Więc tak zaczynam dzień drugi... Wstałem w dość dobrym humorze i znowu po jakiś kilku minutach złapał mnie dołek... Chce mi się płakać, ale nie mogę... Ściska mnie w żołądku. Jak zawsze obudziłem się w pustym domu, nikogo nie było i pewnie do wieczora nikogo nie będzie... Znowu czuję pustkę i kołatanie w klatce piersiowej (tęsknota). Jest mi ciężko.. Poszedłem i wypiłem piwo, trochę wylało się ze mnie łez. Ale mi już to nie pomaga. Czuję się przytoczony tą sytuacją, jednak zdaję sobie w tym momencie sprawę, że ona się czuje lekko i już stałem się dla niej przeszłością... Do mnie wszytko wróciło jak bumerang i niszczy mnie od środka. Znowu jestem sam i czuję jakbym popadał w depresję. Przecież jedna osoba, wspomnienia nie mogą mieć na mnie większego wpływu. Mam też do siebie żal, że po raz pierwszy nie walczyłem o nią, mimo, że mnie oszukiwała od samego początku. Mam też chęć do niej napisać, ale wiem, że w tym momencie tylko bym się zbłaźnił w jej oczach. Dlatego też mimo wszystko staram się wyrzucić te negatywne myśli, żebym nie napisał. Lecz cały czas mną targają myśli "napisz, ona na to czeka, napisz w końcu" - zaczynam nieco wariować i dawać się oszukać swojej podświadomości. Mam do siebie żal, że nic nie zrobiłem, że nie próbowałem jej zatrzymać tylko rozmowa na Facebooku, że ją kocham i mi na niej zależy, ale skoro nie chce próbować to nie będę jej zmuszać. A przecież nie można kogoś błagać i żebrać o miłość.. Na wszystko trzeba sobie zapracować. Lecz czuję do siebie obrzydzenie za to, że raz w życiu nie walczyłem o miłość, mam wyrzuty sumienia. Nie umiem sobie wybaczyć i pogodzić się z tą sytuacją. Cały czas przechodzi ona w moich myślach. Co chwilę myśli związane są z nią. Mam świadomość, że wybrała swoją drogę i że nie mogę nic z tym zrobić, lecz nie mogę tego zaakceptować i się pogodzić z tym. Nie mam chęci i zapału do niczego oprócz tego, że biegam i zrobię jakieś ćwiczenia. Przeraża mnie samotność, która mnie teraz otacza. Przeraża mnie fakt, że nie ma teraz nikogo obok mnie a potrzebuję czyjeś pomocy i wsparcia. Zawsze je miałem i było mi o wiele prościej. Teraz nie mam nic oprócz pustego domu do którego przyjdą moi rodzice z pracy i psa. Większość czasu spędzam samotnie. I rozmyślam.. Staram się wyeliminować myśli o niej i zastępować innymi, lecz to nie jest takie proste, bo ich jest coraz więcej.
Ból, żal, smutek, przygnębienie i apatia, która mnie otacza jest przerażająca. Zaczynam się zatracać w alkoholu, piję mało (jedno czasem dwa piwa) czasem się zdarza, że wypiję wódkę. Na chwilę czuję ukojenie. Potem nie zależnie od stanu jakim jestem (pijany czy trzeźwy) idę biegać, następnie wracam do domu i siadam przed komputer.. Włączam Facebooka i ciągle widzę jej imię na każdej stronie (czuje się jakbym popadał w obsesję). Minęło sporo czasu od naszej rozmowy.. Ona się z pewnością już podniosła a ja dalej leżę na deskach i proszę o pomoc.
Czuję się okropnie, że nie włożyłem w starania na koniec o nią więcej energii tylko od razu się poddałem, ale z doświadczenia wiem, że to nie pomaga w niczym. Pisząc tutaj czuję się o wiele lepiej. Z każdą naciskaną na klawiaturze literą jest mi lepiej, bo wyrzucam swoje myśli, emocje, żal, smutek które duszę w sobie... Tracę swoje poczucie wartości i z dnia na dzień staję się słabszy psychicznie. Choć przeżywam rozstanie trzeci raz to wiem, że ból, który mam w sobie jest najbardziej bolesny. Czuję gorycz porażki i smak przegranej a przecież tyle razy chciałem się oderwać od tej dziewczyny, tyle razy mówiłem, że to koniec, że mam jej dosyć, że nie chce już od niej niczego, że mam dość tych kłamstw i jej oszustw. No, bo przecież gdyby mnie tak naprawdę kochała to pomimo tych wszystkich naszych sprzeczek i oszustw była ze mną... Kiedyś mi powiedziała, że będzie ze mną mimo wszystko, lecz kolejny raz zrozumiałem jak słowa są puste a jak bardzo w miłości liczą się czyny. Czułem się przez nią wiele miesięcy osaczony, zły, kontrolowany nagle mi brakuje coś tego, brakuje mi jej.
Czuję się jak dziecko we mgle, zagubiony. Nie wiem co mam począć, bo jednak czuję się bardzo samotny. Chciałbym się śmiać, przestać myśleć, ale nie potrafię. Mam przeczucie, że to jeszcze nie koniec i, że za jakiś czas powróci.. Nie wiem, dlaczego mam takie myśli, ale zawsze gdy coś mi się pojawia w mojej głowie to po czasie to się staje rzeczywistością.
Zawsze czułem jakiś ból po rozstaniu, ale nigdy nie czułem potrzeby płaczu, nie rozmyślałem o tym, że jakaś moja była wróci. Jednak tutaj jest inaczej. Potrzebuję teraz wsparcia, bo nigdy nie byłem aż tak nisko, że potrzebowałem drugiej osoby, bo zawsze oni byli. Teraz nie mam nic. Czuję się jak Hiob, któremu zabrano wszystko: dom, rodzinę, pieniądze. Czuję się jakby Pan mnie chciał tylko sprawdzić czy w niego zwątpię, czuję, że to test. Łatwo się wszystkim wam mówi, że nie zachowuję się jak dorosły facet (z resztą mi samemu też), że kobiety lubią pewnych siebie facetów. Szanowne Panie, my faceci też mamy swoje uczucia, też kochamy, też płaczemy, też cierpimy, też czujemy głód. Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak WY. Nigdy nie zrozumiem, po co kogoś się zdradza, co wam to daje wszystkim? Lubicie jak ktoś cierpi przez wasze zachcianki? Przecież każdy facet czy kobieta mają te same narządy płciowe, nie rozumiem chęci wskakiwania komuś drugiemu do łóżka, skoro macie drugą osobę, Nigdy nie zrozumiem jak ktoś może kłamać osobę, którą się rzekomo kocha, przecież sami nie lubicie być oszukanymi przez kogoś. Jak można mówić, że się kogoś kocha w wspaniałych chwilach a kiedy przyjdzie moment załamania to traktujecie drugiego człowieka jak przedmiot, zepsuje się to się wymieni i kupi nowe, lepiej iść na łatwiznę w życiu. Może jestem stereotypowy, ale uważam, że jak coś się zepsuło i da się naprawić a wszystko da się naprawić, tylko trzeba chęci.
Tak samo jak traktujecie przedmioty, tak samo traktujecie ludzi. Żyjemy w chorych czasach seriali typu: M-jak miłość, Barwy szczęścia, Pierwsza miłość itd. Ciągle zdrady, powroty i nic więcej. Tęsknię za nią bardzo i brakuje mi jej, choć wiele razy już miałem dosyć, wiele razy się gniewałem na nią, ale byłem na tyle ślepy, że nie zobaczyłem jednego, że każdy z nas popełnia błędy codziennie i musi się liczyć także z konsekwencjami. Pragnę zapomnienia, nie chce, żeby ktoś mnie umoralniał, mówił, że nie była mnie warta, bo przecież gdyby nie była to bym nie zaczynał z nią niczego więcej. Wiem, że jakbym teraz do niej napisał to bym się tylko zbłaźnił, trzymam się twardo swojego postanowienia, choć od środka mnie zżerają inne emocje. W głębi duszy modlę się do Pana Boga, żeby myśli o niej poszły w zatracenie, żebym przestał rozdrapywać te rany, które liże każdego dnia a następnego ranka je rozdrapuję. Żebym napotkał w swoim życiu na kobietę, którą obdarzę miłością, troską, poczuciem bezpieczeństwa, zaufaniem i szczerością a ona mi to odwzajemni. Lecz myśli, które we mnie konsolidują nie dają mi odpocząć i choć przez chwilę chciałbym poczuć smak szczęścia, wolności. Pozbyłem się wszystkiego co mi ją przypomina, pamiątek,zdjęć ale nie pozbyłem się najważniejszej pamiątki, myśli o niej. Mój mózg ją zaczął idealizować i przestałem pamiętać te złe chwilę a ciągle mam te dobre. To najgorsze co może być. Nie wiem jak długo będzie mnie ten stan męczyć, ale modlę się, że opuści mnie w końcu i będę mógł zacząć od nowa bez niej i bez myśli o niej.
Reasumując: W pierwszym dniu czuję się okropnie, czuję pustkę, żal do siebie, brak zrozumienia i akceptacji, towarzystwa i wsparcia osób najbliższych dla mojemu sercu.