Drogie Panie,
Zacznę od opisu mojej osoby oraz naszego związku, mam zamiar w kilku zdaniach przedstawić sytuację w możliwie jak najbardziej obiektywnej formie.
Kilka wiarygodnych informacji o mnie: nad wyraz ambitny (moja największa zaleta, jak i wada zarazem), pewny siebie, sportowiec z kilkoma istotnymi sukcesami, student medycyny, pochodzący z domu na fundamentach katolickiego podejścia do życia i to tylko dzięki dziadkom, zaraz domyślicie się dlaczego. Ojciec zginął w wyniku samobójstwa (jego matka - pijaczka, zdradził moją rodzicielkę, zakładając nową rodzinę, po czym wpadł w hazard i sumując całą jego działalność skończył jak skończył), matka mimo iż żyje w dostatku podchodzi niezwykle powierzchownie do życia i ludzi (typ nowobogacki), aczkolwiek niezwykle ją szanuję za to, że zdołała mnie utrzymać i wychować samotnie przez długi czas, co tworzy między nami niesamowitą więź (mimo niezgody charakterów, poglądów, podejścia do życia). Swoją osobowość zawdzięczam m.in. dziadkom (fundamenty!) oraz niezwykle ciężkiej pracy, przez którą niejako jestem wykluczony społecznie. Nie miałem żadnej taryfy ulgowej, wszystko od zera i samodzielnie, na własne życzenie. Owszem, mam kilku bardzo dobrych kolegów, podchodzących podobnie do życia jak ja - ale nie mam czasu i potrzeby pogłębiać znajomość. Ludzie - mimo iż mnie lubią, a ja ludzi - nie dają mi na tyle dużej satysfakcji by poświęcać naukę czy pracę ich kosztem. Wiedziałem i wiem, że będzie i jest ze mną ciężko, mimo tego zakochałem się na zabój. Staram się kompensować te braki społeczne, nie ma tygodnia bym się z kimś nie spotkał, kilka razy w roku wychodziłem z dziewczyną na imprezy typu wesela, sylwester w klubie. Minimum raz w tygodniu wspólna kolacja na mieście, kawa w słoneczny dzień.
Dziewczyna niezwykle delikatna, wrażliwa i kobieca, z wiejskiego, polskiego domu. Rodzice bez żadnego charakteru, nie wpoili jej ani jej rodzeństwu niczego dobrego (ciągle uciekając od odpowiedzialności, żyjąc zasadą "ona jakoś da sobie radę", z resztą wobec siebie tak samo). Szczególnie w oczy kole brak szacunku pomiędzy nimi, ciągłe awantury o nic i cholerne lenistwo, także hipokryzja (typowa wiejska, stereotypowa rodzina). Przez pierwsze 2 lata naszej znajomości (obecnie ja 25, ona 21) było idealnie - różnice naszych charakterów wspaniale się zazębiały, niesamowita miłość (myślę, że szczegóły nic nie wniosą w temat, pominę). Po 2 latach wyszło to, czego się obawiałem - całe dnie leżenia w łóżku, wydawanie pieniędzy, przesiąknięcie social media, a także brak szacunku do innych ludzi spowodowały, że dla dziewczyny w kółko liczyło się poprawianie nastroju zakupami w galerii/strojeniem się, natomiast de facto na co dzień nie robiła kompletnie NIC, będąc cholernie nieszczęśliwą... Nie przeszkadzało mi to, gdyż jestem tolerancyjny. Oczywiście proponowałem wszelką pomoc ws. "metamorfozy", chociażby zmienić nawyki, tryb życia, zacząć się uczyć, trafić do porządnej pracy, również oferując szereg "rozrywek" (sport, spacer, kino, basen, najczęściej z marną radością z jej strony)... Przeważnie kończyło się to słomianym zapałem/niezadowoleniem, a później już tylko agresją ("nie szukaj mi zajęcia", "wiem doskonale jak żyć", etc.).
Moja rola w tym związku - zdecydowanie oparcie. Żyję podstawowymi zasadami - wierność, szacunek, szczerość, poświęcenie, kompromis, praca nad sobą. Dzięki temu podchodziłem do każdego problemu otwarcie, chcąc go rozwiązać, przytulając, dłuuuugo rozmawiając, będąc elastycznym na wiele zmian. Nie dając żadnych powodów do zazdrości. Jestem niezwykle opiekuńczy i czuły, także w łóżku. To takie (myślałem) pożądane u kobiet - stanowczy i zdecydowany, z honorem i zasadami, ale delikatny dla kobiety. Niestety, dziewczyna od długiego czasu nie wnosiła do związku nic - nawet nie przytulała mnie na dzień dobry po mojej całodniowej nieobecności w mieszkaniu, nie wspominając o jakiejś ingerencji w życie erotyczne (zamknięta na nowe pozycje, niechętna do aktywnego uprawiania miłości, ale myślałem, że ten typ tak ma, ze względu na pochodzenie). Seks traktuję zdrowo, tak więc z góry zapewniam, że nie wymagam zbyt wiele, a ten typ aktywności sporo mówi o człowieku, dlatego przeczuwałem problemy. O pracy na sobą/nad związkiem mówić nie muszę, dziewczyna w tym kierunku zupełnie nie podążała. Mimo, iż byłem tylko dla niej poza uczelnią i treningami (każdy wieczór i cały weekend!), nie chciała z tego korzystać (od mniej więcej połowy roku)... Od dłuższego czasu ciągle na mnie narzekała - "robisz to źle", "jesteś syfiarzem", "jak ty wyglądasz", "nie interesuje mnie o czym mówisz", po prostu stała się niezadowolona ze wszystkiego, cholernie obojętna, do tego agresywna. Spowodowało to szereg kłótni o to, iż jest cholernie niewdzięczna i zamknięta na jakąkolwiek współpracę/zmiany. Wobec tego nie obyło się bez stwierdzeń typu "jesteś zerem traktując mnie w ten sposób, samej nie robiąc ze sobą kompletnie nic!" w jej stronę, bo niestety w obecnej sytuacji tak to postrzegam. Z resztą ona też. Kilka razy już "kończyliśmy znajomość" - za każdym jednak razem obiecała poprawę, zmianę, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich wyczynów.
Ostatnio kłótnia o to samo i znowu wielkie zapewnienia, a ja ze zdarzenia na zdarzenie byłem coraz bardziej nieufny... Zgodziłem się, widziałem, że bardzo jej zależy. Do dnia następnego. Zadzwoniła mówiąc mi, iż na spotkanie zaprosił ją mężczyzna (7 lat starszy, bez kobiety, dobrze ustawiony finansowo, typ imprezowicz, moje przeciwieństwo). Wcześniej zaprosił ją do kina wraz z paczką znajomych, odmówiła (pewnie pod moją presją, mimo iż nie pytała o zdanie). Gdzie się poznali? Poznaliśmy się wszyscy przypadkowo, wracając wspólnym samochodem do miasta rodzinnego. Ewidentnie wpadł jej w oko, też go polubiła, z resztą ja też (takich ludzi po prostu się lubi, ja jak zwykle z przymrużeniem oka). Ponoć pisali wspólnie o głupotach typu "co w pracy?", ale nie węszyłem (nigdy tego nie robię). Prowadziliśmy dialog przez dobrą chwilę, o tym, że jej postawa jest nie do zaakceptowania w świetle tego jak żyliśmy przez ostatnie lata, sama przecież gardziła takim podejściem kobiet. I by uniknąć tłumaczeń... Nie wiązałem jej ani trochę. Raczej omijała imprezy z własnej woli, na kilku była sama bez żadnego problemu. Mój najsilniejszy argument wobec tej sprawy: "facet bawi się życiem, nie ma dziewczyny, tylko pracuje i imprezuje, myślisz, że czego może oczekiwać od Ciebie? zwykłej pogaduchy? no powiedz, jak myślisz czego od ciebie chce!". Jej odpowiedź: "brakuje mi znajomych, to zwykły kolega, mam do siebie szacunek i Cię kocham, chcę po prostu pogadać o głupotach z kimś innym". No i znowu ja: "przecież wspólnie wiemy, że w większości przypadków (z autopsji) takich relacji to problemy, a sytuacja która spowodowałaś to już w ogóle czynnik ryzyka bardzo wysoki, przecież masz koleżanki, a kolegów znajdź w swoim wieku i w odpowiednim środowisku, nie ma problemu". Niby się zgodziła z moim zdaniem, ale bez przekonania, zbywając mnie. Wracałem do tej akcji wielokrotnie przez ostatnie dni (rozmawiamy przez telefon, jesteśmy w innych miastach), mówiąc, że straciłem do niej kompletnie zaufanie. Niby przejęta i zdruzgotana, bardzo przepraszała i zapewniała o uczuciu, niestety wciąż zła przy tym, iż przy mnie czuje się nikim. Oczywiście powtarzam, że nie jestem cynikiem i nie traktuję ludzi przedmiotowo, tłumacząc, iż jest nikim poniżając mnie w świetle tego, co robię dla nas każdego dnia, samej nie robiąc nic. To trwa już 3 dni, dziewczyna ewidentnie kręci, jest nieszczęśliwa, zagubiona, nieszczera. Proszę o jakikolwiek dowód ich znajomości, o dowód tego, że do niczego nie doszło - oczywiście wszystkie wiadomości usunięte, w jej głosie cały czas czuję, że wciąż nie uważa tego za nic niezwykłego.
Zadzwoniłem do typa, bardzo grzecznie pytając, głównie o intencje. Rozmowa dno, nie dowiedziałem się kompletnie nic, poza tym, iż jest cholernie nieszczery i ma w dupie i mnie, i ją, i wszystkich, i wszystko
i że nie musi się przede mną tłumaczyć. Bo to prawda, ale utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jest takim człowiekiem, jakiego się spodziewałem. Pożyczyłem powrotu do zdrowia (mając na myśli podejście do życia, w takim wieku żyć w taki sposób jest zwyczajnie niezdrowe), podziękował. Na pytanie czy jest w ogóle w jakimś związku odpowiedział, że ma dwie koleżanki i bym się o jego zaradność nie martwił. Ruchacz NO1, takich bez liku.
I teraz pytanie - dziewczyna przez to swoje zagubienie szuka dowartościowania? A może już go znalazła i doszło do zdrady fizycznej? Do psychicznej już tak, sytuacja powyżej doskonale o tym świadczy ("przecież to nic złego i nienaturalnego"). Zdecydowanie ma na niego ochotę. Interpretuję to w ten sposób, że życie przy mnie po prostu ją nudzi, rozumiem. Mnie nudzą imprezy i zabawa, kocham wysiłek i prawdziwość. Nasz związek do niczego nie prowadzi po kaskadzie ostatnich zdarzeń, bo ona nie jest zdolna do żadnego poświęcenia, a ostatnia sytuacja utwierdziła mnie w przekonaniu, że żyję z kimś niesamowicie nieszczerym, a do tanga trzeba dwojga. Teraz mam to w zasadzie gdzieś, czy doszło do czegoś konkretnego, bo jej podziękowałem. Pozostała ciekawość.
Jak oceniacie tę sytuację? Już poznaliście moją opinię, ale przez to, że trochę się różnię poglądem na świat od niemal każdego z kim miałem przyjemność obcować... Chciałbym się dowiedzieć, czy kobiety przez swój strach są zdolne do zdrady i życia w kłamstwie, mimo iż doskonale wiedzą, że zostaną z pewnością odrzucone? Moja dziewczyna miała od początku zapewnienie, że jak mnie zawiedzie (i vice versa), to wszystko się posypie. Wspólnie wyznawaliśmy tę zasadę, omijając wszelkie "ryzykowne akcje".
Proszę o niewysilanie się nad głupimi postami - mnie z pewnością nie dotkną, a utrudnią dyskusję.
Pozdrawiam!