Cześć wszystkim, piszę tutaj, bo muszę się komuś wyżalić, a ukrywam mój problem przed bliskimi. Jestem z chłopakiem 7 lat, mamy po 24 lata, 3 tygodnie temu zamieszkaliśmy razem, w naszym wymarzonym, kupionym za wspólny kredyt mieszkanku. Remontowaliśmy je 3,5 miesiąca, wtedy było super, jak wszystko wybieraliśmy, dobieraliśmy kolory, materiały, meble itd. W sumie prawie się wtedy nie kłóciliśmy i marzyliśmy kiedy wreszcie nastąpi ten dzień, że zamieszkamy razem. Dzień nastąpił... i od tego momentu już nie jest tak kolorowo. Codziennie się kłócimy, zarówno o pierdoły jak i poważniejsze sprawy, zawsze znajdzie się jakiś powód. Dodatkowo ja bardzo, bardzo, bardzo tęsknie za domem rodzinnym, za rodzicami, bratem, zwierzakami i generalnie za całym "tamtym życiem". U mnie w domu rodzinnym mieliśmy mega dobry kontakt w rodzinie, codziennie rodzice mówili mi, że mnie kochają, rozmawialiśmy jak komu minął dzień, wiedziałam, że interesują się moim życiem, przejmują moimi problemami i czułam się bardzo kochana. Wydaje mi się, że im bardziej się kłócimy z chłopakiem tym bardziej tęsknie za domem, a czym bardziej tęsknie za domem tym bardziej się kłócimy. I koło się zamyka. Nie lubię tego mieszkania, źle się tu czuję, mimo, że jest piękne i urządzone tak jak chciałam. Codziennie myślę o tym, że chciałabym się obudzić "u siebie w domu", czyli w domu rodzinnym. Z chłopakiem kłócimy się o wszystko, ja ciągle robię problemy, mimo że chłopak jest dla mnie na prawdę dobry, stara się, ogarnia dom, okazuje mi uczucia. Zaczynam się zastanawiać czy my w ogóle do siebie pasujemy. Czy to możliwe żeby po 7 latach związku zrozumieć że się do siebie nie pasuje po 3 tygodniach wspólnego mieszkania? Wydaje mi się, że inaczej wyobrażamy sobie wspólny dom i życie, mamy inne priorytety. Ja chcę robić karierę, zarabiać coraz więcej żeby żyło nam się jak najlepiej, a on ostatnio powiedział, że wystarczy mu, że będzie zarabiał przez całe życie 2 tys miesięcznie. Ja nawet nie umiem odpowiedzieć sobie teraz na pytanie, czy ja chcę być z nim do końca życia, np przez najbliższe 40-50 lat... przeraża mnie to. Nie wiem co robić, nie wiem czy moje problemy są spowodowane tylko tęsknotą i trzeba się przyzwyczaić i otworzyć na nowe mieszkanie i życie. Czy może bardzo szybko życie zweryfikowało, że kompletnie do siebie nie pasujemy i powinniśmy rozstać się, sprzedać mieszkanie i wrócić do rodziców. Ale myślę, że tylko ja mam takie wątpliwości, a chłopaka bardzo bym tym skrzywdziła.
Podobne tematy
Poczekaj. Dotrzecie się. Tak jest w każdym związku. Najgorsze jest to, żebyście nie porównywali obecnego domu z domem rodzinnym. Każde z Was jes z "innego chowu". Czasem trzeba odpuścić. I Ty i On.
Tęsknisz za domem rodzinnym, za codzienną obecnością rodziców, jesteś spięta i masz 'za złe'. Dlatego:
(...) ciągle robię problemy (...)
Gdybyś swą złość wyładowywała w inny sposób niż jeżdżąc po głowie chłopakowi, to i relacje między wami nie uległyby tak diametralnej zmianie.
Mieszkanie razem to nie bajka. Dwie dorosłe osobowości muszą się dotrzeć, wzajemnie poznać swoje zwyczaje, zaakceptować je i umieć pójść na kompromis, kiedy trzeba.
Jesteś w stanie konstruktywnie rozmawiać, zamiast się kłócić? Bo o pierdoły nie warto, a o poważniejsze sprawy się nie powinno. Zastanów się, dlaczego się kłócisz? Czy jesteś jedynaczką? Tak wynika z twojego postu - ukochana córeczka rodziców, na którą zwraca się 100% uwagi. A teraz nagle nie ma mamusi i tatusia, a uwaga twojego faceta jest skupiona nie tylko na tobie. I to cię boli. Tylko że to jest niedojrzałość. Ani rodzice ani partner nie służą do zaspokajanie naszych potrzeb emocjonalnych. Dorosłe życie to coś więcej, niż bycie głaskaną po główce, coś więcej niż przeciąganie liny na swoją stronę, to kompromisy, akceptacja, szacunek, a czasem umiejętność rezygnacji z czegoś ważnego dla drugiej osoby (nie mylić z poświęceniem).
Wielokropek ma rację, za twój stan emocjonalny obwiniasz chłopaka, stwarzając problemy tam, gdzie ich nie ma. Nie potrafisz rozmawiać o uczuciach i oczekiwaniach, wolisz się pokłócić. Dojrzej. Naucz się rozmawiać. Bo inaczej ten związek ci się posypie, tak samo jak każdy następny.
Ty chcesz robić karierę, on chce zarabiać dwa tysiące. I ok, każde ma prawo podążać własną drogą. Zaakceptuj to prawo. Daj je każdemu z was - niech on robi co chce, z czym jest szczęśliwy i ty także to rób. Nie musicie oboje robić kariery i zarabiać po 10 tysi, nie na tym polega związek, miłość i szczęście. Tak, chyba jednak szukasz dziury w całym, bo tęsknisz za mamusią.
Pytanie, czy chcesz dojrzeć, czy nie.
Pytanie, co chcesz robić w życiu, czy kochasz tego chłopaka, czy chcesz nad sobą pracować.
Bo trzeba było stopniować czas spędzany razem przed zamieszkaniem ze sobą, żeby się przyzwyczaić do tego. To się może skończyć zerwaniem. Byłoby lepiej dla was jakbyście teraz zamieszkali osobno i zaczęli od początku przyzwyczajać się do siebie spędzając stopniowo coraz więcej czasu. Trochę to jest trudne, ale jest to najlepsze rozwiązanie. Nie zajmie wam to więcej niż pół roku i przyjmie łagodną formę. Jeśli zostaniecie ze sobą w mieszkaniu, to konflikty mogą okazać się nie do pokonania.
Bo trzeba było stopniować czas spędzany razem przed zamieszkaniem ze sobą, żeby się przyzwyczaić do tego. To się może skończyć zerwaniem. Byłoby lepiej dla was jakbyście teraz zamieszkali osobno i zaczęli od początku przyzwyczajać się do siebie spędzając stopniowo coraz więcej czasu. Trochę to jest trudne, ale jest to najlepsze rozwiązanie. Nie zajmie wam to więcej niż pół roku i przyjmie łagodną formę. Jeśli zostaniecie ze sobą w mieszkaniu, to konflikty mogą okazać się nie do pokonania.
Jak rzadko, zgadzam się ze Spock'iem.
Związek "na dochodzenie", a wspólne gospodarstwo domowe, to dwa różne światy.
Ty, Autorko, dotąd nie odcięłaś pępowiny, co - jak zauważyłem w większości wątków o podobnych problemach, jest przeważnie domeną mężczyzn.
Odczuwasz utratę poczucia bezpieczeństwa, które zapewniali rodzice. I to przekłada się na Twój stosunek do partnera. Nie wiem na ile świadomie, ale myślę, że w jakiś sposób obwiniasz go, że "odebrał" Ci rodziców i "zmusił" do podejmowania samodzielnych decyzji.
Skoro nie pokłóciliście się w trakcie remontu i wybierania koloru ścian, to będzie wszystko dobrze
. A ty trochę histeryzujesz. Życie wam się zmieniło, nie będzie już tatusia i mamusi. Poszłaś na swoje ze swoim chłopakiem. Zaczyna się dorosłe życie. Musisz zdać sobie sprawę, że pierwsze wspólne mieszkanie to z reguły kryzys - zaczyna się ścieranie i kłótnie. Ale to mija. Musicie się tylko dotrzeć. Nie obwiniaj go o swoje czarne myśli, bo z tego co piszesz one nie mają związku z nim (dobrze cię traktuje), ale to twoje własne wewnętrzne konflikty. Nastaw się po prostu na etapy w związku, to co ktoś mówi dzisiaj (np. on o zarobkowaniu) może za pół roku ulec zmianie i staraj się być blisko chłopaka. Tyle lat już ze sobą jesteście, pewnie się kochacie, a ty chcesz teraz się rozstać, bo tęsknisz do taty i mamy jak się pokłócicie?
. Daj szansę abyście się dotarli w tym mieszkaniu, przeżyj tę zmianę, wypracuj coś nowego ze swoim chłopakiem, a potem przyjrzyj się jeszcze raz waszemu związkowi. A teraz przestań się mazać, tylko działaj.
Zwiazek to jednak nie zarabianie dla statusu materialnego i stanu posiadania ale przebywanie razem, wspolne rozmowy, wypady, spedzanie czasu razem. Nie wiem czy dobrze zrozumialem ale bylo ok. kiedy chlopak realizowal zakupy? Dalej widze ze oczekujesz codziennego chwalenia a meza chcialabys posiadac. Czy tak wlasnie wygladaly relacje w Twoim domu? Piszesz przeciez ze inaczej.
A zeby sie nie klocic to prozaicznie, wystarczy...sie nie klocic. Zamiast stawiac na swoim postawic na ustepstwa i kompromis.
Chcialas robic kariere, i to co tam piszesz, to po co zakladalas rodzine? Rodzinie trzeba poswiecic czas, uwage. Moze chlopak chce przystopowac. Oceniasz go pod katem materialnym. A co takiego was laczy poza wspolnym kredytem?