Witam Wszystkich:)
Moja historia jest bardzo długa, ale postaram się jak najkrócej i jednocześnie najtreściwiej opisać. Moje małżeństwo trwa już 7 lat a razem jesteśmy 10 lat, mamy wspaniałą 7-letnią córkę.
Więc tak: Nasz związek był jak każde inne małżeństwo, dom-praca-dom... Wiem, że oboje zbyt mało zrobiliśmy, żeby być również dla siebie partnerami, zabrakło takiej prawdziwej komunikacji. Byłem typem zazdrośnika i potrafiłem z niczego zrobić aferę i tak sie kłóciliśmy i godziliśmy dość często. Chciałem wiedzieć wszystko, z kim pisze, z kim się spotyka, teraz wiem, że traktowałem ją jak własność. Pewnego grudniowego dnia w 2013 roku żona pękła (jak sama to nazwała) i zaczęła ze mną rozmawiać na temat, że mnie nie kocha i nigdy nie kochała, że popełniła błąd wychodząc za mnie, że czuła presję ze strony rodziców i nie umiała powiedzieć ''nie''. Ja uważnie słuchałem i niedowierzałem (strasznie mnie to zabolało). Okazało się, że poznała Pana A. kilka miesięcy przed tą rozmową (11 lat starszy facet od niej), ale tłumaczyła, że to tylko kolega i że on nie jest powodem dla którego chce odejść. Z jej opowiadań wiem, że miała z nim znakomity kontakt w sensie że rozumieli się bardzo dobrze, imponował jej na każdym kroku, ale szła w zaparte że on jej w głowie nie namieszał, że od początku jej było źle tylko prędzej o tym nie myślała (uwierzyłem w to). No ale w styczniu postanowiliśmy, że spróbujemy to naprawić, ja obiecałem że sie zmienię itd... W lutym wyjechałem za granicę i to miała być ta szansa: że odpoczniemy od siebie, przemyślimy...(miałem ogromną nadzieje że sie uda) Teraz myślę, że to było tylko przedłużenie mojej nadziei. Nie było mnie trzy miesiące, strasznie do głowy dostawałem, targałem się z myślami, wiele też w tym czasie sie wydarzyło u niej jak i u mnie. rozmawialiśmy, pisaliśmy do siebie, ja w miedzy czasie już szukałem jakiegoś wyjścia awaryjnego gdyby nam się nie udało(bałem sie że zostanę sam). Bardzo źle wspominam ten czas. Gdy wracałem do kraju już wiedziałem, że jak to się mówi ''nas nie ma'' (podczas jednej z rozmów powiedziała, że to koniec). Jak już przyjechałem to po prostu nie byłem sobą, popełniłem masę błędów, ważniejsze dla mnie były dziewczyny poznane na portalach i to żeby się z nimi zobaczyć niż własna córka (chciałbym wymazać ten okres z mojej pamięci). Wtedy też pierwszy raz zdradziłem żonę. Traktowaliśmy się bardzo źle, trwało to moze do połowy listopada. Potem już emocje jakby opadły i każdy sie pogodził przynajmniej na zewnątrz ze sytuacją (żona nigdy nie uzewnętrzniała swoich uczuć, zwłaszcza tych złych, więc ja myślałem że jakoś to spływa po niej i że ma wszystko gdzieś), ale wiem już że ona bardzo wszystko przeżywała (jak mogłem tego nie wiedzieć i robić jej ciągle taka krzywdę), podczas jednej ze szczerych rozmów gdzie padały pytania o zdrady, powiedziałem jej o swoich wybrykach. Po kilku dniach też oznajmiła, że zdradzała mnie z Panem A. i to na dodatek wyszło tak, że ona to zrobiła pierwsza i to jeszcze w styczniu kiedy byłem w domu. Bardzo mnie to zabolało ale nie zrobiłem awantury bo przecież ''razem'' byliśmy tylko na papierku a po drugie sam lepszy nie byłem.
Po roku od pierwszej rozmowy został złożony pozew o rozwód (bez orzekania o winie), znaleźliśmy sie na sali sądowej, to nas jakoś przeraziło, zawiesiliśmy sprawę na rok dając tym samym sobie kolejna szansę. Tak też faktycznie było, znowu obiecywałem że sie zmienię i że nie mogę zmarnować tej szansy, chodziłem do psychologa, raz byliśmy nawet wspólnie, czytałem książki psychologiczne... Mój zapał nie trwał jednak długo, szybko wszystko wróciło do normy jak już poczułem się na w miarę bezpiecznej pozycji. Teraz wiem, że chęć mojej zmiany była oszukiwaniem samego siebie, nie potrafiłem sie zmienić (wychodzi na to że nie chciałem). To wszystko było jakieś na pokaz, żeby tylko żona widziała że się zmieniam i żeby tylko wróciła (lęk przed samotnością). Dodam jeszcze, ,ze przez cały ten czas pracowałem za granicą ale dość często byłem w kraju... I było też tak, że jak coś miedzy nami się psuło to momentalnie w tej złości szukałem pocieszenia gdziekolwiek, flirtu itd...(lecz bez kolejnych zdrad) Po kilku miesiącach od rozprawy stało sie tak, że żona z córką przyjechały do mnie za granicę i zamieszkaliśmy razem, wynająłem nam fajne mieszkanie, córka poszła tam do szkoły, żona szukała pracy, i tak było fajnie... Lecz nie na tyle fajnie, żeby tworzyć fajny partnerski związek, nie było zaufania kompletnie, ja byłem w jej oczach oszustem, ale to co ona robiła a mi mówiła to też myliła sie z prawda, ale nie tak często jak ja... Kiedyś sprawdziłem jej tel i trafiłem na konwersacje z Panem A. (wiedziałem, że ma z nim stały kontakt, choć był okres że go znacznie ograniczyła, ale widziała że ja sie nie zmieniam wiec do niego powróciła), oczywiście to był flirt i na dodatek tłumaczyła że to nie jest nic złego, ale ja miałem gorsze treści do ukrycia, robiłem jej wyrzuty a to co ja robię nie widziałem. Przyjechaliśmy na święta i wiem, że już po nich do swojego mieszkania za granicą będę wracał sam. Od 8 grudnia 2015 r wyzerowałem licznik i powiedziałem sobie kolejny raz, że pora wydorośleć i zmądrzeć, myślę że teraz traktuje żonę dobrze, nie kłócimy sie nie robię afer z niczego, jestem świadomy, że teraz sie rozwiedziemy (nie wspomniałem wcześniej, że sprawę w sądzie odwiesiliśmy), że każdy będzie miał swoje życie... Jest mi bardzo ciężko bo wiem że ona jutro jedzie do Pana A. na sylwestra, ciągle mówi że to tylko przyjaciel i na razie chce się skupić na sobie, zadbać o siebie, a potem.... sie zobaczy... No i ok, sam sobie wypracowałem taką sytuację i poniosę konsekwencje. powiedziałem sobie że nigdy nie popełnię już tych błędów, teraz zajmę się przede wszystkim sobą (przydadzą mi sie teraz te książki które kupiłem) i córką, bardzo mi zależy żeby się zmienić, ja wiem że ona już może nigdy nie wrócić ale mam tyko taką cichutką nadzieję, bo powiedziała że gdybym się zmienił to fajnie by było z kimś takim tworzyć związek, i że łączy nas dziecko i fajnie jakbyśmy byli razem, ale na chwilę obecną nie może być ze mną. Jesteśmy jeszcze młodzi (ja mam 29 a żona 26 lat). Wypowiedzcie się Drogie Panie i doradźcie coś, bo jest mi naprawdę ciężko, ja myślę że teraz chcę szczerze tej zmiany, a żona mi nie wierzy w ani jedno słowo (ale to akurat rozumiem), a mimo to jest na tyle dobry człowiekiem, że potrafi mnie wspierać i powiedzieć dobre słowo a nawet przytulić. Wiem, że jej też jest bardzo ciężko, widzę to jak nigdy...
Czy rozwód w tej sytuacji jest może dla nas jakąkolwiek szansą?? Czy to już będzie koniec raz na zawsze?