Wygląda to tak:
jestem z facetem od roku. Aktualnie wszystkie jest ok, mamy jakieś drobne nieporozumienia, ale udaje nam się wszystko rozwiązać.
Tylko, że nasze początki były bardzo kulawe a moja chora psychika nie potrafi postawić pod tym grubej kreski.
Otóż zaczęliśmy się spotykać tak z dnia na dzień (mamy wspólnych znajomych, ale nie utrzymywaliśmy wcześniej praktycznie żadnego kontaktu) i moim zdaniem był to układ bez zobowiązań (chociaż on z nieznanych mi przyczyn twierdzi inaczej). Spotykaliśmy się raz w tygodniu, poza tym cisza z jego strony (z mojej też bo nie chciałam się wygłupiać), czasem widywaliśmy się w towarzystwie, ale on mnie totalnie ignorował (chyba, że trochę wypił, to mniej). Zaangażowany nie był ewidentnie, długo czułam, że jestem z braku laku (czemu wtedy w tym tkwiłam nie pytajcie). Poza tym miałam wrażenie, że jest zauroczony naszą wspólną znajomą (co prawda nie widywali się sam na sam, ale na nią jakoś zwracał uwagę jak widzieliśmy się w większej grupie).
Parę razy zdarzyło mi się wspomnieć, że mam z tym problem, ale on raczej mnie zbywa (raz stwierdził, że to przez to, że długo był sam i nie chciał się wiązać).
Wiem, że ważne to co jest teraz, ale ja po prostu nie jestem w stanie się z tamtym pogodzić i obawiam się, że tak już będzie. Nie wiem czy to uderza w moje ego, czy w coś innego;najgorsze że z tego powodu do dziś momentami go odtrącam (a jak słyszę o tamtej koleżance to mi słabo). Zrywać nie chcę, bo mi zależy.
Jak bardzo coś jest ze mną nie tak i co z tym począć?