Czesc wszystkim ![]()
Mam nieco głupią ale cały czas martwiącą mnie sytuację, cały czas o tym myślę i bardzo chciałabym poznać Wasze opinie.
Jestem singielką. Mam etap świetnej zabawy z randki na randkę - jednak żaden z tych facetów nie jest jeszcze "ważny", na żadnym nie polegam, za żadnym płakać nie będę.
Mam przyjaciela - zawsze myślałam, że stanie za mnie murem, zawsze mi pomoże. Dużo o tym mówił (chce mnie zawsze miec, przyjazn taka wazna itp itd), zawsze przy mnie był, dużo mi pomagał.
No i miałam jakiś czas temu poważny wypadek. Szyta głowa, powódź krwi, wstrząs mózgu. Byłam w szoku, panikowałam. Wiadomo, że nawet nie pomyślałam o tych swoich facetach tylko o przyjacielu! Byłam taka pewna, że kto jak kto, ale on na pewno do mnie przyjedzie, uspokoi mnie, przegada i zmieni opatrunek.
A on... "nie moge przyjechac". Pozniej mi sie tylko wytlumaczył, ze jego dziewczyna miała kiepski dzień, że obiecał pobyć z nią.
I ja nie oczekuje, że będę kiedykolwiek ważniejsza od niej. Ale po raz pierwszy w życiu tak bardzo go potrzebowałam i taka byłam pewna, że na pewno przyjedzie!
Egoistycznie, ale czuje sie tym zraniona. Na co całe to gadanie o ekstra przyjaźni? Nie mógł nawet na godzine przyjechać? To ja tu nie wierzyłam w tę przyjaźń, to on mi mówił te wszystkie piękne słowa.
I wreszcie pytanie - na ile jestem egoistyczną paskudą, ktora dramatyzuje a na ile ta przyjaźń jest rzeczywiscie przyjaźnią? Czuję się strasznie tym zraniona. A mam o czym myśleć bo już drugi tydzień sobie leżę i rozmyślam.