To moje drugie rozstanie w tym roku. Wcześniej był płacz, histeria, rozpamietywanie, brak chęci by jakoś funkcjonować. Powoli przechodziło mi, na horyzoncie internetów pojawił się M.
M. jest starszy, ja mam 21 lat, on 26. Ma mieszkanie, prace, ułożone życie. Podoba mi się, taki misio, miły i sympatyczny chłopak z sąsiedztwa. Poznaliśmy się na tinderze. Przez miesiąc spotykaliśmy się czysto koleżansko, raz zaprosił mnie do domu na film. Był pierwszy pocałunek i od razu głęboka woda -seks. Jak to się mówi Yolo, nie żałuję tego, była chemia między nami, było to czuć w powietrzu, wiec i takiego obrotu spraw nie żałuję. Potem się spotykaliśmy, jakieś wypady do parku, do knajp na jedzenie, do kina, do pubu, nawet był jednodniowy wypad poza miasto, czasem spotykaliśmy się u niego, ale nie jakoś często. Wtedy oglądaliśmy filmy, uprawialismy seks. Relacja idealna. Dogadywalismy się świetnie. Rozmowa, zainteresowania, taki sam humor, seks, wszystko to grało. Podobalismy się sobie nawzajem z wyglądu, dobrze nam się razem spędzało czas, ciągle była ta chemia, porządanie. Po tych czterech miesiącach, w sumie to już wcześniej mnie się trzymały te myśli, postanowiłam porozmawiać, postawić kawę na ławę. Albo lewo, albo prawo. Zapytałam jako kogo mnie uważa? Ze nie chce aby ktokolwiek odkreslał mnie jakaś kreska od reszty swojego życia. Chce się spotykać, przyjaźnic, porzadac, traktować z szacunkiem i poważnie. Myślałam że skoro dwoje ludzi dobrze się ze sobą czuje (pod każdym względem), to czemu by tego nie "zdefiniować", nie ciągnąć tego daje, ale też żeby to rozwijać, pchać do przodu.
Jest mi przykro,ponieważ stwierdził,że nie może mi nic obiecać, angażować się w coś co nie jest pewien. Jest to pierwsza dla niego taka relacja (dla mnie też), nie chciał jej definiować tylko tak sobie żyć z dnia na dzień i o. (coś mi się wydaje ze się przejechał na poprzednim związku)
Boli mnie to,że ludzie są tak totalnie pozbawieni uczuć, nie czuć jakiegokolwiek przywiązania pomimo spędzonych razem chwil. Znieczulica totalna. Wiem,że ten4 miesiące od pierwszych seksow to nie jest powalająca cyfra,ale czy to źle i coś dziwnego,że kobieta po tych miesiacach spędzonych razem chciała poczuć się traktowana poważnie i z szacunkiem? Przecież skoro się ludzie dogaduje, lubią swoje towarzystwo, to pojawia się myśl "ej, może by tak spróbować włączać siebie nawzajem do tego dalszego życia i zobaczyć co przyniesie czas". Przecież ja też nie oczekiwałam niewiadomo czego. Pod ołtarz go nie zaciągam, do mieszkania się nie wprowadzam, z poznaniem rodziny tez bym się wstrzymywala, z deklaracjami "kocham cie", również...
Przykro mi,bo gdyby mu zależało, to by nie przystał od tak na zakończenie znajomości.
Byłam dla niego idealna towarzyszką. Nie pytałam, nie oczekiwałam,nie prosiłam, nie żądalam. Miał materiał do ruchania, do pogadania, od taka wisnienka na torcie, uprzywilejowane dnia.
Najgorsze jest teraz uczucie "fuck, mogłam siedziec cicho, i tak sobie żyć w zawieszeniu" ale to moje emocje wariują. Wiem,że to było jedyne wyjście.
Wiec kobiety! Jeżeli któraś z was czuje się tak samo, że jest towarzyszką, która nie nie znaczy, czuje się,że stoi w miejscu, w zawieszeniu, a facetowi jest w tym układzie dobrze, to bierzcie ich w obroty, rozmowa, postawienie sprawy jasno. Jak zależy mu, to przyzna racje,że faktycznie, tyle się już spotykamy, może by poznać się wzajemnie ze znajomymi, przedstawić siebie jako dwoje ludzi,którzy tworzą związek, a nie układ 'just seks' o którym wie tylko jedna strona!!! Jak uważasz,że źle się czujesz w takiej relacji, męczy to ciebie, to się odważ. Chwilę się pocierpi,ale lepiej wcześniej niż później,bo jeszcze się człowiek zakocha na zabój i wtedy będzie problem.
Ps. Jakby ktoś to przeczytał i miał jakieś przemyślenia to chętnie przeczytam. Może jakieś słowo wsparcia
wszystko się przyda, w końcu niewinna i delikatna ze mnie młoda kobieta, więc każda otucha się przyda ![]()