Postanowiłam opisać trochę wydarzeń ze swojego życia. To taka moja szczera spowiedź, najnormalniej chcę z siebie wylać trochę żalu. Jest to żal do siebie samej, nie do partnerów. Każdy powinien odpowiadać za własne błędy i nie obarczać nimi innych, tak zostałam wychowana.
Z moim pierwszym mężem znaliśmy się od dziecka, najpierw najlepsi przyjaciele, później szczeniacka wielka miłość jak to mówią. Wbrew rodzinom pobraliśmy się zaraz po maturze przed pójściem na studia. Motylki w brzuchu, młodzi, głodni życia. Nie powiem mimo trudności, było dość sielankowo przez pierwsze dwa lata. Studiowałam w tym samym mieście, ale na innej uczelni, mieszkaliśmy razem w wynajętej kawalerce. Trochę pracy dorywczej, trochę pieniędzy od rodziny, beztroskie życie małolatów.
Po dwóch latach zaczęły się schody. Każde z nas miało swoje priorytety i przemyślenia co do dalszego życia, rozwoju kariery. Pojawiło się wiele nowych osób w naszym otoczeniu, obydwoje mieliśmy głód świata. Nie było awantur, wymówek, znaliśmy się od zawsze i właściwie obydwoje zdawaliśmy sobie z tego sprawę, iż związek wchodzi w fazę schyłkową. Minął kolejny rok, porozmawialiśmy szczerze, zapadło postanowienie o rozwodzie. Rozprawa rozwodowa odbyła się, aż trzy razy, byliśmy tak zgodnie z pierwszym mężem, iż sędzia chciał nas koniecznie „godzić". Rozstałam się z mężem bez żalu i w przyjaźni, w sumie między nami niewiele się zmieniło, poza tym, że nie było seksu i mieszkaliśmy oddzielnie, po dziś dzień zostało jak dawniej, ba nawet jestem matką chrzestną jego bliźniąt
. Z perspektywy lat doszłam do wniosku, iż chcieliśmy na siłę zamienić przyjaźń w miłość.
Mój drugi mąż, poznałam go, gdy miałam 22 lata, to był typowy grom z nieba dla nas obojga. Łączyło nas bardzo mało, odmienne poglądy praktycznie na wszystko, od stylu życia po politykę. Starszy o 9 lat, diabelnie przystojny, zawsze przy nim miałam „miękkie kolana”, jeśli wiecie, o co chodzi
. Pobraliśmy się po roku znajomości. Związek kosztował dużo pracy z obu stron, ze względu na różnice w postrzeganiu świata właśnie. Takie docieranie związku trwało jakieś 3 lata, nim wszystko zaczęło działać, jak należy i można było żyć bez spięć. Ja znałam granice tego, w czym on może ustąpić, on znał moje, mimo różnic dogadywaliśmy się po tym czasie świetnie. Pojawiło się trochę wspólnych pasji, były rzeczy, które robiłam z nim jako zespół, każde z nas miało też swój mały świat. Byłam szczęśliwa, było fajnie przez kilka kolejnych lat, w międzyczasie robiłam karierę zawodową, on rozkręcił dobrze prosperujący biznes.
Ostatni rok naszego małżeństwa był trochę inny, obydwoje mieliśmy strasznie dużo pracy i mało czasu dla siebie, do tego dochodziła frustracja wywołana przepracowaniem właśnie (głównie moja). Nie pisze tego, aby się usprawiedliwiać, najnormalniej popieprzyły mi się priorytety w życiu, mój pierwszy błąd, że zaczęłam zaniedbywać związek.
Później pojawił się W facet młodszy o 5 lat, wyglądający lepiej niż hydraulik z plakatu. Z nudów, dla odreagowania stresów dnia codziennego i ze zwykłej bezdennej babskiej głupoty puściłam się, zdradziłam męża, świetnego faceta. Zrobiłam najgłupszą, rzecz w moim życiu. Zaczęłam zachowywać się trochę dziwnie, przypuszczam, iż poczucie winy miałam wymalowane na twarzy, mąż zorientował się, że coś jest nie tak. Podczas rozmowy z nim pękłam i się przyznałam. Małżonek powiedział, że chce rozwodu. Miał rację nie po to się przysięga wierność małżeńską, aby później wskakiwać innemu do łóżka.
Podzieliliśmy się majątkiem według tego, co do niego wnieśliśmy. Mąż wniósł znacznie więcej, więc uczciwość i przyzwoitość wymagała, aby dostał więcej, mimo iż nie mieliśmy intercyzy. Sprawy majątkowe poszły gładko, przy rozwodzie nie było komplikacji.
Co się zmieniło w moim życiu:
Przeprowadziłam się z dużego domu do M3.
Wypłakiwałam się przez rok w poduszkę-płacz nad własną głupotą.
Jestem sama, a zaczynam odczuwać parcie na ciążę i dziecko.
Praca nie daje mi tyle satysfakcji co kiedyś.
Tak więc koleżanki, pomyślcie dobrze, zanim przyjdzie wam do głowy zniszczyć własne życie z nudów, bo mąż was zaniedbuje, bo nie jest jak kiedyś, bo się z nim pokłóciłaś czy inne bzdurne usprawiedliwienie własnej nieuczciwości i robienia krzywdy partnerowi.
Ja za kilka godzin seksu z obcym właściwie facetem, zapłaciłam utratą męża, którego kochałam i chciałam mieć z nim dzieci.
Całkowicie i bezapelacyjnie na to zasłużyłam, zachowałam się jak małoletnia, rozkapryszona p...a.
Uczcie się na moich błędach, nie na swoich.
B.