cslady napisał/a:Kiedyś mnie dziwiło takie podejście, że praca umysłowa to bułka z masłem. A potem sobie uświadomiłam, że mówią tak osoby, które nie pracowały umysłowo. Dla nich jedyne zmęczenie, które znają, to zmęczenie fizyczne. Ja w swoim życiu doświadczyłam zmęczenia fizycznego oraz umysłowego, więc mam porównanie. Wystarczyło, że odespałam zmęczenie fizyczne i było ok, a z umysłowym były takie chwile, że nie wiedziałam jak się nazywam, a potem przez tydzień je odsypiałam, bo jedna noc nie była wystarczająca. Jeśli ktoś uważa, że praca umysłowa jest lekka, to niech pracuje umysłowo. Cóż za problem? Sporo zależy też od wykonywanego zawodu oraz piastowanego stanowiska, bo przecież nie wszyscy przepracowują się na tym samym poziomie. 
O, z tym zmęczeniem, to - bazując na moich doświadczeniach - chyba dobry trop. Tzn. wydaje mi się, że dla wielu osób PRAWDZIWA praca = zmęczenie fizyczne. A że im większe zmęczenie, tym cięższa praca... no to wiadomo, jakie wnioski. W drugą stronę to chyba działa inaczej, bo jeśli ktoś wyraża się z pogardą o pracownikach fizycznych, to raczej nie pod kątem ilości pracy, czy nawet jakości/umiejętności, a wykształcenia, wiedzy, ewentualnie wagi pracy.
Natomiast przyznam, że pracowałam fizycznie (? - nie wiem, czy to w sumie można podpiąć pod fizyczne xd) jako ratowniczka WOPR - dwa razy na basenie na wakacjach, i dwa razy na "zaprzyjaźnionych" obozach.
I jako że miałam wtedy 14 lat (wtedy można było w takim wieku zdać egzamin na młodszego), dorabiałam sobie tylko wakacyjnie (basen), to miałam umowę zlecenie na konkretną ilość godzin. Wtedy zawsze zatrudniali więcej ratowników i w sumie miałam wolną rękę, jeśli chodzi o grafik - kiedy odbębnię 100 godzin, wtedy dostanę wypłatę. A że chciałam skończyć jak najszybciej, to parę dni siedziałam po 15 godzin, od 7:00 do 22:00. I wszyscy nade mną ćwierkali, jaka to ja zmęczona muszę być, jak gorąco tam, jak duszno, jak głośno, ile dzieci rozbrykanych itp. itd. A prawda była taka, że mi się tam zwyczajnie nudziło i nawet szukałam sobie zajęć typu sprzątanie szafy-apteczki milion razy dziennie. Zmęczona nie byłam w ogóle, a wszyscy właśnie z podejściem, że jestem na pewno umierająca i że rodzice mi nie powinni pozwolić na tyle.
Z drugiej strony naprawdę wyczerpana, padnięta, wymięta i w ogóle UMARTA to byłam - aż śmieszne przyznać - kiedy się uczyłam w szkole aktorskiej. Nieważne, że zajęć wyłącznie fizycznych nie było wiele (taniec, świadomość ciała itd., a przy innych ruch tylko w związku no... z graniem czy przy okazji jakichś ćwiczeń xd), ja i tak po powrocie nie wiedziałam, jak się nazywam. Mimo że to uwielbiałam, to najpierw zajęcia, potem próby dodatkowe z wykładowcami, potem próby "nasze", jeśli były wolne sale i do domu wracałam nieraz w środku nocy. Weekendy tak samo rzadko wolne, bo próby ogarnialiśmy sami. I wtedy, mimo że nie robiłam nic poza tą szkołą w sumie, wracałam, padałam, zasypiałam, wstawałam i leciałam dalej. Generalnie nie wiedziałam, jak się nazywam. Co ciekawe, jak pracowałam później kilka miesięcy w teatrze, w ogóle tego nie odczuwałam. Próba, do domu, luz. Ale jak próbowałam podczas nauki się poskarżyć, to studenci ścisłych kierunków się podśmiewali na zasadzie "ta, śpiewasz, gadasz, co to jest w porównaniu do...". No a teraz sama studiuję informatykę i już wiem, że to ona w porównaniu do tamtej szkoły jest niczym - na tyle, że mam czas i energię na pracę, różne zajęcia itd.
Natomiast największe lekceważenie się pojawia, jak rozmawiam z kimś o pracy i mówię, że ja pracuję w domu, przy komputerze. Wszyscy właściwie mają do tego podejście takie, jakby w domu = nic nie robię. Wiadomo, że mam luźniej, bo pracuję, kiedy chcę, bo mogę jeść, pić, śpiewać czy robić cokolwiek przy tym, ale nadal muszę coś zrobić, żeby mi zapłacili. No ale generalnie świadomość większości zatrzymuje się zawsze na "robić cokolwiek". 