Czytajcie i oceniajcie. Napiszcie czy Wam się podoba i czy chcecie więcej.![]()
6.00
Drrrrrrryn!!!!!!! Wstrętny dźwięk budzika wyrywa mnie ze snu. Bezczelny! Czy nie może choć jednego dnia sobie odpuścić, nie zadzwonić, podarować trochę więcej błogich chwil na słodkie gnicie w cieplutkim łóżku. Oj, jeszcze chwilkę, choć 5 minutek, proszę!
6.10
Nie, nie idę dziś do szkoły, znaczy się do pracy. Robię sobie wagary, zostaję w domu i będę spać do południa, potem wezmę długą, gorącą kąpiel, nałożę maseczkę na twarz, nabalsamuje ciało, pomaluje paznokcie na koralowo - czerwono, wyprostuje włosy i pójdę zaszaleć po galeriach. Ohh tak, będzie cudownie!!! Uhmmm, ale piękny plan... szkoda, że nierealny.
6.20
O kurczę, już ta godzina?! Zaspałam do pracy, a mam tłuste włosy. Zrywam się z łóżka i niemal natychmiast ląduje z głową pod kranem. Nakładam na włosy szampon bezpośrednio z butelki i leję go zbyt wiele. Mam na głowie mnóstwo piany, która ląduje na podłodze, lusterku i szafce. Jest wszędzie. Zmywam włosy silnym strumieniem wody i chlapie dookoła. W efekcie łazienka wygląda jak morze w czasie sztormu, a ja jestem wściekła. Zawijam włosy ręcznikiem, chwytam szczoteczkę i szoruje zęby, jednocześnie nogą zrzucam szmatę z grzejnika i wycieram nim podłogę. O kurczę, która godzina? Muszę jeszcze rozczesać włosy i je wysuszyć, do tego nałożyć krem na twarz i pomalować rzęsy. Na bank się spóźnię. Załamka.
6.45
Ok, ogarnęłam się z włosami i myciem zębów, nałożyłam krem, odpuściłam sobie rzęsy, trudno, najwyżej nie poznają mnie w pracy. Tymczasem otwieram szafę i myślę, co dziś na siebie założyć. Pośpiesznie wybieram ciemne jeansy i dziergany oliwkowy sweterek, pod który zakładam zawsze beżową obcisłą, bluzkę. Zakładam je bezwiednie i wyjmuję kolczyki z szuflady. Cholera, kolczyk wypada i zahacza się o bluzkę. Próbuję go z niej wyplątać, ale wyciągam tylko kolejne nitki. Sweter już nie nadaje się na dziś, będzie trzeba przeciągnąć nitki na drugą stronę. Zakładam czerwony golf, wciągam na siebie kurtkę i zamykam mieszkanie. Co za dzień... Zapowiada się fatalnie!
6.55
Wsiadam w autko i oczywiście nie mogę wyjechać z podporządkowanej, gdyż główną ulicą jedzie mały traktorek z prędkością ok. 25km/h, którego nikt nie może wyprzedzić. Sznurek aut ciągnie się w nieskończoność. W końcu jakiś łaskawy kierowca wpuszcza mnie do rządku, za co ładnie mu dziękuję uśmiechając się na tyle, na ile pozwala mi szczękościsk i jadę z narzuconą przez kierowcę ciągnika prędkością. Na szczęście na rondzie rozluźnia się, gdyż traktorek skręca w lewo, a ja jadę prosto. Trudno, jestem już 2 minuty spóźniona. Oby tylko nie nadziać się na kierowniczkę. Jak ją spotkam, to po mnie. Muszę w razie czego wymyślić jakąś wymówkę, ale niby co?? Zepsute auto - nie, bo przecież nim jadę, korki - nie, to do przewidzenia, zaciął się zamek w drzwiach - nie, bo wtedy bym nie wyszła w ogóle z domu. Wszystko zbyt słabe, nie mam żadnego pomysłu. Oby mnie nie zauważyła...
7.08
Parkuję pośpiesznie w bardzo wąskiej luce między dwoma autami, w którą nikt nie chciał się wciskać, ale ja nie mam czasu na wybrzydzanie. Nie mogę zbyt szeroko uchylić drzwi, ale przeciskam się w wąskiej szczelinie jak kotka między szczebelkami płotu i jakoś udaje mi się wysiąść z samochodu, po czym biorę głęboki oddech i idę szybciutko do znienawidzonego budynku. Uchylam drzwi i już od progu wita mnie kierowniczka. Kłaniam się i mówię grzecznie "Dzień dobry", po czym słyszę:
- No może dla Pani dobry... Wyspana, wypoczęta, to i pewnie że dobry. - czuję na sobie oschłe spojrzenie i przyjmuję cyniczne słowa wyduszone z cieniutkich warg wychudzonej postaci.
- Przepraszam bardzo za spóźnienie, ale zepsuł mi się budzik i zaspałam. - wymyślam na poczekaniu najprostszą, choć bardzo kompromitującą wymówkę.
- No to może kupić Pani nowy albo zamówić automatyczne budzenie. No chyba, że ja będę dzwonić do Pani osobiście i przypominać, żeby Pani już wstała. - krzyczy i idzie już w drugą stronę, także nie jestem w stanie nic odpowiedzieć. Może to i dobrze, bo nawet nie wiem jak miałabym zareagować. Kierowniczka, czyli pani Jolanta jest bardzo dosadna w słowach i nigdy nie przepuści okazji, aby komuś dopiec, nawet jeśli nie ma takiej okazji. Jest niewzruszona na przeprosiny i bawi ją, gdy ktoś się kaja, więc może lepiej nie mówić nic i zapomnieć już o tym nieprzyjemnym incydencie. Zdejmuję kurtkę i zajmuje swoje stanowisko pracy.
Na biurku zastaję swój wczorajszy bałagan – dwa nie umyte kubki, z czego na dnie pierwszego spoczywają nabrzmiałe liście zielonej herbaty, a druga oblepiona jest resztkami błyskawicznego kisielu o smaku mandarynkowym, do tego talerzyk z okruszkami bułki oraz zeschnięty od obierania jabłka nóż, czyli ślady mojego standardowego śniadania.