Witam,
potrzebuję spojrzenia osób trzecich na mój problem. Niestety będzie długo.
Jestem z mężem 6 lat po ślubie. Zawsze uważałam nasze małżeństwo za idealne: dogadywaliśmy się bez słów, było dużo czułości, przytulania, całowania, pożądania (chociaż jestem prawie płaska i bardzo szczupła mąż mnie zawsze traktował jak seksbombę), sygnałki co godzinę (tak, tak - jak dzieciaki
), zero sekretów, wspólne zainteresowania, mimo braku kasy zawsze dobrze się razem bawiliśmy, nie przeszkadzało nam wspólne milczenie itd. Ludzie często nam zazdrościli.
W końcu zdecydowaliśmy, że czas na dziecko. Staraliśmy sie ponad rok bez skutku. Niestety byliśmy świadomi przyczyny niepowodzeń: tam gdzie mieszkaliśmy atmosfera była tak napięta, że stres nas po prostu blokował. Zdecydowalismy się na zakup mieszkania. Zdobycie kredytu i jego spłacanie wymagało ode mnie, bym w najbliższym czasie zmieniła pracę (pracowałam u rodziców za małe pieniądze, ale po prostu chciałam im pomóc). Przy okazji zmieniliśmy miejsce zamieszkania - na prośbę moich rodziców przenieśliśmy się do nich "na pożegnanie", bo zakupione mieszkanie było daleko od miejsca, z którego pochodzimy - zdecydowaliśmy też, że starania o dziecko trzeba odłożyć na później, bo na chwilę obecną ledwo będziemy w stanie spłacać kredyt. Niestety nie wróciliśmy do stosowania antykoncepcji i tak oto tydzień po podpisaniu umowy kredytowej okazało się, że... jestem w ciąży.
I tutaj zaczął się mój koszmar. Mąż wcale się nie ucieszył na tę nowinę (zresztą nie zdziwiło mnie to, sama byłam zmartwiona). Zaczął się ode mnie systematycznie oddalać. Będąc w 5 miesiącu powiedział mi, że nie wie czy chce jeszcze być ze mną. To samo usłyszałam niedługo po tym, gdy urodził się nasz synek. Nasze małżeństwo nie przypominało już wtedy tego sprzed mojej ciąży. Nie mogłam się doprosić o przytulanie, mąż prawie ze mną nie rozmawiał, nie obchodziło go co robię, gdzie jestem, nie chciał nawet przyjechać do szpitala gdy zadzwoniłam, że wreszcie urodziłam. Poprosiłam go, byśmy postarali się to uratować. Jedyne co usłyszałam to obojętne "próbować zawsze można". Ale nic się nie zmieniło.
Swój "tacierzyński" mąż spędził przed komputerem, wieczorami ja szłam spać wykończona, a on siedział i grał. Gdy myślał, że usnęłam zaczynał pisać z kimś. Nie dawało mi to spokoju. Gdy wrócił do pracy zajrzałam na jego prywatny telefon. Znalazłam sms do jego koleżanki z pracy o treści "Dobrze :*". Nic więcej, zatem pozostała korespondencja była usunięta (w raportach o doręczeniu było co najmniej 20 wiadomości). Zajrzałam na komputer. To co tam zobaczyłam mnie załamało: logowanie na konto na sympatii, kilkanaście razy dziennie odwiedzana strona z kamerkami porno, na profilu nawet 2 śledzące go kobiety, wszystkie możliwe serie zdjęć z cycatymi kobietami odwiedzone... Byłam zdruzgotana. Nie wiedziałam co mam robić. Napisałam mu sms, że wiem o jego przyjaciółce i dziękuję, że mnie tak wrednie okłamywał.
Wrócił z pracy wcześniej, zaczął się tłumaczyć, że to tylko przyjaźń, że ten buziak wysłany został z rozpędu. Powiedział, że od pewnego czasu lepiej się im rozmawia i tyle, ale nie chciał mi nic mówić, bo wiedział, że będę zazdrosna. Fakt faktem nigdy nie mogłam mu zarzucić, że po pracy czy przed pracą gdzieś się gubił. Jego wyjaśnienia były logiczne i wszystko pasowało. Mimo wszystko powiedziałam, że chce rozwodu. Wtedy dopiero chyba uprzytomnił sobie, że tak dalej nie możemy żyć. Dopiero od tego dnia zaczął się starać by naprawić nasz związek.
Mnie jednak nie dawała spokoju cała ta potajemna "przyjaźń", tym bardziej, że już od jakiegoś czasu mąż z telefonem się nie rozstawał. Kilka dni później zajrzałam do jego służbowego telefonu i zdębiałam. Dzwonią z tą dziewczyną do siebie 3-5 razy w tygodniu zawsze wtedy, gdy on siedzi w samochodzie i wraca z pracy, lub gdy jest na siłowni. 10, 20 czasem 30 minut. Zapytałam dlaczego nigdy mi o tym nie mówił, dlaczego - skoro to przyjaciółka - nie dzieli się nią ze mną, ale ją ukrywa? Usłyszałam tyle, że nie wie co mi ma mówić i że nigdy nie pytałam...
I tak to trwa już 6 miesięcy. Niby w małżeństwie jest już prawie tak jak było. Wiem, że przestał odwiedzać strony porno, że konto na sympatii było by sprawdzić czyjegoś męża i już się tam nie loguje. Jest dobrym ojcem, pomaga mi ile może, dużo rozmawiamy, śmiejemy się, jest nam razem dobrze. Telefonu już nie chowa, komputera nie blokuje jak tylko gdzieś wychodzi.
Ale jedno się nie zmieniło. Jego przyjaciółka i te potajemne z nią rozmowy. Szczerze mówiąc wątpię czy to romans i jakoś nie chce mi się w to wierzyć (znam tą dziewczynę i wiem, że miewa takich kolegów, zresztą podobno stara się z mężem o dziecko). Ale boli mnie to, że poświęca obcej kobiecie tyle czasu, że robi to za moimi plecami, że od 10 miesięcy ani razu nie uznał za stosowne mi powiedzieć o tym, że ma bliską przyjaciółkę. Jako młoda matka na macierzyńskim siedzę samotna w domu wykorzystując chwile drzemki mojego maluszka na pracę. Potrzebuję słów otuchy, potrzebuję wsparcia, rady i spojrzenia kogoś z zewnątrz. Czy to jest normalne? Nie chcę niszczyć czyjejś przyjaźni, ale czego mam w takim razie zażądać od męża?