Mam 21 lat, nic mi nie dolega i z perspektywy obserwatora niczego w moim życiu nie brakuje. Od około roku czasu, czyli od momentu, w którym część moich młodzieńczych zamiarów i wyidealizowanych wizji przyszłego dorosłego życia zaczęły się rozbijać o kolejne ściany, zaczęłam czuć się źle i mieć poczucie winy odnośnie moich decyzji.
Przez minione dwa lata zmieniałam kilkukrotnie kierunek studiów co poskutkowało ogromnym stresem, wydatkami, z których niezadowoleni byli rodzice, szybkim usamodzielnieniem się w związku z koniecznością podjęcia pracy, co w efekcie uruchomiło w mojej głowie alarm, że coś tutaj jest nie tak, że nic nie idzie po mojej myśli, a na pewno niezgodnie z ''planem'' jaki miałam jeszcze kilka lat wstecz. Oczywiście, to prawdopodobnie zupełnie normalne odczucia w zderzeniu młodego człowieka z dorosłością i odpowiedzialnością, powinnam więc stawić temu czoła, powiedzieć sobie, że mam co chciałam, ponoszę teraz konsekwencje i życie toczy się dalej. Niestety, wszystkie dotychczasowe porażki, choć każda z nich była małym kroczkiem ku odnalezieniu właściwej drogi, to dość mocno mnie poturbowała. Leżę teraz w łóżku i spędzam kolejną noc na odkładaniu snu w czasie przez natrętne myśli o tym, że nic przez te wszystkie zajścia nie osiągnęłam, że non stop generuję koszty, że wybrałam drogę trudną, a przecież mogłam studiować gdzieś bliżej. Czuję, że zawodzę rodziców choć nigdy mi tego wprost nie powiedzieli. Odczuwam ogromny lęk o przyszłość, zaczęłam wątpić w swoje jakiekolwiek umiejętności, w siłę osobowości, w moc charakteru, czuję presję ''zdobycia świata'', a jednocześnie ogarnia mnie niepewność na myśl o zupełnie samodzielnej przyszłości. Nie potrafię płynąć jak inni ludzie z dnia na dzień, każdy wieczór, który spędzam sama upływa mi na mimowolnych rozmyślaniach i ważeniu minionych decyzji, nad niezależnym ode mnie zastanawianiu się, czy w tej chwili robię właściwie, czy podołam kiedyś w pracy, czy ja się właściwie nadaję czy tylko to sobie ubzdurałam. Poza tym czuję dziwny lęk przed dorywczą pracą, którą już dwukrotnie podejmowałam i nic złego się nie działo, jednak przed jej podjęciem, a później przed stawianiem się w niej każdego poranka czułam ciężar strachu i napięcia, że mogę źle wypaść, że z czymś sobie nie poradzę itd. Finalnie okazywało się, że wypadałam świetnie, wywiązywałam się z obowiązków i potrafiłam okazać zaangażowanie. Za kilka dni rozpoczynam studia w wymarzonej szkole, niestety płatne co znowu produkuje myśli, że nie mogę sobie nie poradzić żeby nie zawieść rodziców i samej siebie, bo to już ostatnia możliwość wykonania ruchu.
I z przebojowej dziewczyny, która chciała zdobywać świat, czuję, że zmieniłam się w kogoś komu najbardziej zależy na harmonii, bliskości bliskich ludzi i poczuciu przekonania do wykonywanych działań. Są dni kiedy tłumaczę sobie wszystko ze spokojem i jest wtedy lepiej, ale nadal nie potrafię poradzić sobie z nocnymi napaściami lęku i wirujących myślach o przyszłości. Chciałabym codziennie mieć siłę do pogłębiania wiedzy, do gruntowania swojej drogi i poczucia sensu i słuszności w tym co robię.
Masz 21 lat i chciałabyś, aby wszystkie twoje plany się realizowały, jak w bajce - łatwo, lekko i przyjemnie?
Do tego trzeba dojść ciężką pracą - nawet decyzja o wyborze studiów to wyzwanie: albo ludzie powtarzają zawód swoich rodziców, albo nasłuchają się o "dobrych" kierunkach, po których ma się pracę, a potem konsternacja, bo totalna pomyłka, rzadko ktoś wie już na etapie szkoły średniej, co chce robić w życiu i jest to dobry kierunek. W LO chciałam studiować biologię, nawet zdawałam maturę z biologii, a potem przyszła mi taka refleksja - a co ja po takich studiach będę robić, będę nauczycielką?
Niektóre rzeczy trzeba spróbować, by stwierdzić czy smakują, to nie jest żadna katastrofa. Nie przejmuj się tym, pomyśl sobie, że wielu ludzi zaczyna na nowo życie np. w wieku 40 lat, bo rozpadła się rodzina, albo wypalą się zawodowo i szukają czego zupełnie nowego.
Szukaj swoje drogi - nie rezygnują przy drobnych niepowodzeniach.
Mam 21 lat, nic mi nie dolega i z perspektywy obserwatora niczego w moim życiu nie brakuje. (...)
Skoro tak, to może przestań szukać dziury w całym?
To od Ciebie zależy, w jaki sposób opiszesz szklankę stojącą przed Tobą: czy według Ciebie jest wypełniona do połowy, czy od połowy pusta. Przychodzą Ci do głowy różne myśli, od Ciebie zależy to, co z nimi zrobisz: czy pozwolisz im odpłynąć, czy też na ich bazie kręcić będziesz katastroficzny film.
Masz 21 lat i chciałabyś, aby wszystkie twoje plany się realizowały, jak w bajce - łatwo, lekko i przyjemnie?
Niektóre rzeczy trzeba spróbować, by stwierdzić czy smakują, to nie jest żadna katastrofa.
Szukaj swoje drogi - nie rezygnują przy drobnych niepowodzeniach.
Zgadzam się ze wszystkim. Gdybym w ten sposób nie pojmowała, to nie zrobiłabym żadnego kroku i nie doszłabym do punktu, w którym jestem obecnie. Problem tkwi chyba w reakcji bliskich na te zmiany, jestem w gruncie rzeczy od nich zależna, to dzięki ich wsparciu mogę sobie na te manewry pozwolić, więc za każdym razem kiedy coś idzie nie po myśli, kiedy konieczna jest kolejna spora zmiana - czuję się podle z tym, że ciągle ich nadwyrężam. Prawdopodobnie dlatego zaczęłam w to wszystko wątpić, że może za dużo sobie wyobrażam i czy nie lepiej byłoby ''dziubać'' do końca zaczęty kierunek i jak inne, dobre dzieci nie sprawiać ciągłych kłopotów... Druga strona tego medalu, to pytanie - gdzie byłabym wtedy ja sama?
I kiedy nachodzi mnie takie zwątpienie rodzi się potrzeba bycia docenioną, pochwaloną, potrzeba potwierdzenia od innych, że moje działania mają sens i wartość nie tylko w moich oczach.
I kiedy nachodzi mnie takie zwątpienie rodzi się potrzeba bycia docenioną, pochwaloną, potrzeba potwierdzenia od innych, że moje działania mają sens i wartość nie tylko w moich oczach.
... jako kobieta to możesz być nie doceniana do końca dni swoich... This is a man's world
Takie bywają początki dorosłego życia, z jednej strony - chciałoby się samemu, a z drugiej strony nie wszystko da się samemu, niektórzy mają większe, a inni mniejsze wsparcie od rodziny.
Niezależenie od tego pamiętaj - że to TWOJE życie. Może rodzicom nie podoba się, że zmarnowali kasę na twoje studia, ale czy tobie będzie się podobać, że zmarnowałaś wiele lat życia robiąc coś czego nie lubisz, wbrew sobie? Kiedyś to ty będziesz dla nich wsparciem, nikt nie będzie pamiętał, że nie mogłaś znaleźć na początku swojej drogi, ale jak już znajdziesz, to będą z ciebie dumni.
Mój ojciec raczej nie jest zbyt uczuciowym człowiekiem, nie jest kimś kto będzie chwalił innych. Ostatnio mieliśmy jakąś rodzinną imprezkę, troszkę przyjął % i zaczął z dumą opowiadać o moim wykształceniu, sukcesach.... na trzeźwo na pewno nie powiedziałby, że jest ze mnie dumny.
Masz 21 lat, przed sobą całą dorosłość, za jakiś czas te dwa lata i błędne decyzje przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Z drugiej strony błędów nie popełnia tylko ten, co nic nie robi, a Ty przynajmniej spróbowałaś, przekonując się, że poprzednie kierunki studiów na pewno nie dadzą Ci tego, w czym widzisz się w przyszłości - to też jest cenne, że już wiesz to na pewno. Nie wiem czy wśród nas jest ktokolwiek, kto nigdy się nie sparzył i nigdy nie pomylił.
Wspominasz o potrzebie bycia docenioną, pochwaloną, jednym słowem oczekujesz pełnej akceptacji, ale tu znów powtórzę - chyba każdy z nas jej potrzebuje przynajmniej ze strony bliskich. Wrócę do czasów swojej szkoły, bo to moment, ktory dobrze wpisuje się w Twoją sytuację. Mój tata raczej mnie nie chwalił, kiedy świetnie kończyłam kolejne lata nauki, zdawalam maturę, broniłam kolejne dyplomy. Widziałam w jego oczach podziw, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek został zwerbalizowany. Za to potem słuchałam od ciotek i sąsiadek z jaką dumą o mnie opowiadał i jak cenił mnie za ambicje. Niektorzy rodzice już tak mają, że czasem nadmierne pochwały przychodzą im z trudem. Być może Twoi rozumieją podejmowane przez Ciebie kroki, tylko nigdy o tym głośno nie mówią.
7 2016-09-27 22:39:30 Ostatnio edytowany przez akilly (2016-09-27 22:45:09)
Tak, to moje życie i moje decyzje, ale tracę przekonanie o ich słuszności kiedy ciągle słyszę od poirytowanej mamy, że chce w końcu zobaczyć jakiś początek tego wszystkiego, a nie wyłącznie utratę pieniędzy. Często mówi mi, że według niej nie jestem zaangażowana, że ona nie widzi moich starań, zagłębiania się (w obecny kierunek studiów), że nie widzi w tym pasji, o której mówię. Niemal co chwilę słyszę właśnie taką krytykę, czasem tylko ma przebłysk, że będzie dobrze itd. To mnie totalnie rozbija. Przez te słowa czuję się jak marnotrawna córka, która ma trzydziestkę na karku, jest nadal niesamodzielna i nieporadnie prowadzi swoje życie..
Jak można mieć siłę do wielkich działań skoro słyszy się ciągłą krytykę od własnej matki? Żadnych ciepłych słów, ciągłe kłótnie o moje niespełnione obietnice i nieudane próby.
Jak można mieć siłę do wielkich działań skoro słyszy się ciągłą krytykę od własnej matki? Żadnych ciepłych słów, ciągłe kłótnie o moje niespełnione obietnice i nieudane próby.
Samospełniająca się przepowiednia (to jest krytyka twojej matki, nie ciebie). Ja też tak miewam
Nie wiem, czy jest jakiś magiczny środek, ale życzę ci dużo siły i wytrwałości - musisz powiedzieć sobie, że to jest twoje życie, nauczyć się nie słuchać negatywnych uwag, więcej czasu spędzać z ludźmi pewnymi siebie, z pasją, z pozytywnym nastawieniem do życia, takim którzy idą do przodu, mimo przeszkód.
9 2016-09-29 18:19:26 Ostatnio edytowany przez celinienne (2016-09-29 18:20:09)
Jestes w momencie zycia, w ktporym dopiero podejmuje sie powazne decyzje co do przyszlosci. Zweryfikuj plany, ktore pewnie wymyslilas sobie jako nastolatka i je realizuj jako dorosla kobieta.
21 lat - to nie jest moment opuszczac ramiona, ale rozwijac skrzydla.
"I z przebojowej dziewczyny, która chciała zdobywać świat, czuję, że zmieniłam się w kogoś komu najbardziej zależy na harmonii, bliskości bliskich ludzi i poczuciu przekonania do wykonywanych działań."
To źle?
Mam wrażenie, że piszesz o co najmniej dwóch różnych rzeczach. Raz, że ktoś cię oszukał i wmówił, że w dorosłym życiu jest pięknie, łatwo, lekko i przyjemnie i że ciężką pracą wszystko osiągniesz, wystarczy się starać. No niestety. Nie żyjemy w bajce Disney'a.
Dwa piszesz o zmianach wewnątrz siebie. W porównaniu do osoby, którą byłaś parę lat temu, masz inne potrzeby, wizje przyszłości, inne myśli. Człowiek się zmienia! Gdybym miała podążać wizjami, które miałam 10 lat temu... a choćby i 5... nie wiem, gdzie bym była, być może gdzieś na jakiejś religijnej krucjacie albo w zakonie... Nie poznałabym swojej pasji ani tego, jak fajnie jest mieć świadomość i wolność wyboru.
Trzy, nadal poszukujesz drogi. Masz do tego prawo! Nie pozwól sobie wmówić inaczej. Świat próbuje nam kreować 20-latków, co to osiągnęli swoje życiowe marzenia i wiedzą, czego chcą i pną się w górę, odnosząc same sukcesy, gdzie się nie obejrzą. Daj spokój. Mało kto na świecie jest jakimś Bieberem czy Emmą Watson. Większość moich znajomych 25+ nadal szuka swojego miejsca na świecie, pracy, którą będą chociaż lubić, nie mówiąc już o tym, że miałaby ta praca mieć coś wspólnego z ukończonym kierunkiem studiów. Prawda jest taka, choć nie wiem, czy chcesz ją słyszeć, że mało kto wie, zaczynając studia albo nawet kończąc studia, co chce robić w życiu. Niestety szkoła nam nie pomaga w odnalezieniu siebie, bo spędzamy większość czasu na szukaniu x albo odpowiedzi na pytanie o to, w którym roku... cośtam.
Cztery. Piszesz o lękach. W świetle przedstawionej wyżej hipotezy, że nie wiesz, kim jesteś i gdzie chcesz iść ani jak tam zdążać, lęk jest oczywistą odpowiedzią. To, co wydawało ci się prawdziwe o sobie i o świecie okazuje się fałszem. Ani świat nie jest taki, jaki myślałaś (bo chciałaś go zdobywać), ani ty nie jesteś taka, jak myślałaś (bo myślałaś, że jesteś mega przebojowa, a tak naprawdę to w sumie chcesz spokoju). Patrząc na nowa siebie i nowy świat, szukasz odpowiedzi, których nikt nie daje na talerzu. Dziwią cię twoje reakcje?
No to jak już cię nie dziwi twój stan, to pytanie - co z tym zrobić?
Ano drogi są różne. Mogę ci podpowiedzieć, że często terapeuta czy psycholog jest trafem w dziesiątkę. Ale nie zawsze, czasem trzeba jeszcze poszukać dobrego psychologa (bo nie każdy takim jest). Czasem trzeba wziąć sobie wolne i poznać SIEBIE. Wziąć miesiąc wolnego i wyjechać do Peru i szukać prawdy o sobie w górach. Sprawdzić, co sprawa ci przyjemność, co chcesz robić, co lubisz robić, jakie zadania wolisz, czy chcesz pracować z ludźmi czy lepiej nie, czy chcesz być panią samą sobie czy wolisz pracować pod kimś. Czy lubisz pracować w zespole, czy radzisz sobie nie polegając na nikim? Wolisz pracę pod presją czy w regulowanym trybie? Skakanie ze studiów na studia nie da ci odpowiedzi na to, co TY chcesz robić, jakie są Twoje zainteresowania, pasje, preferencje. (Nota bene to największy błąd naszych czasów - zasypywanie dzieci tyloma zajęciami dodatkowymi, że w wieku 20 lat nagle się okazuje, że nawet nie wiedzą, czy oni lubią matematykę, czy po prostu rodzice im to wmówili).
A propos rodziców. Nie masz obowiązku spełniać oczekiwań rodziców. Nie masz wobec nich żadnego długu. Dzieci się wychowuje dla świata, a nie dla siebie. Jeśli ci powiedzą, że nie są w stanie finansowo cię udźwignąć, to znajdź pracę. Jeśli nadal chcą cię utrzymywać, to zrób im te przysługę i poświęć czas na to by znaleźć coś, co cię uszczęśliwi, niezależnie od tego ilu zmian to wymaga i ile razy jeszcze będziesz szukać dla siebie studiów.
Wiele prawdy w tym co piszesz Monoceros.
Wracam do tego posta po kilku długich dniach spędzonych z samą sobą i po przeżyciu nowego otwarcia, wzbogacona o nowe emocje i bodźce. I mogę powiedzieć, że w chwili gdy powstał mój wątek właśnie tych komponentów było mi brak. Czyli odrobiny pochwały, zachwytu, docenienia i bliskiego duszy świata zewnętrznego. Z tego też braku zrodziła się niechęć do samej siebie i narastające wątpliwości o słuszność podejmowanych działań. Jednak kiedy człowiek znajdzie się na tle korzystnego mu środowiska potrafi ponownie rozprostować skrzydła i objąć szeroką perspektywą swoje najbliższe cele.