjaciele. Niekoniecznie partner.
Partner nie ma być lekiem na Twoją depresję i uwierz mi, że w związku też często jest się ze swoimi problemami samemu. Dlatego, samemu trzeba umieć sobie radzić ze sobą. Ba, związek to 2x więcej problemów niż bycie w pojedynkę wink i 2x więcej myślenia.
Facet też nie jest po to, żeby Cię z zajęć odbierać, a egzaminy dasz radę napisać sama.

Mam wrażenie, że Ty chcesz tego związku, bo to ładnie będzie wyglądać na zewnątrz. Tu jakiś spacerek, tu masz do kogo napisać, tu ktoś Cię odbierze z uczelni, planujesz ślub jak z bajki, ale nie bierzesz pod uwagę tego, że partner jest osobą z krwi i kości, ma swoje problemy, też potrzebuje wsparcia, może mieć zupełnie inne pomysły od Twoich, a jak już teraz przeżywasz banalne sytuacje dniami i nocami to jak będziesz przeżywać sprzeczki i kłótnie w związku?
Najpierw poradź sobie sama ze sobą i naucz się żyć sama. Potem szukaj faceta.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

20

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

Tyle, że do wywalania emocji są przyjaciele. Niekoniecznie partner.
Partner nie ma być lekiem na Twoją depresję i uwierz mi, że w związku też często jest się ze swoimi problemami samemu. Dlatego, samemu trzeba umieć sobie radzić ze sobą. Ba, związek to 2x więcej problemów niż bycie w pojedynkę wink i 2x więcej myślenia.
Facet też nie jest po to, żeby Cię z zajęć odbierać, a egzaminy dasz radę napisać sama.

Mam wrażenie, że Ty chcesz tego związku, bo to ładnie będzie wyglądać na zewnątrz. Tu jakiś spacerek, tu masz do kogo napisać, tu ktoś Cię odbierze z uczelni, planujesz ślub jak z bajki, ale nie bierzesz pod uwagę tego, że partner jest osobą z krwi i kości, ma swoje problemy, też potrzebuje wsparcia, może mieć zupełnie inne pomysły od Twoich, a jak już teraz przeżywasz banalne sytuacje dniami i nocami to jak będziesz przeżywać sprzeczki i kłótnie w związku?
Najpierw poradź sobie sama ze sobą i naucz się żyć sama. Potem szukaj faceta.

Ehhh to ja się obracam w zupełnie innym środowisku. Moi rodzice studiowali w mieście oddalonym od naszego domu rodzinnego o 300 km, więc nie mają za bardzo znajomych przy sobie, a co dopiero przyjaciół. Kolegów taty nie widziałam z 10 lat, koleżanki mamy przyjeżdżają tak z raz na rok. Rodzice mnie uczyli, że znajomi raz są a raz ich nie ma, a partner jest na stałe i musi być godny zaufania. I w sumie w to wierzyłam, bo w latach szkolnych, jak miałam jakieś bliższe koleżanki to wiele razy się na nich zawiodłam. Przyjaciel jest na dobre i złe a ja np. w liceum jak miałam problemy z depresją to moja koleżanka potrafiła mi dogryzać jakimiś tekstami, a i tak była najlepsza z wszystkich.
To znaczy jak jestem sama i nie mam stresujących momentów w życiu to jest nawet dobrze i nie przeszkadza mi to, ale jak pojawiają się problemy, a ja zamiast wyjść z kimś na spacer to wychodzę sama i tylko się zamartwiam to już nie jest dobrze. To niszczy psychikę.
Owszem, można powiedzieć, że nie mam partnera i bardzo mi dobrze, bo nikt mi nie marudzi, nikt mnie nie zdradza, nikt mnie nie wkurza, ale to typowe dla ludzi w toksycznych związkach. Moje koleżanki są po 4-5 lat w związkach i nie narzekają, że im źle (i to nie są pozory, to widać, jak ktoś się kocha). Po prostu trzeba znaleźć właściwą osobę. Nie jestem dramatyzującą 14-latką, z którą zerwał chłopak i ma przez to wielką depresję. Nie. Jestem już pełnoletnia, niektórzy w moim wieku to już mają swoje rodziny (córka znajomych rodziców w wieku 22 lat już stała przed ołtarzem). Czytałam ostatnio wypowiedź jednego psychologa, z którą się totalnie zgadzam. Pisał, że każdy przed swoim docelowym związkiem, czyli małżeństwem powinien pobyć w związku z kimś innym, żeby mieć jakiś ogląd w sprawie i porównanie, że wiązanie się z pierwszym partnerem na stałe nie jest najlepszym pomysłem i ja to popieram. Sama znam dziewczynę, która studiowała medycynę, tak jak ja wile razy widziałam ją wykończoną i psychicznie i fizycznie (dokładnie tak jak ja), nie miała czasu na chłopaka, ani okazji. Przez dobre 10 lat, czyli odkąd zaczęła studia nie widziałam jej z chłopakiem. Potem się obudziła, że dochodzi do 30-stki i zero perspektyw na związek, jej matka ją wyswatała z jakimś innym lekarzem, też samotnym, na szybko brali ślub, od razu dziecko, a tak na prawdę ledwo się znali. Mówi się, że po 2 latach opada etap fascynacji i albo zostaje miłość albo związek się rozpada, a oni ledwo się znali i się pobrali, duża impreza na pokaz, od razu dziecko. Zero wspólnego życia sami ze sobą. Ja się tego bardzo boję.
"Najpierw trzeba pokochać siebie, żeby pokochać kogoś, jak nie jesteś szczęśliwy sam ze sobą to nikt ci tego szczęścia nie da"- często to widuję na różnych stronach. Po części się zgadzam. Bycie singlem to super sprawa, ale powiedziałabym, że tak maksymalnie do 2 lat, o ile nie do roku. Potem staje się uciążliwa. A ja? Nigdy nie byłam w takim poważnym związku. Co śmieszniejsze to zdanie zawsze wypowiadają ludzie w związkach, od singli tego zdania nigdy nie usłyszałam
Druga sprawa jest też taka- mówił też o tym jeden psycholog (często czytam książki i blogi psychologiczne)- że wszystkiego się w życiu uczymy, nie tylko angielskiego czy matematyki, stosunków międzyludzkich też. Ja byłam w czasach szkolnych dosłownie aspołeczna, bo ludzi widywałam tylko w szkole, jakieś kino było może ze 3-4 razy do roku, nie byłam lubiana, nie pasowałam do społeczeństwa. Na studiach wiele osób mnie lubi lub jestem obojętna, wrogów nie mam, ale przyjaciół też nie, ale już mi koleżanka mówiła, że wyglądam, jakbym była zdziwiona, że ktoś jest dla mnie miły i to była prawda, bo w latach szkolnych nauczyciele, rówieśnicy, może nie wprost, ale zachowywali się paskudnie. I tak samo ze związkami- jak powiedzmy za kilka lat wreszcie spotkam "tego jedynego" to będąc nienauczona relacji, tak bliskich z drugim człowiekiem tylko go spłoszę, bo nie będę nawet wiedziała, jak się całować z facetem, albo nawet przytulać. Już teraz mam problem z okazywaniem uczuć, a za kilka lat to strach się bać. Z resztą to samo mówi za siebie, tak jak Pani zauważyła- planuję ślub jak z bajki, a przecież facet też musi mieć coś do powiedzenia. I w zupełności się zgadzam, ale nie mam pojęcia, jak to jest podejmować wspólne decyzje z mężczyzną. Nie, nie chcę związku dla popisu. Nikt mógłby nie wiedzieć nawet o tym, że mam chłopaka, on byłby ważny tylko dla mnie, nie na żaden pokaz.
Zakochałam się we wcześniej wspomnianym chłopaku w tym roku. Od razu nabrałam witalności, chodziłam uśmiechnięta, nie stresowałam się aż tak studiami, bo miałam z kim pogadać o zwykłych rzeczach. Myślałam, że on coś też do mnie czuje, więc byłam jeszcze bardziej zadowolona, uśmiechnięta. On sam mi mówił, że podziwia mnie za duży dystans i poczucie humoru, niestety on mnie lubił i to bardzo, ale jako kumpelę i nic więcej i znowu wróciłam do szarej rzeczywistości
Nie da się nauczyć żyć samemu, gdy nie chcesz żyć samemu. Moja koleżanka twierdzi, że nie chce męża i dzieci to wtedy niech sobie żyje sama, ale jak ktoś całe życie jest sam, mimo że tego nie chce, nie ma wsparcia to to jest złe. Przez notoryczną samotność mam straszne doły, a nawet problemy na studiach, więc wcale nie tak łatwo sobie samemu poradzić

21

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Efiro - jakiś czas temu wysłałem Tobie PM w związku z Twoim poprzednim problemem. Tutaj niestety jest kontynuacja tego samego.
Sporo piszesz o relacjach, o przykrościach, o ryzyku. Niestety odczuwasz pewną depresyjną zazdrość, jaką odczuwa wielu samotnych ludzi.
Niestety umysłowe szambo jest o tyle złą chorobą, że ślady po niej pozostają, a nawroty zawsze są możliwe.
Pozwolę sobie zadać jedno pytanie. Ile pozytywnych rzeczy robiłaś w obecnym stanie? Jak potrafiłaś się naładować? Przecież chyba potrafisz znaleźć radość w swoim obecnym stanie.

We all make choices. But in the end, our choices make us.

22

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Z jednej strony od razu jak sie Ciebie czyta to ma sie ochote doradzac terapie, z drugiej strony jest to co czujesz wlasnie zrozumiale.
To co czujesz jest logiczne, ale to co robisz jest bez sensu. Potrzebujesz zmiany myslenia calkowicie i zmiany zycia.

Ten argument ze studiami: Powiedzieli, żebym rzuciła te studia, ale powiedziałam, że szkoda mi tych 2 lat, które już przeżyłam, 2 lat stresu i ciężkiej pracy
To jest jedna z najbardziej absurdalnych rzeczy jakie w zyciu czesto od ludzi slysze.
'Ah, bo juz sobie wrzatek na reke wylalam bo zamiast lac w kubek to leje na dlon to i na twarz wyleje. ' To tak brzmi. Jak gdyby ktos herbate robil w najglupszy mozliwy sposob i jeszcze dalej w to brnal bo juz zaczal.

Ambicji dla siebie za duzych nie masz. Jestes albo w szkole do ktorej sie nie nadajesz, albo w domu rodzinnym gdzie nie masz rzeczywistego wsparcia...
Podoba Ci sie ktos kto Ciebie nie chce.
Tez bym miala dola na Twoim miejscu bo po prostu marnujesz zycie.
Jak bedziesz tak dalej robila to skonczy sie to wiekszymi problemami z psychika.

'Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba,jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła.'

23 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2019-09-27 07:15:39)

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Tak, tak, ja wiem, moje rady wszystkie są do wywalenia, bo mam chłopaka tongue ale mój związek nie jest toksyczny na całe szczęście. A Ty jesteś na drodze do stworzenia toksycznego związku.

Swoją drogą czemu niby się obawiasz ślubu z kimś, kogo nie znasz? Znowu się rozchodzi o to, że to Twoje życie i to Ty masz je przeżyć, a nie Twoi rodzice za Ciebie. Oni mają jeden model, inni ludzie mają inny. Na niektóre tematy lepiej się rozmawia z koleżankami niż z partnerem. A studia to najlepszy czas na to, zeby sobie stworzyć jakieś znajomości na dłużej.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

24

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Próbowałaś odnaleźć sens życia w pomaganiu innym?

25

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Jak dla mnie, to, Efira, jesteś po prostu samotna, i nie bardzo sobie z tym radzisz..
Nie masz wsparcia rodzicow, nie masz bliższych znajomych, ani chłopaka.
Nie masz celu..jesteś po prostu zagubiona..
Zrob z tym cos.

26

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Lucyfer666- "depresyjna zazdrość" też to zauważyłam zarówno u siebie jak i u wielu samotnych ludzi udzielających się w internecie, ale dlatego piszę, że nie da się być samemu szczęśliwym, jeśli tego sami nie chcemy (oczywiście nie mówię o krótkiej przerwie i odseparowaniu się od ludzi tylko przewlekłej, wieloletniej samotności). No masz rację, potrafię znaleźć radość. Lubię podróże i poznawanie nowych miejsc, ale mam ograniczony budżet a poza tym nie mam też za bardzo z kim, bo znajomi ze studiów mają zupełnie inne zainteresowania niż ja

Winter.Kween- jejku, jak tak napisałaś w skrócie, ale dosadnie to jeszcze groźniej to brzmi, ale no taka prawda. Z tymi studiami to tak samo, ale to jest charakterystyczne dla takich kierunków, u nas jest mało osób, którzy czują się na nich dobrze, praktycznie każdy narzeka, tak jak ja, bo to tylko nauka i nauka. Ja się tylko pocieszam, bo praca w laboratorium mnie interesuje. Studia są ciężkie, ale wmawiam sobie, że jeszcze 2 lata (bo na 5 roku nie słyszałam o super problemach) i koniec. Sama praca mi się podoba, tylko studia ciężkie, ale to nie jest tylko moje zdanie, wszyscy u mnie na roku tak mówią. A serio jak rzucę teraz te studia to 2 lata stresów i ciężkiej pracy poleci do kosza, za nic, wyrzucone pieniądze na mieszkanie itp.
Ambicji nie mam, a jakie mam mieć? Nie ode mnie zależy, co robią moi rodzice, nie ode mnie zależy, na jakich ludzi wokół trafiam. To jest zbiór przypadków. Uważam, że trzeba mieć po prostu szczęście, żeby trafić na wyluzowanych rodziców, kochającego faceta i bliskich przyjaciół. Zmieniłam otoczenie wyjeżdżając na studia, dla mnie to już był krok w lepszą stronę, ale to prawda, od wielu lat czuję, że marnuję życie. Od wielu lat tylko nauka i nauka, niby tak robi każdy wykształcony człowiek, ale w liceum nie miałam prawie wcale znajomych, na studiach mam znajomych, ale zwykłych, nie mam nikogo do wygadania, do wsparcia, sama też nie mogę być wsparciem, nikt się nie chce integrować, ludzie co weekend wracają do domu, do swoich znajomych i partnerów z miast rodzinnych a ja często w weekendy zostaję sama

Lady Loka- nie no absolutnie nie są do wyrzucenia, cieszę się z każdego szczęśliwego związku, bo aż miło się na takich ludzi patrzy i słucha. Czy jestem na drodze do toksycznego związku? Ja zawsze uważałam, że jestem dobrym materiałem na żonę: mam zainteresowania, przywiązuję się do ludzi (więc zdrady mi nie w głowie), troszczę się i martwię często o bliskich, no jedyne co to średnio mi idzie gotowanie, ale nie każda kobieta musi być kucharką według mnie, ale może, może to prawda, może jak ktoś jest dłuższy czas sam to się po prostu nie nadaje do życia z inną osobą.
I nie, nie obawiam się ślubu z kimś, kogo nie znam, moi rodzice na siłę mi nikogo nie wcisną, tego jestem pewna, ale po prostu jak już koło 30-stki będę sama to desperacko się kogoś złapię, trochę jak ta opisana dziewczyna. No bo jak można ledwo się znać i za kogoś wyjść, dla mnie to dziwne.
Ja wiem, że osoba w szczęśliwym związku mnie kompletnie nie zrozumie, tak samo ja nie rozumiem jak to jest być w szczęśliwym związku, niestety ja mam coś okropnego pecha jeśli o to chodzi hmm

Cyngli- tak, często pomagam innym w różnych sprawach, lubię to, ale mam już trochę dosyć tego, że jak koleżanka w maju chciała rzucać studia, ja do niej dzwoniłam, wspierałam ją, żeby się zastanowiła i ona zdała ważne egzaminy a ja nie i tak jest zawsze- ja wspieram, a potem siedzę sama z problemami. Kiedyś na forum się z tego żaliłam i ktoś doradził, żeby nie pomagać

Benita72- no dokładnie, nie radzę sobie z samotnością. Nie radziłam sobie już w szkole. Specjalnie na studia poszłam do innego miasta, żeby zmienić środowisko. Na początku było okej, ale potem zaczęły się tworzyć ścisłe grupki znajomych. Spotykałam się z chłopakami, nawet jak ktoś mi się nie podobał, to chociaż z raz chciałam się spotkać, bo "a nóż coś będzie", ale nie zachowywałam się przy tym desperacko, z resztą to oni mnie zapraszali a nie na odwrót. Mogę spróbować się jeszcze raz zapisać na te lekcje tańca, może będę miała mniej zajęć w tym roku (chociaż wątpię), ale spróbuję. Lady Loka pisze, że partner nie może być lekiem na wszystko. W połowie się z tym zgadzam, ale z drugiej strony samotność wyniszcza człowieka. Na jednej grupie na fb ktoś napisał, że najpierw trzeba się nauczyć żyć samemu, żeby żyć z kimś, ale sporo osób pod tym postem pisało, że oni są tak naprawdę szczęśliwi, odkąd mają swoje drugie połówki. Jakaś dziewczyna pozbyła się nawet nerwicy w ten sposób, przestała się bać wszystkiego. I ja też jestem jedną z tych osób. Jak mi się spodobał jakiś chłopak, to momentalnie poprawił mi się humor, byłam optymistycznie nastawiona do świata, jak nie ja, więc no jednak teoria o wyniszczającej samotności jest prawdziwa. Jak ktoś jest typem samotnika to bez problemu, ale ja jestem osobą bardzo towarzyską i dla mnie samotność to katorga, która na dłuższą metę wcale mi nie pomaga, wręcz wyniszcza
Ja nie jestem desperatką, gdybym chciała mieć tylko na pokaz chłopaka to już bym miała, ale dla mnie liczy się niestety uczucie

27

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Lady Loka- nie no absolutnie nie są do wyrzucenia, cieszę się z każdego szczęśliwego związku, bo aż miło się na takich ludzi patrzy i słucha. Czy jestem na drodze do toksycznego związku? Ja zawsze uważałam, że jestem dobrym materiałem na żonę: mam zainteresowania, przywiązuję się do ludzi (więc zdrady mi nie w głowie), troszczę się i martwię często o bliskich, no jedyne co to średnio mi idzie gotowanie, ale nie każda kobieta musi być kucharką według mnie, ale może, może to prawda, może jak ktoś jest dłuższy czas sam to się po prostu nie nadaje do życia z inną osobą.

Tak, ale widać u Ciebie tendencję to zawiśnięcia całkowcie na drugiej osobie, a to jest prosta droga do toksyki. Ty chcesz mieć kogoś, kto Ci zapełni dziurę w życiu, a żadna osoba nie jest w stanie tego zrobić. To jesteś w stanie zrobić sama dla siebie i już z zapełnioną dziurą brać się za szukanie drugiej osoby. Inaczej żaden związek nie będzie dla Ciebie w 100% odpowiedni, bo żaden człowiek nie będzie w stanie sprostać Twoim wyobrażeniom. No już jaśniej się tego nie da wytłumaczyć.

Weź pod uwagę to, że ci, co są w związkach też kiedyś byli bez związków, więc właśnie mają świetne porównanie.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

28

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:

Cyngli- tak, często pomagam innym w różnych sprawach, lubię to, ale mam już trochę dosyć tego, że jak koleżanka w maju chciała rzucać studia, ja do niej dzwoniłam, wspierałam ją, żeby się zastanowiła i ona zdała ważne egzaminy a ja nie i tak jest zawsze- ja wspieram, a potem siedzę sama z problemami. Kiedyś na forum się z tego żaliłam i ktoś doradził, żeby nie pomagać.

Miałam raczej na myśli swoisty wolontariat. Schronisko dla zwierzaków, hospicjum, dom opieki.
Okazanie serca drugiej istocie potrafi naprawdę dodać skrzydeł, sprawdziłam na sobie ;-)

29

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Lady Loka- możliwe, że to prawda, ale to jest właśnie mój ból istnienia, ja nie wiem, jaką bym była partnerką, czy toksyczną, czy rozsądną, nie miałam okazji tego sprawdzić. Być może to prawda, ale fakt jest też taki, że nigdy nie lubiłam wisieć na innych, ja lubię czasem sobie odpocząć od świata, włączyć film i obejrzeć sama, lubię to, serio, ale są też chwile, gdy potrzebuję po prostu się do kogoś przytulić, nic więcej i zostaje mi poduszka. Nawet desperacko bym się nie potrafiła z kimś związać, bo uważam, że pociąg do drugiej osoby jest niezwykle ważny. Niby rodzice mnie uczyli całe życie bycia rozsądnym i współpracy z innymi, ale oczywiście może mi coś odbić, jak już znajdę tą osobę to będę wszystkie plany ustawiać nie pod siebie tylko pod nią, żeby nie stracić tej osoby- nie zaprzeczam, może tak być, nie wiem, nie miałam nigdy okazji sprawdzić, serio
Owszem ludzie w związkach kiedyś nie byli w związkach, ale jednak większość moich znajomych ma jakieś doświadczenia w tym temacie. Jeden kolega całe liceum miał dziewczynę, potem rok przerwy i na 2 roku studiów znalazł sobie już narzeczoną, teraz z tego co wiem trwają przygotowania do ślubu. Inny kolega co prawda nie miał dziewczyny w liceum, ale często wychodził ze znajomymi na imprezy, więc no też ciekawe życie prowadził. Poszedł na studia i znalazł sobie dziewczynę i są razem już od 5 lat. Moje koleżanki ze studiów też mają wieloletnich chłopaków, od liceum
Tak więc tak, oni też nie byli w związkach, ale pewnie nawet nie pamiętają, jak to jest.

Cyngli- tak, w wolontariacie też byłam i było całkiem fajnie, ale nadal to nie zastąpi przyjaciół czy partnera niestety

30

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Nie ma zastąpić, ma być pomocą w autoterapii.

31

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Cyngli napisał/a:
Efira napisał/a:

Cyngli- tak, często pomagam innym w różnych sprawach, lubię to, ale mam już trochę dosyć tego, że jak koleżanka w maju chciała rzucać studia, ja do niej dzwoniłam, wspierałam ją, żeby się zastanowiła i ona zdała ważne egzaminy a ja nie i tak jest zawsze- ja wspieram, a potem siedzę sama z problemami. Kiedyś na forum się z tego żaliłam i ktoś doradził, żeby nie pomagać.

Miałam raczej na myśli swoisty wolontariat. Schronisko dla zwierzaków, hospicjum, dom opieki.
Okazanie serca drugiej istocie potrafi naprawdę dodać skrzydeł, sprawdziłam na sobie ;-)

Sorry Cyngli, ale jeśli nie jesteś specjalistą (psycholog, psychiatra), to nie doradzaj takich rzeczy w ciemno.
W liceum - mój wychowawca coś takiego mi sugerował, a psycholog, do której wtedy chodziłam, postukała się w czoło.
Powiedziała mi wprost, że ja już wystarczająco dużo robię dla innych, a dla siebie nic, bo niesłusznie uważam, że na to nie zasługuję.
Przekonałam się dopiero po czasie - przez kilkanaście lat właśnie pomagając innym, wspierając i utrzymując mniej zaradne istoty. Gdy ja miałam kryzys - nikt mi nie pomógł, a jeszcze dziś mają pretensję, że miałam wypadek, trafiłam 3 razy do szpitala i potem musieli sami zasuwać...

32

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Ja tylko proponuję, SanTi. Mnie to doradził psychiatra, potem terapeutka i podkreślam, że w moim przypadku bardzo pomogło.

33

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
SanTi napisał/a:

Sorry Cyngli, ale jeśli nie jesteś specjalistą (psycholog, psychiatra), to nie doradzaj takich rzeczy w ciemno.
W liceum - mój wychowawca coś takiego mi sugerował, a psycholog, do której wtedy chodziłam, postukała się w czoło.
Powiedziała mi wprost, że ja już wystarczająco dużo robię dla innych, a dla siebie nic, bo niesłusznie uważam, że na to nie zasługuję.
Przekonałam się dopiero po czasie - przez kilkanaście lat właśnie pomagając innym, wspierając i utrzymując mniej zaradne istoty. Gdy ja miałam kryzys - nikt mi nie pomógł, a jeszcze dziś mają pretensję, że miałam wypadek, trafiłam 3 razy do szpitala i potem musieli sami zasuwać...


Dlaczego ma nie doradzać? To sugestia i na dodatek trafna, bo pomaganie innym jest wspaniałe. Tylko musimy to wypośrodkować: najważniejsza jestem ja, ale daję też część mnie dla innych.
W Twoim przypadku i wychowawca, i psycholog mieli rację.

34 Ostatnio edytowany przez Lucyfer666 (2019-09-28 11:14:17)

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Ale Cyngli dobrze napisała. Pora, żeby Efira odrzuciła błędny altruizm na rzecz działania charakterystycznego obiektywizmu i czerpała z tych działań korzyści, porzucając te, które przynoszą jej pewną stratę. Jeżeli ktoś staje się popychadłem to nie ma co się dziwić, że samoocena spada.

We all make choices. But in the end, our choices make us.

35 Ostatnio edytowany przez IsaBella77 (2019-09-29 17:05:08)

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Też byłam w podobnej sytuacji, napiszę co zrobiłam. Najpierw usiadłam na spokojnie wszystko przemyślałam, co lubię robić, co chce w życiu osiągnąć, jakie mam marzenia, czy te studia są mi potrzebne itp. Zwykle nie potrafimy sobie radzić ze stresem, nie potrafimy docenić siebie i stąd wynikają nasze stany depresyjne. Jak już wszystko wiedziałam, to wiedziałam że sama sobie nie poradzę, nie miałam przy sobie dobrych przyjaciół ani rodziny, dlatego zgłosiłam się do dobrego psychologa. Tak, masz rację prywatnie to wychodzi drogo, ale lepiej inwestować w siebie niż w głupoty, więc kasę z pracy odkładałam tak żeby zapisać się prywatnie. Ja akurat wybrałam SPAM, mają duży wybór specjalistów, od roku tam chodzę, na początku raz na tydzień, teraz wystarczy raz na miesiąc, psycholog dawała mi rady jak radzić sobie ze stresem, stanami depresyjnymi, naprawdę mi to pomaga. Państwowo trwało by to o wiele dłużej. Zerknij na ich ofertę, czasami mają promocje kierowane do studentów:)

36

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Nie czytalam calosci ale wspolczuje nauki. Szkoda ze nie mozesz skonczyc  na licencjacie. Kolezanki z scislyxh kierunkow tak sie uczyly. Wspolczuje.

'Netkobiety są kompasem w moim życiu'

"mam czas dla każdego absurdu"

37

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

SanTi- ale Cyngli na pewno chciała dobrze. Z tego co wiem, to specjaliści radzą udać się na wolontariat w określonych przypadkach. Jak ktoś nie ma siły wstać z łóżka to to raczej nie pomoże, to fakt, ale niektórym np. zabawa z psami w schronisku może wiele dać.

Lucyfer6666- niestety ja tak próbuję "odkupić swoje winy". Wiem, że to co teraz napiszę zabrzmi idiotycznie, ale na prawdę mam taki tok myślenia od jakiegoś czasu. Przykładowo nie idzie mi matematyka na studiach, miałam z nią problemy, więc żeby sama sobie udowodnić, że nie jestem aż tak do niczego i że jak pomagam to robię coś dobrego dla społeczeństwa, bo jak mam problemy na studiach to strasznie spada mi samoocena. Wydaję mi się, że jestem do niczego. Dodatkowo podobał mi się taki chłopak, nie wyszło z nim i nie ukrywam, że to też się nie najlepiej na mnie zadziałało, bo powstały kompleksy.

tamara6352- dziękuję za radę, na prawdę wiem, że lepiej inwestować w siebie niż w głupoty, ale jak sprawdzałam to najtańsza wizyta to 100 zł za h. Na miesiąc te 100 zł mogłabym wydać, chociaż nie wiem, czy godzina na miesiąc terapii coś by dała, ale z takiego spotkania raz na tydzień już się robi 400 zł minimum, a mnie utrzymują rodzice, do pracy mogłabym iść tylko w soboty i nigdzie mnie nie chcą na te kilka godzin zatrudnić (np. jako kelnerka), bo im się nie opłaca, a od rodziców ciągnąć prawie drugie tyle co za mieszkanie jest mi po prostu głupio

nokiaaa- no jest sporo stresu niestety sad

Generalnie ktoś wyżej napisał, że trzeba sobie znaleźć jakieś koleżanki, ale to wcale nie jest takie proste, żeby znaleźć osobę o tych samych poglądach co my. Mam w grupie koleżankę- Olę, z którą się siedzę na każdych zajęciach, chodziłam z nią kiedyś na imprezy. Tylko dla mnie impreza jest dobra raz na czas, a dla niej jest to forma rozrywki i to zawsze. Na żadną aktywność nie da się ją wyciągnąć, bo nie ma kondycji i nie chce jej się. Jest miła, ale no jesteśmy tylko koleżankami z ławki, które czasem się odwiedzają.
Mam też inną koleżankę, z którą dosyć długo się trzymam: często razem chodziłyśmy do kina, ona wpadała do mnie na jakieś filmy albo ja do niej i było spoko. Na koniec maja/ początek czerwca była sytuacja, że Madzia (jej imię) miała bardzo dużo zaległości na uczelni z kolokwiami, była niedopuszczona do egzaminu z pewnego przedmiotu i chciała rzucić studia. Ja do niej dzwoniłam, pocieszałam ją, po prostu rozmawiałam, co mogłaby w tej sytuacji zrobić aż się zdecydowała zostać na studiach. Poprawiła wszystko, do egzaminu podeszła we wrześniu i go zdała (trochę na szczęściu, bo siedziała w miejscu, z którego da się ściągnąć), a ja z tego przedmiotu mam zaliczenie warunkowe. 2 dni temu byłam razem z innymi studentami w podobnej sytuacji na rozmowie u profesora, żeby ustalić termin, ogarnąć to jakoś. On na nas nawrzeszczał, że się nie uczymy (na pewno wiecie, jacy nauczyciele akademiccy potrafią być okrutni). Było mi smutno, ona spytała jak nam poszło to jej napisałam, że beznadzieja, zaczęłam jej wypisywać wiadomości, co sądzę o tym, bo chciałam komuś się wygadać, ale nie odpisała, nie poruszała tego tematu.
Widziałam się też z dziewczynami zaraz po przyjeździe do miasta studenckiego, one przyjechały w ten sam dzień, czyli w piątek tydzień temu i umówiłyśmy się u Oli na picie drinków i zamówiłyśmy pizzę.
Mamy na roku jedną dziewczynę- Klaudię. Bardzo nieprzyjemny typ człowieka. Madzia najwięcej na nią nadawała, że jest zawistna, że dwulicowa, bardzo ją wyzywała, ale miała rację, bo to wyjątkowo podła osoba np. nasza koleżanka z roku ma problemy rodzinne i przez to potrafi za dużo wypić a Klaudia o problemach tej dziewczyny rozpowiedziała innym; tak samo jedną dziewczynę, taką nieśmiałą tak psychicznie wykończyła, że ta rzuciła studia. Minął jakiś czas, ja mam dosyć mocną głowę, Ola i Madzia szybciej weszły w stan upojenia alkoholowego. W pewnym momencie Madzia wyskoczyła do mnie z tekstem "Klaudia to mówi, że tobie to nic nie można powiedzieć bo ty wszystko rozpowiadasz", a ja mówię, że mi się nikt nie spowiada, więc nawet nie mam czego rozpowiadać, po czym Madzia dodała "W sumie to o mnie wiesz sporo". Oburzyłam się trochę, że jak Klaudia może takie głupoty rozpowiadać, że jeszcze jej to wypomnę kiedyś, ale dziewczyny nie zareagowały i zmieniły temat, ale mnie się zrobiło strasznie przykro i to nie z powodu, że Klaudia coś powiedziała, bo gadać to sobie może, tylko miałam wrażenie, że dziewczyny, w szczególności Madzia tak jakby w to uwierzyły, no nie dodały, że "aaa głupia Klaudia opowiada pierdoły" i zabolało mnie to trochę. Zrobiło mi się po prostu przykro, że niby bliskim mi osobom da się wmówić cokolwiek, mimo że one nawet tej osoby nie lubią, bo jeszcze gdyby im to powiedziała jakaś ich bliska przyjaciółka...
Potem Madzia dodała, że szaleje za nią jeden chłopak z uczelni, ale nie powie kto i by nawet o tym nie mówiła, gdyby nie była pijana. My się pytałyśmy, kto to taki, a ona się zapierała, że nie powie, bo my na pewno wszystko rozpowiemy. Nawet Oli się to chyba nie spodobało, tak wyczułam. Co najlepsze Madzia dodała, że jedne jej koleżanki (nasze wspólne koleżanki z roku) wiedzą o tym i ją próbowały z nim zeswatać. Zrobiło mi się nieprzyjemnie, bo Madzia jeszcze nie tak dawno wypytywała mnie dokładnie o moje życie miłosne, z kim się spotykałam, czemu jej nie powiedziałam, że z kimś tam się umówiłam....ale sama jak ją zapytałam to powiedziała, że u niej nudy i nic się nie dzieje, więc skłamała
I ogólnie mam do Madzi taką niechęć. Jak chciała rzucać studia to jej powiedziałam, że jest jedną z moich bliższych znajomych na studiach, wspierałam ją. Wyśmiewała się z Madzi jedna koleżanka na 1 roku (zrezygnowała już ze studiów) to Madzia mi się żaliła, że jej nienawidzi, ale nie odpowie jej żadną ripostą, tylko skuli się, zmartwi, nic nie powie, będzie dla niej miła, ja jej pomagałam w różnych sprawach wielokrotnie (nawet jak ją rodzice przywieźli to nosiłam z nimi rzeczy do mieszkania, żeby było szybciej) to na mnie nie boi się obrazić, powiedzieć coś nieprzyjemnego, upomnieć mnie o coś, bo uważa, że jestem miła, więc słaba (chyba tak uważa, nie wiem). Raz się obraziła o straszną głupotę. Kolega z roku był tego świadkiem i myślał, że ona żartuje, a ona na prawdę strzeliła focha o totalną głupotę. Na mnie się nie bała strzelić focha, ale do koleżanki, która ją gnębiła bała się odezwać. Najeżdża na toksyczną Klaudię, ale wystarczy, że ta jej coś powie o mnie i ona uwierzy jej nie mi.
Normalny człowiek to by urwał kontakt z taką osobą, ale wtedy zostanę już zupełnie sama. Jednak mam taką niechęć do Madzi. Była wtedy trochę pijana, bo od tamtego czasu już nie porusza tych tematów, ale niestety padły takie słowa i czasu już nie cofnie. A najgorsze jest to, że po tym spotkaniu odprowadzałam jeszcze Madzię do mieszkania, bo była tak pijana, że ledwo sama szła, ale no nie mogłam jej samej przecież zostawić.
Można by powiedzieć, że jestem zbyt miła i ona mnie przez to wykorzystuje, ale ja kiedyś nie byłam miłą osobą, a efekt był podobny, więc to raczej nie od tego zależy.
W sumie teraz jak tak myślę, to to co pisze Lady Loca to prawda- facet nie jest potrzebny do szczęścia, ale uważam, że przyjaciele już tak. Nie mówię, że mają mnie wszyscy lubić. Wolałabym mieć nawet więcej wrogów ale też przyjaciół, a tak to mam sporo znajomych, ale jestem im obojętna. Jakbym miała kilku przyjaciół, paczkę powiedzmy 3-5 osób, z którymi mogłabym porozmawiać o problemach, uczuciach, ale też wesołych uczuciach. Chciałabym mieć także kogoś, kto będzie ufał mi. Nie chcę tylko żerować na kimś, też bym chciała być czyimś oparciem, a tu od faktycznie bliskiej koleżanki słyszę takie słowa (nie zrozumcie mnie źle, to dobrze, że ona mi o tym powiedziała, ale zrobiła to z takim jakby wyrzutem, co opisałam wyżej) i teraz źle się z tym czuję i nie mam nawet ochoty z nią rozmawiać. Jak ona ma problemy to staram się ją pocieszyć, ale jak ja mówię, że mam doła to ona mi raz wprost powiedziała, że na pewno nie mam gorzej w życiu niż ona itp.
I co ja mam z tym zrobić?

38

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Twoi przyjaciele nie muszą mieć takich samych poglądów jak Ty.

Ja mam 2 przyjaciółki które są zupełnie inne. Tylko po prostu szanujemy na wzajem swoje poglądy.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

39

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:

Twoi przyjaciele nie muszą mieć takich samych poglądów jak Ty.

Ja mam 2 przyjaciółki które są zupełnie inne. Tylko po prostu szanujemy na wzajem swoje poglądy.

Źle to ujęłam. Nie chodziło mi o poglądy (miałam skrót myślowy), tylko zainteresowania. Jak np. Ola uwielbia imprezy i kluby, ale nie da jej się wyciągnąć np. na spacer po mieście, bo nie chce jej się chodzić to też dobrze nie wróży, bo wtedy albo ja się zmuszam do imprez albo ona do aktywności
Madzię próbowałam kilka razy wyciągnąć na jakiś wyjazd (mamy 1,5 godziny drogi do sąsiedniego dużego miasta, żeby go zwiedzić), ale Madzia nie chce

40

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Twoi przyjaciele nie muszą mieć takich samych poglądów jak Ty.

Ja mam 2 przyjaciółki które są zupełnie inne. Tylko po prostu szanujemy na wzajem swoje poglądy.

Źle to ujęłam. Nie chodziło mi o poglądy (miałam skrót myślowy), tylko zainteresowania. Jak np. Ola uwielbia imprezy i kluby, ale nie da jej się wyciągnąć np. na spacer po mieście, bo nie chce jej się chodzić to też dobrze nie wróży, bo wtedy albo ja się zmuszam do imprez albo ona do aktywności
Madzię próbowałam kilka razy wyciągnąć na jakiś wyjazd (mamy 1,5 godziny drogi do sąsiedniego dużego miasta, żeby go zwiedzić), ale Madzia nie chce

Zainteresowań też nie muszą mieć takich samych. Trzeba ich lubić i mieć jakikolwiek punkt zaczepienia do wspólnego przebywania.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

41

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Lady Loka napisał/a:
Efira napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Twoi przyjaciele nie muszą mieć takich samych poglądów jak Ty.

Ja mam 2 przyjaciółki które są zupełnie inne. Tylko po prostu szanujemy na wzajem swoje poglądy.

Źle to ujęłam. Nie chodziło mi o poglądy (miałam skrót myślowy), tylko zainteresowania. Jak np. Ola uwielbia imprezy i kluby, ale nie da jej się wyciągnąć np. na spacer po mieście, bo nie chce jej się chodzić to też dobrze nie wróży, bo wtedy albo ja się zmuszam do imprez albo ona do aktywności
Madzię próbowałam kilka razy wyciągnąć na jakiś wyjazd (mamy 1,5 godziny drogi do sąsiedniego dużego miasta, żeby go zwiedzić), ale Madzia nie chce

Zainteresowań też nie muszą mieć takich samych. Trzeba ich lubić i mieć jakikolwiek punkt zaczepienia do wspólnego przebywania.

No to ja mam takich znajomych ze wspólnym punktem zaczepienia, ale nic więcej
Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest na świecie jakaś osoba stworzona do samotności. Nawet introwertycy samotnicy potrzebują czasem towarzystwa, więc tym bardziej dla osoby towarzyskiej samotność po prostu męczy

42

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

To znaczy staram się nie użalać nad sobą. Wmawiam sobie, że przecież inni mają gorzej. Jednak to średnio pomaga. Gdy coś mi nie idzie to pogarsza mi się nastrój, mam doła, nie mam nawet ochoty wstać z łóżka ani robic nic produktywnego i to jest silniejsze ode mnie i żaden argument typu "przecież inni są w o wiele gorszej sytuacji i nie panikują" nie pomaga

43

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

No, ale do czego miałoby to prowadzic, ze porównujesz się z innymi? jedni maja lepiej, inni gorzej, nie lepiej skupic się na tym, jak masz Ty?

44

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Benita72 napisał/a:

No, ale do czego miałoby to prowadzic, ze porównujesz się z innymi? jedni maja lepiej, inni gorzej, nie lepiej skupic się na tym, jak masz Ty?

Jak się na tym skupiam to wtedy myślę o tym, jak beznadziejne mam życie, więc staram się myśleć, że nie mam najgorzej na świecie

45

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:
Benita72 napisał/a:

No, ale do czego miałoby to prowadzic, ze porównujesz się z innymi? jedni maja lepiej, inni gorzej, nie lepiej skupic się na tym, jak masz Ty?

Jak się na tym skupiam to wtedy myślę o tym, jak beznadziejne mam życie, więc staram się myśleć, że nie mam najgorzej na świecie

Kobieto masz 22 lata, 2 razy mniej niż ja. Nawet sobie nie zdajesz sprawy jak bardzo chciałbym być na Twoim miejscu. Jeszcze wszystko przed Tobą, szczęście, miłość, kariera. Naprawdę musisz tylko na spokojnie zastanowić się co lubisz robić w życiu, jakie masz marzenia, co byś chciała osiągnąć no i do tego dążyć.

46

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Efira, już wiem, Twój problem polega chyba na tym, ze nie wierzysz, ze masz wpływ na swoje zycie, ze możesz cos zmienić.
Zreszta, wielu ludzi tak ma.
Majac przekonanie, ze nie masz wpływu na siebie, swoje zycie, albo wpływ niewielki, faktycznie można zawisnąć w próżni..
Wspolczuję.

47

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Peter4x- tzn. mam plany i marzenia. Staram się wyznaczyć sobie cele, że np. po studiach chcę pracować w tym i tym miejscu w tym i tym mieście i mieć to jako cel, bo bez celu nie potrafię brnąć. Najbardziej wykańczają mnie studia. Wszystkie studia medyczne są według mnie trudne. Dużo nauki, dużo stresu, mało czasu na integrację czy rozwijanie pasji, a nawet jak jest więcej czasu to człowiek tylko myśli o tym, ile ma jeszcze do nauczenia. Nie brak chłopaka, nawet nie brak przyjaciół jest problemem. Zauważyłam, że jak mam spokojny czas to nie jest źle, a tu spaceruję, a tu coś czytam lub oglądam- zawsze sobie coś wynajdę, ale jak przychodzi rok akademicki i mnóstwo zaliczeń to nagle stres i stres, czuję się sama ze swoimi problemami. Ktoś napisał, żeby rzucić studia. Tylko ja mam 22 lata, jestem na 3 roku studiów, 2 lata męczyłam się już na tych studiach i nie chcę ich rzucać. Kilka razy nawet o tym myślałam, ale nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić. Poza tym sama praca jako analityk w laboratorium mi odpowiada, tylko te studia są najgorsze, ale papier muszę mieć, żeby w zawodzie pracować. Myślałam nawet nad dziekanką, ale wolałabym jej uniknąć, bo musiałabym zmieniać znowu środowisko, a jednak teraz w miarę dobrze znam moich znajomych z roku.
Tak jak pisałam wyżej- mam znajomych, ale ci znajomi mają innych znajomych i niby mam z kim gadać na korytarzu, ale nie ma nikogo do zwierzeń. Miałam bliższą koleżankę, przez ostatnie 2 lata często gdzieś razem wychodziłyśmy, ale ona sobie znalazła inną koleżankę, z którą teraz głównie trzyma, a ja jestem tylko dodatkiem.
Jedynych bliskich jakich mam to rodzinę. Jak wracam do domu to czuję, że wreszcie jest ktoś, komu na mnie zależy, kto się o mnie troszczy i kto chce dla mnie dobrze i wiem, że mnie nie oleje czy nie zostawi. W domu rodzinnym czuję się po prostu bezpiecznie, gdzie zupełnie przeciwnie czuję się na studiach. Przy tym stresie, jaki mam na uczelni jak wsiadam w pociąg do domu czuję ulgę. Może też jestem bardziej wystraszona, bo na 1 roku studiów wracałam do domu raz na 2 tygodnie, bo miałam piątki wolne. Rok temu cały tydzień zajęcia, ja do domu jadę koło 5 godzin, więc nie opłacało się na niecały 1 dzień wracać, przez co bardzo rzadko wracałam i to mnie trochę psychicznie dobiło. Teraz w tym roku mam co 2 poniedziałek wolny i próbuję sobie przepowiedzieć, że będę mogła co 2 tygodnie wracać do domu, ale jakoś i tak mam uraz.
Ktoś by mógł napisać, żeby faktycznie rzucić te studia, bo wykańczają mnie tylko. Rzuciłabym, ale nie wiem nawet, co chcę innego robić w życiu, nie mam innego pomysłu. A poza tym to też pieniądze, utrzymanie jest bardzo drogie i nikt mi nie zwróci za mieszkanie i jedzenie za te 2 lata

Benita72- no dobrze, ale co mam z tym zrobić? Nie mam wpływu na prowadzącego, którego sobie wybieram, nie mam wpływu na znajomych, którzy ze mną studiują czy generalnie nie mam wpływu na to, czy spotkam kiedyś np. przyszłego męża. I to nie jest raczej mój wymysł

48 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-10-09 00:22:49)

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:

Ktoś napisał, żeby rzucić studia. Tylko ja mam 22 lata, jestem na 3 roku studiów, 2 lata męczyłam się już na tych studiach i nie chcę ich rzucać. Kilka razy nawet o tym myślałam, ale nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić. Poza tym sama praca jako analityk w laboratorium mi odpowiada, tylko te studia są najgorsze, ale papier muszę mieć, żeby w zawodzie pracować. Myślałam nawet nad dziekanką, ale wolałabym jej uniknąć, bo musiałabym zmieniać znowu środowisko, a jednak teraz w miarę dobrze znam moich znajomych z roku.

Broń Boże nie rzucać studiów. Potem byś to żałowała do końca życia. To nie byłyby tylko 2 stracone lata ale również o wiele mniejsze zarobki i o wiele mniejsze możliwości znalezienia pracy. Na rozpoczynanie studiów w późniejszym wieku naprawdę stać niewielu.


Efira napisał/a:

Tak jak pisałam wyżej- mam znajomych, ale ci znajomi mają innych znajomych i niby mam z kim gadać na korytarzu, ale nie ma nikogo do zwierzeń. Miałam bliższą koleżankę, przez ostatnie 2 lata często gdzieś razem wychodziłyśmy, ale ona sobie znalazła inną koleżankę, z którą teraz głównie trzyma, a ja jestem tylko dodatkiem.

Hmm, to prawie tak jak większość osób. Mi by do głowy nie przyszło aby zwierzać się komuś na uczelni czy w pracy wink Chociaż mam bliższych kolegów i nawet koleżankę.

49

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Peter4x napisał/a:
Efira napisał/a:

Ktoś napisał, żeby rzucić studia. Tylko ja mam 22 lata, jestem na 3 roku studiów, 2 lata męczyłam się już na tych studiach i nie chcę ich rzucać. Kilka razy nawet o tym myślałam, ale nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić. Poza tym sama praca jako analityk w laboratorium mi odpowiada, tylko te studia są najgorsze, ale papier muszę mieć, żeby w zawodzie pracować. Myślałam nawet nad dziekanką, ale wolałabym jej uniknąć, bo musiałabym zmieniać znowu środowisko, a jednak teraz w miarę dobrze znam moich znajomych z roku.

Broń Boże nie rzucać studiów. Potem byś to żałowała do końca życia. To nie byłyby tylko 2 stracone lata ale również o wiele mniejsze zarobki i o wiele mniejsze możliwości znalezienia pracy. Na rozpoczynanie studiów w późniejszym wieku naprawdę stać niewielu.
.

Ona musi byc na studiach bo chce i kocha to co robi.
Myslenie '2 stracone lata' jest tak bez sensu i wlasnie powoduje takie zazdroszczenie komus mlodszego wieku.

'Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba,jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła.'

50

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

bierz magnez, witamine b12, k2, I d3, niedobory tych skladnikow to murowana depresja, zazywanie, nawet w duzych ilosciach na poczatku pomaga

51

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Winter.Kween napisał/a:

Ona musi byc na studiach bo chce i kocha to co robi.
Myslenie '2 stracone lata' jest tak bez sensu i wlasnie powoduje takie zazdroszczenie komus mlodszego wieku.

No wiesz, dziwne by to było jakbyśmy chcieli być 20 lat starsi zamiast młodsi wink

Zresztą studia i praca to nie to samo. Można nienawidzić studiowania a później kochać pracę w danej branży.

52

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
12miecio12 napisał/a:

bierz magnez, witamine b12, k2, I d3, niedobory tych skladnikow to murowana depresja, zazywanie, nawet w duzych ilosciach na poczatku pomaga

A może tak najpierw zrobić badania zanim zacznie się coś suplementować, żeby nie przedobrzyć w drugą stronę? Nadmiary też dobre nie są.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

53

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Peter4x- właśnie myślałam wiele ostatnich miesięcy, żeby rzucić te studia, czy ja się nadaję z takim myśleniem, ale z drugiej strony został mi jeszcze 3, 4 i 5 rok, więc może jakoś to przeżyję, w porównaniu do reszty życia. Poza tym miałabym na sumieniu, że jednak powinnam zostać, a to coś chyba znaczy

Winter.Kween- możliwe, że są studia, które się kocha, ale to na pewno nie są medyczne studia. Mam mnóstwo znajomych z lekarskiego i farmacji i tam 90% ludzi już na 2 roku czuje się wypalona, ma dosyć tych studiów, też by je najchętniej rzucili, ale gdyby nagle większość studentów rzuciło te studia, bo jest ciężko, to kto by nas leczył? Oni jakoś dają radę, stawiam sobie ich za wzór, że nie jestem z tym sama. U mnie z resztą na roku też już ludzie są zmęczeni studiowaniem. Można potem powiedzieć, że co to za lekarz, farmaceuta, pielęgniarka itp., którzy nienawidzą swoich studiów, ale zaręczam ci, że jeśli nie masz znajomości to są to na prawdę ciężkie studia, a jednak jest potrzeba na ludzi z branży medycznej (i nie mówię tylko o lekarzach, farmaceutach, ale też o np. analitykach, pielęgniarkach czy fizjoterapeutach). I to co napisał Peter- praca a studia to nie jest to samo. Mi się praca w laboratorium podoba, ale sporo przedmiotów na studiach mnie po prostu męczy, a są to przedmioty niepotrzebne mi do pracy, ale zdać trzeba

12miecio12- dzięki za radę, ale jak przyjmujesz nadmiar jakiegoś składnika to organizm może go potraktować tak, że się go pozbędzie i efekt będzie odwrotny do zamierzonego

54

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Efira napisał/a:

Peter4x- właśnie myślałam wiele ostatnich miesięcy, żeby rzucić te studia, czy ja się nadaję z takim myśleniem, ale z drugiej strony został mi jeszcze 3, 4 i 5 rok, więc może jakoś to przeżyję, w porównaniu do reszty życia. Poza tym miałabym na sumieniu, że jednak powinnam zostać, a to coś chyba znaczy

Życzę Ci abyś wytrzymała do końca.

Efira napisał/a:

12miecio12- dzięki za radę, ale jak przyjmujesz nadmiar jakiegoś składnika to organizm może go potraktować tak, że się go pozbędzie i efekt będzie odwrotny do zamierzonego

Akurat B12, D+K2 i małe dawki magnezu ciężko przedawkować. Niektórzy twierdzą że to jest niemożliwe. Sam biorę B complex, D+K2 codziennie już nie pamiętam od kiedy smile

55

Odp: Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?
Peter4x napisał/a:
Efira napisał/a:

Peter4x- właśnie myślałam wiele ostatnich miesięcy, żeby rzucić te studia, czy ja się nadaję z takim myśleniem, ale z drugiej strony został mi jeszcze 3, 4 i 5 rok, więc może jakoś to przeżyję, w porównaniu do reszty życia. Poza tym miałabym na sumieniu, że jednak powinnam zostać, a to coś chyba znaczy

Życzę Ci abyś wytrzymała do końca.

Efira napisał/a:

12miecio12- dzięki za radę, ale jak przyjmujesz nadmiar jakiegoś składnika to organizm może go potraktować tak, że się go pozbędzie i efekt będzie odwrotny do zamierzonego

Akurat B12, D+K2 i małe dawki magnezu ciężko przedawkować. Niektórzy twierdzą że to jest niemożliwe. Sam biorę B complex, D+K2 codziennie już nie pamiętam od kiedy smile

Dzięki
Mam nadzieję, że mi się uda
Wszystko da się przedawkować. Jak weźmiesz małe dawki magnezu w ilości hurtowej to organizm tego nie przyswoi po prostu. Tłumaczyli nam to nawet na biochemii, gdy mieliśmy witaminy smile

Posty [ 1 do 55 z 73 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co poradzić na ciągły smutek i brak poczucia sensu życia?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018