Niedlugo, jak juz powoli to widac, zbliza sie "najgorsze, idiotyczne, i bezsensowne" swieto roku: Walentynki. (przedtem je uwielbialem bo byl to pewien dzien "pokazowej" ale jednak pamieci o milosci, choc kazdy dzien powinien byc jej swietem..)
Zapewne nie mial bym nic do tego dnia (dzien jak kazdy innny w roku), gdybym nie zostal sam, a wlasnie dokladnie 2 miesiace od przyszlego "radosnego" swieta, oraz gdyby moja (byla?!) ukochana wlasnie sie nie nazywala Walentyna...
W zwiazku z powyzszymi faktami widzac dziesiatki a moze nawet setki serduszek w wystawach sklepow w miescie z napisem w srodku "Valentine" lub "Walentynki" mial bym ochote rozbic ceglą te wystawy, a serduszka podeptac na kawalki..
Nie wiem, moze mnie juz odbija, ale naprawde w ten dzien chyba zapale swieczke -jak sie to robi za zmarlego- bo przeciez rozstanie to smierc zwiazku, a takze smierc duszy...
Jesli ktos ma jakies pomysly na ten dzien, albo podobno mu sie zle robi (nie w sesie mdlosci, lecz bardziej smutku i zlosci) na mysl/widok o tym dniu, oraz ma pomysl jak go powinni spedzac samotni.. zapraszam do udzialu: