Witam, pisze aby uzyskać logiczną ocene sytuacji
mam 24 lata, gdy skończylem szkole siedziałem w domu , dorabiałem sobie w rózne sposoby jednak nigdy nie pracowałem na normalną umowe, bylo to wszystko wszystkim na rękę ponieważ opiekowałem sie w domu chorym członkiem rodziny. Potem poznałem dziewczyne która mieszka daleko ode mnie, znamy się juz bardzo dlugi i postanowiliśmy razem zamieszkać aby się sprawdzić czy damy rade, ona znalazła prace w mieście oddalonym o 130km od mojego domu a co za tym idzie chcialaby ze mna zamieszkac aby wszystko było taniej, ja również w tym mieście moge miec prace od zaraz po znajomości tylko zostaje jedno ale a mianowicie tęsknota.
Wiem możecie myśleć że to dziwne mając 24 lata jestem przywiązany do rodziny ale po prostu na samą myśl że zostawie mój dom , moje podwórko, rodzine , mój pokój w którym byłem od lat mam łzy w oczach, czuje że będzie mi tego brakowało, jednak z drugiej strony mam świadomość że kurde mam 24 lata trzeba brać się za życie, zacząc pracować, mama wiecznie życ nie będzie, niby 130km mało i można często jeżdzić ale jakoś ciężko mi sobie z tym poradzić, już patrząc po pokoju mam łzy ze mnie tu nie będzie.
Z wlasnego doswiadzenia wiem, ze tesknota jest najgorsza kiedy jeszcze jestes w domu. Rozgladasz sie po znajomych katach i w glowie sie nie miesci jak mozna to wszystko zostawic. Przeprowadzka to niewiadoma, nie wiesz jeszcze jak bedzie wygladalo twoje zycie, a wiadomo ze najbardziej boimy sie tego co nieznane. Miesiac, dwa po przeprowadce bedziesz czuc sie zupelnie inaczej, zobaczysz. Mysle ze powinienes sprobowac.
Zgadzam się z powyższym. Przeprowadzałam się wiele razy, zmieniając miasta albo tylko mieszkania. I zawsze myślałam, że będę tęsknić do tych miejsc, a zwłaszcza do ludzi. A po przeprowadzce, niemal od razu, wtapiałam się w nowe otoczenie. Dlatego myśl pozytywnie.
Jedna i druga rzecz jest całkiem normalna. I chęć wyjazdu i chęć zostania. Jak się kocha swoją rodzinę i swój dom, to ciężko się rozstać. Większość z moich znajomych, którzy mają dobre relacje z rodzicami, zostają w rodzinnym mieście albo wyjeżdżają na studia gdzieś blisko i po studiach wracają. Ja nie czułam się dobrze w domu, więc przeprowadzkę w wieku 19 lat do akademika przyjęłam jako wybawienie. Nie przerażała mnie ani trochę myśl o odległości ani o nowym miejscu. Oczekiwałam z radością na coś nowego, innego.
Myślę, że strach przed nowością jest naturalny.
Z drugiej strony, kiedy nadejdzie właściwy czas, żeby się usamodzielnić? 24 lata? 25? 29? 35? Wziąć za siebie odpowiedzialność, za swoje życie, zarobki, mieszkanie, sprzątanie itd.? Mam wrażenie, że im dłużej się to odwleka, tym jest trudniej.
Znam takie pary, gdzie mężczyzna żył z mamą do swojego ślubu, potem z kobietą. Nie nauczył się samodzielnego życia, więc ma teraz problem, by dogadać w prostych sprawach jak podział obowiązków domowych, rozporządzanie budżetem etc. Myślę, że każdy, kto nigdy nie mieszkał bez rodziców, może spotkać się z podobnymi trudnościami. Nie mówiąc już o tym, jak trudno się mieszka z taką osobą, która mieszkała do tej pory tylko z rodzicami. To tylko jedna taka kwestia. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety potem są zdziwieni, że talerze się same nie zmywają, że brud się magicznie gromadzi na umywalce, że toaleta jest jakaś ciągle brudna
(och, miałam takie współlokatorki, wiecznie zdziwione).
Pomaga myślenie, że nie wyjeżdżasz SKĄDŚ (nie będzie mnie w domu, nie będę tu mieszkał, nie będę miał swojego pokoju i rodziny na wyciągnięcie ręki) tylko wyjeżdżasz DOKĄDŚ (będę z dziewczyną, którą kocham, będę miał własną przestrzeń, wolność wyboru, większą swobodę).