Jesteśmy rówieśnikami 20 lat, nasze dorosłe życie dopiero się zaczyna. Poznaliśmy się już jakiś czas temu, nic specjalnego. Spotkania najpierw w gronie przyjaciół i tak wyszło co wyszło. Jest pięknie. Jest seks, jest dużo czułości. Czuję się kochana pomimo tego, że tych słów nie usłyszałam z jego ust. Traktuje mnie dobrze, przynosi kwiaty, przepuszcza pierwszą w drzwiach, odsuwa krzesło itp. Nie mam zamiaru tutaj go idealizować bo nie w tym rzecz.. kłótnia jedna poważniejsza była (bo do wszystkiego raczej podchodzę spokojnie), jego głupota moje odegranie się, ale szczera rozmowa zadziałała. Wiem że to szczeniackie ale on nadal nie poruszył tematu o nas jako parze. Ja też nie. Coś tam było ale on nie wie ja też nie wiem zmiana tematu. Pomimo tego że czuję się kochana to sama nie wiem w czym tkwię. Czy może te kwiaty i wszystko to nie jest moje wyidealizowanie jego? Mimo to zaprasza mnie na ważną uroczystość w ich rodzinie, ze mną też był.. nie czuję się wykorzystana, kompletnie. Moi rodzice bardzo mało mówili o miłości i nigdy nie usłyszałam od nich niczego. Sama przez to nie jestem wylewna w uczuciach bardzo ciężko mi o nich mówić- co nie znaczy ze ich nie mam. On też z tego co widzę nie jest wylewny.. Jednak dowiedziałam się że swojej byłej dziewczynie szybko powiedział ze ją kocha. Dlatego mi trochę przykro z tego powodu bo trochę już razem idziemy uprawiamy seks i jest nam dobrze ze sobą. Mimo wszystko takie słowa są dla mnie ważne a jak nic nie słychać tak nie słychać. Nie dostałam tej całej miłości od rodziców raczej nie byli mną zainteresowani, więc teraz pragnę zarażać nią innych. Jednak nie potrafię. Musiałby się ktoś otworzyć żebym ja mogła próbować się stopniowo otwierać. Czy tak już będzie? a moze on w ogole nic nie czuje takiego?
Teraz chciałam poruszyć inna kwestię a mianowicie chodzi mi o powiedzenie ' akceptuj człowieka takim jaki jest'. Jaki macie stosunek do tego? Moj TŻ nie chcę spędzać ze mną każdej wolnej chwili, daje mi to jasno do zrozumienia. Duuużo pracuje dodatkowo musi dojeżdzać, ma też kolegów i też chce imprezować a do mnie ma ok. 30 km. (nie posiada prawka) i taki już jest że znajduje czas dla mnie powiedzmy raz na tydzień.. czasami czesciej czasami nie.. to juz zalezy. Od zawsze taki był i wiedziałam o tym od początku. Mi to jakoś bardzo nie przeszkadza. Zajmuje się swoim życiem, też mam przyjaciół uczę się imprezuje a czas i tak szybko leci. Trochę denerwuje mnie to, że potrafi nie odzywać się długo, ale potem jak napisze jaka radość
Zauważyłam też że nauczył się pytać o inne kobiety. Nie o jakąś konkretną tylko ogólnie. (przyklad: a byly jakies fajne? ) pomimo tego że nie zauważyłam żeby był jakoś bardzo za innymi dziewczynami. Podchodzi mi to pod takie głupie gadanie. Ma dużo wad i ja to widzę.. Ale nie chcę go zmieniać. Jeśli chce przy nim trwać to nie powinnam. Mimo wszystko czy nie powinna być tam gdzieś jakaś granica? Jak wy na to patrzycie ?
Znając moje koleżanki i siebie kiedyś to już dawno poszłabym gdzieś i szukała tego 'ideału' jak większość moich kolezanek czyni i nadal są samotne
Jednak czy tutaj nie chodzi o to by akceptowac kogos w pelni kochac takiego jakim jest i iść obok i cieszyć się że ktoś idzie z Tobą? Przecież tutaj nie chodzi o to żeby mieć kogoś na własność