Piszę, żeby poradzić się Was, mężczyźni i kobiety w sprawie powrotu do Polski.
Otóż jesteśmy małżeństwem od 9 lat i zawsze byliśmy bardzo blisko siebie. Mamy dwoje dzieci. Poznaliśmy się na studiach w Polsce, a potem zaczęliśmy podróżować. Studiowaliśmy w Holandii, aż w końcu przyjechaliśmy na Wyspy Brytyjskie. Na pozór, a może nawet nieco głębiej jesteśmy szczęśliwym związkiem. Nie mniej jednak nad naszym małżeństwem pojawiają się rysy.
Po pierwsze od jakiegoś czasu straciliśmy do siebie zaufanie- na pewno ja je straciłem do żony, ale ona też o jego braku wspomina. Nie chodzi tu raczej o zdradę z żadnej ze stron- o to żony nie podejrzewam, a sam jestem jej wierny. Chodzi o brak więzi emocjonalnej, brak głębi w naszym związku. Od jakiegoś czasu moja żona ma dość rozmów ze mną, uważa, że ja tylko gderam. Spędza zaś dużo czasu na czytaniu książek erotycznych. Kupuje je na Kindlu i całe wieczory na nich spędza. Na początku mi to nie przeszkadzało- sam kupiłem jej Kindla. Ale teraz bywają sytuacje, że ona woli czytać pornole zamiast ze mną pogadać, przytulić się do mnie czy pójść ze mną wcześnie spać.
Przez ostatnie lata bardzo pomagałem żonie w wychowywaniu dzieci i utrzymaniu domu. Nieraz miałem przez to problemy w pracy, nigdy nie dostałem jeszcze promocji. Zawsze też konsultowałem z żoną nasze plany. W czasie, gdy ona była na opiekowała się dziećmi utrzymywałem całą rodzinę. Godziny mojej pracy były też dostosowane do tego, aby odebrać dzieci, zrobić zakupy, wyjść z nimi do parku, żeby ona też mogła sobie odpocząć.
Przez lata pomagałem też mojej żonie, jak mogłem: najpierw uczyłem ją angielskiego, tłumaczyłem jej pracę magisterską na angielski, pracowałem w knajpie na nasze wspólne utrzymanie. Potem, gdy doszkalała się do jazdy samochodem, wziąłem tydzień urlopu, żeby jechać przy niej do nowej pracy. To moje poświęcenie w dużej mierze było efektem rezygnacji z czasu wolnego. Od lat nie bywam w knajpie, na weekendowych wyjściach z kolegami, nie mam wielu okazji na wspólną piłkę, tenisa, czy góry. Otóż prawdą jest, że nie mam tu na Wyspach swojego środowiska, którego coraz bardziej, z każdym rokiem zaczyna mi brakować. Podczas nielicznych eskapad do Polski, czy podczas przyjazdów mojego dobrego przyjaciela do mnie byłem w stanie trochę po górach pochodzić. Prawdę mówiąc, w ostatnim roku, było nieco lepiej, ale tylko dlatego, że nie konsultowałem z żoną moich wyjazdów.
Mój ostatni pobyt w Polsce był dla mnie jakby przebudzeniem: poczułem się świetnie, jak za dawnych lat. Spotkałem się z moimi przyjaciółmi, byliśmy w górach, śmialiśmy się, jak za dawnych lat. Czułem się, że jestem u siebie. Czułem, że chcę, by tak pozostało. Aż dziwiłem się, że nie ma tu szczególnie moich dzieci, a też mojej żony. Powrót na Wyspy był powrotem do codziennego kieratu. Przez pierwsze dwa tygodnie czułem się przygnębiony, zdołowany, znów czułem się tu jak nieco obcy.
Tak na prawdę to poczucie obcości zaczyna mi coraz bardziej doskwierać tu na Wyspach. Nigdy nie chciałem tu pozostać na stałe, a ostatnio wręcz mam awersję do tutejszych ludzi. Nie czuję z nimi więzi emocjonalnej. Mam zarazem krytycyzm, co do wielu rozwiązań w Polsce, ale Polskę kocham. Kocham ten kraj, kocham góry, kocham moje miasto, moje okolice...i bardzo za nimi tęsknię. Mam dość tej zimnej perfekcji brytyjskiej, tej nowoczesności, a zarazem powierzchowności. Mam dość tego dystansu. Sam jestem ciepłym, emocjonalnym, ale i pomocnym człowiekiem, więc charakterologicznie słabo do Wysp pasuję...
Przychodzi czas, że chciałbym zdecydować, gdzie będziemy mieszkać na przyszłość. Rozważałem wiele opcji, ale po ostatnim pobycie w Polsce wiem, że tu na Wyspach nigdy nie będę u siebie. Wiem, że z każdym rokiem coś tracę...czyjeś urodziny, czyjś pogrzeb, czyjś jubileusz. Te sprawy towarzyskie, rodzinne, przyjacielskie mają dla mnie coraz większe znaczenie. Zwłaszcza, że na Wyspach nie mam (ani moja żona nie ma) żadnego tu większego środowiska. Nie udało nam się nawiązać z nikim bliższego kontaktu, ani też nie mamy żadnego większej grupy towarzyskiej.
Po latach czuję się bardzo zmęczony psychicznie. Chciałbym odpocząć, zostawić dzieci u babci, a wraz z żoną wybrać się na spotkanie do znajomych. Albo żebyśmy na weekend pojechali w mi tylko znane miejsca. Żebym mógł moim ukochanym pokazać moje miejsca z dawnych lat, coś opowiedzieć. Brakuje mi kontaktu słownego z ludźmi, tej możliwości wyrażenia się w pełni, powiedzenia, co mi w duszy gra. Tego nigdy nie będę w stanie wyłuskać po angielsku...
I tu przechodzę wreszcie do sedna... wiem, że moja żona nie chce wracać do Polski. Mieliśmy już na ten temat wiele rozmów, dyskusji, kłótni nawet. Ona "czuje się tu dobrze" i nie widzi powodów, by powrót był dobry dla nas. Mówię jej, że nie czuję się tu dobrze, że nie czuję się tu u siebie. Ona jednak ma te moje problemy gdzieś. Nie traktuje ich poważnie. Nie chce już nawet o nich rozmawiać. Chcę przedstawić jej rzeczowy plan powrotu, gdzie ona i ja mamy pracę, dochody- wprawdzie niższe nominalnie, ale dzięki wysokiej sile nabywczej pieniądza w Polsce mamy własny dom i możemy kupić więcej za mniej- a ponadto jesteśmy wśród bliskich, przyjaciół, rodziny (ona też ma koleżanki i rodzinę w Polsce).
Czuję ( a nawet wiem- bo potwierdził to raz przy nas psycholog), że żoną mną manipuluje. Bierze mnie na przeczekanie, czeka, aż zmienię zdanie, aż zajmę się innym wyzwaniem, chce bym dostał lepiej płatną pracę tu- na Wyspach. Ale nie chce ze mną rzeczowo porozmawiać. Sensowna rozmowa jest u nas ostatnio rzadkością.
Ona przy tym wszystkim nabiera wiatru w żagle w pracy zawodowej... jest doceniana. Lubi też brylować wśród mężczyzn, popisywać się, być w centrum uwagi. Wiem, że jest mi wierna, ale czasem czuję, że ma większy kontakt emocjonalny z pracą, z kolegami z pracy, niż ze mną. Traktuje mnie tak, jakby było to oczywiste, że zajmę się domem, że wyrzucę śmieci, że zrobię zakupy, że wstanę rano do dzieci, etc. Nie szanuje mnie.
Zawsze uważałem, że pomagając drugiej osobie mogę liczyć na to, że ona pomoże i mnie. Liczyłem, że będzie liczyła się z moimi pragnieniami i zrozumie mnie, gdy powiem, że chcę np. wracać do Polski. Nawet kiedyś powiedziała do moich dwóch cioć, które były u nas- że jest gotowa wrócić, gdy tylko będziemy mieli mieszkanie w Polsce i gdy znajdę tam pracę. Teraz jednak wcale o tym nie chce rozmawiać. Wypiera się nawet tych słów.
Obawiam się rozbicia naszego małżeństwa. Dlatego też 5 lat temu, gdy podejmowaliśmy decyzję o przeprowadzce, wycofałem się z planów powrotu. Kupiliśmy wtedy na Wyspach mieszkanie. Ale teraz to uczucie nostalgii wróciło... tylko jest jeszcze silniejsze. Nie chcę się zestarzeć w Anglii. Nie czuję się tu szanowany przez ludzi, ani przez żonę. W Polsce jest zawsze wokół mnie ktoś, szybko nawiązuję kontakty.
Proszę Was, Drodzy Czytelnicy, o poradę... co robić? Jak rozmawiać z żoną? Co będzie dla nas najlepsze? Jak nasza sytuacja wyewoluuje...Czy mieliście podobne przeżycia? Doradźcie.