Tu truhijo, ten sam, co wcześniej, tylko po restrukturyzacji forum przepadł mi poprzedni login ;-).
Moją przygodę z forum zacząłem od opisu świetnie rozpoczynającej się znajomości z dziewczyną, która mi bardzo odpowiadała, choć miała problem z fizycznością, dotykiem etc. Zrobiłem tak jak zalecaliście, czekałem, eskalowałem pomału, szło to dosłownie jak orka na ugorze. Wszystko inne - idealne, świetne rozmowy intelektualne, jak i te mniej wymagające, wypady do teatru, kina, długie spacery, wspólne posiłki, wielogodzinne spotkania, odprowadzania pod (jej) dom, wyraźne i czynne zainteresowanie tym, co się dzieje u drugiej strony. Bajka. Wszystkie kryzysy były z powodu problemów z fizycznością, ale udawało się je pokonać dzięki rozmowie i szczerej chęci obu stron i mojej determinacji by "poczekać". Czemu w takim razie - jak się domyślacie po tytule - jednak padło?
Po dwóch miesiącach znajomości, deklaracjach, że chcemy być razem, budować związek przyszłościowy, miałem problem w tym, że do tej pory - tak, tak! - jej nawet nie pocałowałem. Za rękę dała się wziąć dopiero po ponad miesiącu, z pisaniem czy mówieniem sobie czułych rzeczy też było z jej strony średnio, bardziej ja tutaj "brylowałem" (tak, byłem zbyt ogólnie dostępny). Niestety to ja popychałem naszą relację do przodu w kwestiach fizycznych i uczuciowych.
Raz, podczas bardzo fajnego dnia razem, nawiązałem do pocałunków. Wybaczcie, drogie panie, ale dwa miesiące to jednak za długo, by czekać dalej, nie wiedząc co dalej. To miało być - świadome dla obu stron - budowanie związku, a nie bliska przyjaźń. I chciałem mieć te "związkowe przywileje" wreszcie. Co moja wybranka na to? Że ona się wolniej otwiera "fizycznie" w związkach uczuciowych, a szybciej gdy tego nie ma. Mnie zatkało. Tzn. wychodzi na to, że ja, jako ten zaangażowany uczuciowo i chcący dać jej coś więcej, ma gorzej niż ten, co chce tylko "zerżnąć"? Męczyło mnie to do następnego spotkania, na którym zapytałem jej o to i powiedziałem też, że musimy coś zrobić z fizycznością, bo nie można budować związku bez elementarnych pocałunków, nie mówiąc o seksie. Okazało się (tutaj był mój błąd, że nie zadałem tego pytania wprost wcześniej, bo wtedy bym się nie nakręcił), że mimo 25 lat dalej jest dziewicą (byłem też jej pierwszym partnerem związkowym, ale przecież seksualnym już nie musiałem...), a jej słowa dotyczyły nie fizyczności w ogóle, ale pocałunków. Niby OK, ale też niepokojące.
Rozmawialiśmy długo o tej fizyczności, co zrobić, by się pojawiła, jak to "naprawić" etc. Mówiła mi, że boi się, że pocałunki i seks się jej nie spodobają i wtedy związek się sypnie. Ja na to, że jak tego nie ruszymy to też się sypnie. Przyznała mi rację i dodała, że w końcu oboje "mamy libido". Ale, zarazem, nie chciała nic z tym zrobić. np. iść do seksuologa. Uznała, że nie pójdzie bez pierwszego razu i gdyby się jej nie podobało, to wtedy pójdziemy. Ja jej mówię, że nie potrzeba seksu, by widzieć, ze coś nie gra i trzeba działać... Nie dało się ją przekonać do żadnej metody walki z tym problemem, bo ona tego tak naprawdę "nie postrzega za problem" (!!!). Na sam seks było (ha!) za wcześnie, wiadomo, ale wiem że nie była - z deklaracji - osobą aseksualną, ale przyznała mi się kiedyś do masturbacji od okresu adolescencji. Zarazem chciała by wszystko zostało, tak jak było dotychczas (opis z pierwszego akapitu). Tylko, że nie można być w związku osób seksualnych bez pocałunków i prawdziwej intymności!
W końcu doszło do dziwnego zdarzenia. Ona widząc, że moje emocjonalne zaangażowanie jest większe niż jej (było widać, oj było), powiedziała mi, że nigdy nie dojdzie do tego poziomu, jaki jest mój, nie chce mnie krzywdzić i że nie da mi nigdy (!) fizyczności i musimy się rozstać. Dla mnie szok i przerażenie, bo po to zacząłem tę rozmowę, by tego uniknąć w dłuższej perspektywie i przestać się frustrować, że nie mogę mieć normalnego związku ze wspaniałą kobietą. Nie dało się jej przekonać, że to zła decyzja. Sama zaproponowała mi - uwaga, ostre! - że możemy robić wszystko, co do tej pory (spacery, teatry, trzymanie się za rękę, pisanie sobie czułych rzeczy, mogę dotykać jej kolanka!!!), ale nigdy nie będziemy "razem". Na moje pytanie, jak ma to wyglądać, gdyby miała kogoś innego (mogę jej wtedy pisać, np. że ją kocham?), to odpowiedziała, że "to może nie". Czyli jednak nie to samo! Po tym, jak zobaczyła, że moje zaangażowanie jest znacznie większe niż jej, uznała, że "nie może już na mnie popatrzyć [tak uczuciowo], jak wcześniej". Coś absurdalnego wg mojej logiki, ale pewnie nie rozumiem kobiet.
Później, przez parę następnych dni (do dziś) starałem się do niej dotrzeć, że źle robi, że nie powinno ją to wszystko tak wystraszyć, byśmy jeszcze porozmawiali, przecież wiedziała że mocno się angażuję i że "nasze zaangażowania nie są na podobnym poziomie", ale grunt by były szczere i z serca. Nic to nie dawało, cały czas pisała tylko - bez odniesień do moich argumentów i próśb - żebyśmy się rozeszli w szacunku... A żadnego braku szacunku z mojej strony nie było, nie wyzywałem jej, nie groziłem, nic z tych rzeczy, które ludzie robią w emocjach by wyżyć się na podmiocie żalu. Emocje były, rzecz jasna, ale starałem się być rzeczowy i kulturalny. Oczywiście, pomęczyłem ją sms-ami, jak najgorszy przegryw związkowy. Ale nie umiałem inaczej, kisiło się to we mnie.
To tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że się pospieszyłem ("a tak mi dobrze szło!" - myślałem), że może by się coś w niej ulęgło wobec mnie, widziałem, że była zaangażowana w naszą relację (choć na swój sposób). Wystraszyłem ją... Ale czy można było to wytrzymać? Żyć ze świadomością, że będziesz mieć tylko surogat intymności z kobietą, która jest wspaniała... Muszę iść do psychologa i to szybko. Nie mogę wykonywać swoich najważniejszych obowiązków, mam spore zaległości, które chciałem nadrobić, ale widzę że nie dam rady, jak nie otrząsnę się po niej psychicznie. Tylko, jak pomyślę, co straciłem...
Nie wiem, po co Wam to piszę, musiałem się wygadać. I tak już nic nie można doradzić, sprawa jest przegrana. Czy naprawdę nie można mieć własnych potrzeb i trzeba ciągle być silnym psychicznie, by kobiety nie uciekały? Przecież to jest antyteza związku opartego na bliskości, zaufaniu i oddaniu. Nie nadaję się chyba do naszego społeczeństwa, gdzie relacje międzypłciowe oparte są na dziwnej mieszance swoistego darwinizmu społecznego, biologicznego determinizmu i tchórzostwie (przesadzam?). Panowie, co udają samców alfa, mogą sobie kpić z mojej "miękkiej" i "niemęskiej" postawy wobec "laski"... Wszystko mi jedno. Mam nieżyciowe podejście? Może, szkoda tylko że wg kryteriów jakie kobiety podają, jaki partner im odpowiada, to mam wysoką lokatę. OK, same niekiedy przyznają potem, że te kryteria to bujda, że lepsze emocje z tym co traktuje jak szmatę, niż co dba i jest szarmancki (tak, przemawia przeze mnie skrajnie emocjonalna gorycz odrzucenia). A ja nie umiem być prostakiem wobec kobiet, "przeciągać linę", choć umiem być asertywny, mieć swoje zdanie i planować spotkanie. No, ale co z tego? Nic.
Standardowo, włączyło mi się czarnowidztwo, że nigdy nie spotkam (nie mówiąc o uwiedzeniu!) takiej osoby. Straciłem to, czego tak pragnąłem i co liczyłem, że - wreszcie! - mam na wyciągnięcie ręki, po wcześniejszych, za przeproszeniem wariatkach i arogantkach.