Zaczne od tego, ze jestem chlopakiem/mezczyzna (jak zwal, tak zwal - mam 19 lat) i zarejestrowalem sie na tym forum z jednego powodu - mam dylemat, powiedzmy, milosny.
Mianowicie, od poczatku listopada siedze na wykladach z taka dziewczyna (moim zdaniem bliska idealu - i bynajmniej sie w niej nie zauroczylem; mowie obiektywnie - inteligentna, sliczna (mozna by rzec piekna, choc to mocne slowo), ma swietny charakter, dystans do zycia, elegancko sie ubiera i do tego wszystkiego gra na skrzypcach - normalnie ideal).
Siedzimy na tych wykladach, przerwy i okienka spedzamy razem przy kawie na rozmowach, czy wspolnej nauce (zwykle wszystko wychodzi z jej strony, choc nie zawsze). Problem jest taki, ze ona ma chlopaka - on studiuje w Warszawie, my we Wroclawiu. Widuja sie zwykle co weekend (moze dwa); raz on przyjechal na caly tydzien i niedlugo ona jedzie na kilka dni do niego, bo akurat mamy luzny tydzien przed przerwa swiateczna. Zaznaczam, ze chlopaka nie poznalem.
Kiedy jestesmy tak sobie "razem" (razem, lecz de facto osobno), czas mija w mgnieniu oka. Umowilismy sie raz na pol godziny powtarzania materialu z wykladu - wyszlo jak zwykle, 4 godziny przegadalismy i przesmialismy. Znowu zaznaczam - nie jest to wylacznie moja perspektywa, bo ona tez nie zauwaza, kiedy ten czas tak szybko mija. Oczywiscie staram sie nie nainterpretowywac sygnalow - zakladam, ze zwyczajnie lubi moje towarzystwo (bo nie przebywalaby z kims, kto ja najzwyczajniej w swiecie nudzi - tak uwazam, gdyz ona jest bardzo szczera i prostolinijna).
Mam z tym spory dylemat, gdyby byla wolna, juz bym dawno "dzialal" - ale, niestety dla mnie - jest zajeta. Na razie (wczoraj) skasowalem jej numer telefonu (swoja droga to ona wziela numer ode mnie, nie ja od niej) oraz gadu-gadu. Juz sam nie jestem pewien, czy dobrze zrobilem - naczytalem sie na tym forum wielu historii z powatrzajacym sie schematem: najpierw "przyjaciel"/"przyjaciolka", zwiazek (choc z pozoru bardzo udany) nowopoznanej "przyjaciolki"/"przyjaciela" sie rozpada i dochodzi do zblizenia sie "przyjaciol", gdyz droga jest wolna, ze tak to ujme.
Staram sie za to byc "szarmancki" - otwieram drzwi, niose jej walizke, jak jedzie na pociag (mamy akurat po drodze, wysiadamy na tym samym przystanku - ona idzie na dworzec/do kasy, ja ja odprowadzam na peron i ide na autobus) - od skrzypiec nabawila sie problemow z kregoslupem, wiec tym bardziej moja pomoc jest uzasadniona.
Do sedna - warto czekac? Wiem, ze z biegiem czasu sie w niej zakocham. Pierw stwierdzilem, ze wykasuje jej numery i zakoncze znajomosc, zeby uniknac zranienia i zawodu milosnego, ale teraz dochodzi do mnie, ze kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa [w milosci] (czytam wlasnie Veronike Paulo Coehlo i padly tam frapujace mnie slowa - cierpliwosc - umiejetnosc czekania na odpowiedni moment i umiejetnoc niezrazania sie niepowodzeniami to wazne wartosci - nie wiem, czy brac je sobie do serca). Nie zamierzam oczywiscie sie jej narzucac, "odbijac" jej, bo jestem dojrzala osoba i uwazam to za niehonorowe. Powtarzam pytanie - warto czekac?