Proszę o poradę, będzie nieco przydługo.
Byłam z facetem 4 lata, jak to w zwiazku raz w górę raz w dół, ale ogólnie byliśmy dobraną parą. Były starał się jak mógł, kochał, był czuły, naprawdę wiedziałam że jestem kochana i sama tez kochałam. Miałam wrażenie że stara się czasem bardziej ode mnie. Związek był na odległosc, najpierw on pracował 1,5 roku za granicą (ale dawalismy rade), a potem ja studiowałam w innym mieście niż on pracował już po powrocie do Polski. Wszystko sie układało do momentu kiedy nie stał się wspólnikiem początkującej firmy. Jego podejście zmieniło się o 180 stopni, stał się pracoholikiem i fanatykiem. Widywaliśmy sie co 2,3 tygodnie, a głównym tematem spotkań była jego praca. Wspierałam go jak mogłam, kosztem swojej rodziny nawet, ponieważ były uznał że mój brat jest zazdrosny o jego sukcesy i stawia mu kłody pod nogi. Uwierzyłam w to, dlatego potem wspierałam go jeszcze bardziej niż zwykle, przemycałam jakies informacje, które były przydatne itp. Odsunełam się całkowicie od rodziny. Jednak zaczeło mi to wszystko przeszkadzać, przede wszystkim brak czasu, i to że nawet gdy spedzalismy go razem to on mentalnie dalej w tej pracy był. Mówiłam w złości dużo przykrych słów jak to że nie jestem pewna czy chce mieć z nim dzieci, bo co z tego że beda miały pieniądze jak nie będa miały ojca który ciągle bedzie zajęty pracą (wiem, okropne ale wtedy myslałam że otworze mu tym oczy, skoro normalną rozmową się nie dało). Zaczeło się to sypać. Po kilku dniach ciszy oznajmił mi że to już koniec, że nie da mi tego co obiecał, że nie bedzie miał wolnego ani za tydzień ani za dwa ani za miesiąc, bo ma bardzo dużo obowiązków, płakał. Ja zrobiłam w tym momencie najgorszy błąd - zaczęłam sie płaszczyć, przepraszać ze nie okazywałam mu zrozumienia i byłam nieuprzejma wobec niego, błagałam, prosiłam i im bardziej nalegałam tym bardziej on mnie odpychał, mówił że to wszystko to moja wina, że analizował to co mu wcześniej mowilam, że nie jestem szczesliwa, że go raniłam brakiem wsparcia (chodziło o to ze nie rozumialam że on moze mi tylko dać 2 spotkania na miesiąc), że nie układało nam sie w lozku (jak mialo sie ukladac jak sie od siebie oddalalismy, nie chcialam sie do tego zmuszac skoro nie czułam z nim więzi), że on to już czuje do mnie resztki i to nie jest już to samo uczucie, co 4 lata temu. Nastepnego dnia przyjechał po rzeczy, próbowałam jeszcze z nim rozmawiac o drugiej szansy (mówiłam że nigdy nie mówił mi co ja źle robie w tym zwiazku chociaz nieraz go o to prosiłam), uznał że nie ma to sensu, że tak bedzie lepiej, bo w nim cos pękło, że sie pogubił, że czuje presje z mojej strony i ze strony pracy. Na koniec jak sie żegnalismy to mnie przytulił i pocałował namiętne (nie spodziewałam się tego). Po tygodniu rozmawiał z moją przyjaciółką, powiedział jej że musi upłynąć dużo czasu, że jest urażony tymi rzeczami które mu mówiłam (o dzieciach itp), i że nie mówi ani tak ani nie. Ja oczywiście dałam sobie 3 tygodnie czasu na przemyślenia, doszłam do wniosku że z niektorymi swoimi sentencjami w jego kierunku powinnam sobie darować i pojechałam go przeprosić. Na miejscu zastałam w jego pokoju nasz wspólny album ze zdjęciami przy jego łóżko oraz naszą świeczke która musial któregos wieczoru odpalić i wtopił ją aż w parapet. W każdym razie przeprosiłam go, a on powiedział że sam nie wie, że musi to sobie poukładać i że jak bedzie mial wolne od pracy to nad tym sie zastanowi. Uznał, że teraz zrobiłam mu w głowie śmietnik. I jak dojdzie do wniosku że warto o to walczyc to da mi znać ale czym dłużej nie będzie sie odzywał tym mam mieć mniejszą nadzieję. Powiedział też że bardzo dotknął go napisany przeze mnie list o miłości (który napisalam mu i wsadzilam do kartonu z jego rzeczami) i że go trzyma przy sobie i nie zamierza go wyrzucać (on gdy ja mialam chwile zwatpienia też mi go napisał). Ja oczywiscie powiedziałam, że rozumiem, jednak dzień później wysłalam smsa ze " być może odezwę się za jakis czas" to dla mnie może byc miesiac a dla niego pół roku i że ja bez jasnej odpowiedzi nie rusze dalej bo w jakiś sposób zostawił sobie otwartą furtkę i że to jednak nie fair i żeby określił się czasowo kiedy podejmie decyzje, bo póki tego nie zrobi to furtka ciągle pozostanie otwarta, to zadzwonił do mnie i powiedział że to koniec, że on mi już nie ufa, nie wierzy i że może mialoby sens ratowanie tego zwiazku ale on nie ma na to czasu bo pracuje (a potrafi pracowac 21 dni pod rząd od 5.00-22.00). Gdy spytałam czy przestał nagle do mnie wszystko czuć to odpowiedział mi tylko że mu przykro, ale nie potrafił powiedzieć wprost "nie kocham Cie" na co nalegałam, bo by mi pomogło. Uznał, że odezwie sie do mnie za jakiś czas co tam u mnie słychać. I że możliwe że mu sie odmieni, ale na pewno nie za miesiąc ale i tak wtedy mi o tym nie powie, bo pewnie nie bede go już chcieć. Powiedziałam że skoro on tak stawia sprawe, to nie chce go teraz w swoim życiu i ma nie pisać, bo musze ruszyć dalej, niechętnie ale sie zgodził. No i tak minęło już prawie 1,5 miesiąca od tego zdarzenia a ja ciągle myślę, wcale dalej nie ruszyłam. Dojrzałam już swoje błędy, wiem co on zrobił źle. Czuję, że dałoby się to zbudować od nowa. Chciałabym do niego odezwać sie w grudniu, złożyć życzenia z okazji urodzin i spytać co u niego, nie rozstaliśmy sie w atmosferze krzyku i wrogości. W zalezności od jego reakcji, może wiedziałabym czy dalsza walka ma sens. On się pogubił, z jednej strony praca, z drugiej moje pretensje o brak zaangażowania, coś w nim w koncu pekło i uciekł od problemu w ten, a nie inny sposób. Wiem, że bardzo mnie kochał - dawał mi to odczuć prawie do samego końca. Mam żal, że nie mówił nic wcześniej, zachowywał się jakby sie nic nie stało, myslalam że naszym jedynym problemem jest to że mi coś nie pasuje, on nigdy nie mówił że z jego strony też są pretensje w moim kierunku, chociaż wielokrotnie prosilam by mówił, bo tez musze wiedzieć nad czym powinnam pracować. Co mam o tym myśleć, albo co robić? Może już nie ma sensu? Nie chce podejmować walki z wiatrakami. Nie sądziłam, że facet odrzuci mnie na rzecz pracy, już prędzej pogodziłabym się z obecnością innej kobiety (a jestem pewna że takiej nie ma, bo nie miał nawet kiedy jej poznać)..trudne to wszystko, prosiłabym o wyrażenie opinii na temat powyższego, co kolwiek bo mam wrażenie, że tracę grunt pod stopami.