netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Pomóżcie kobietki:)

8 odpowiedzi2 488 wyświetleńzałożony przez goral, 29.06.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Pomóżcie kobietki:)

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 9 ]

1 Ostatnio edytowany przez goral (2015-06-29 20:26:33)

Temat: Pomóżcie kobietki:)

Witam:)

Wiem że to głównie forum dla Pań, ale może znajdzie się tu ktoś co mnie nie wyśmieje, a coś poradzi, może wytlumaczy...bo ciężko na duszy.

Zacznę od małego wstępu, by nakreślić sytuację.


Poznałem swoja dziewczynę na portalu randkowym. Ona była wtedy swieżo po studiach, końcu niedawnym 3 letniego związku. Ja po przejściach z inna kobieta, z dlugą przerwa od zwiazków.  Mieszkała w Łodzi - a ja jestem z południa Polski. Dzieliła nas pół Polski. Jednak uczucie się szybko rodziło - i mimo odleglości w ciemno pojechałem do niej w odwiedziny po ok miesiącu - uznałem ze warto zaryzykować - choć sparzony w przeszłosci, przysiegalem sobie ze nie bedę sie pchał w związki na odleglosć. Po spotkaniu wlasciciwe weszliśmy szybko w fazę związku - nie umiałem nie zaryzykować. Po ok 1-2 miesiącu po spotkaniu u niej w Łodzi, wróciła do rodzinnego miasta gdzie miała kawalerkę mamy (nie znalazła tam pracy, a koszty były coraz wyższe i postanowiła wrócic. Mniejsza odleglosc do mnie tez byla duza motywacja). Poznała szybko moich rodziców, wspólne wycieczki, plany. Sielanka jednym słowem. Jeżdzilem do niej regularnie i zostawałem na początku tydzien, poltora, a pozniej ponad dwa tygodnie. Wizyty byly mniej wiecej co miesiac. Jak znalazla prace to musialem sie dostosowywac do swoich obowiazkow (na gospodarstwie) i do jej pracy. Jakos sie toczylo. Bylo duzy tesknoty - ale radzilismy sobie - tak przynajmniej mowila. Zeby nie bylo - byly lepsze i gorsze dni.(choc one rzadkie) Dzieki gorszym dniom uczylismy sie siebie. Poznawalismy na co mozna pozwolic, jak rozladowac atmosfere, znalesc kompromis... Trwalo tak wlasciwie rowny rok. Dodam ze wtedy gdy mnie nie bylo "realnie: to kontakt byl staly przez kom, skyp. Nigdy jej nie skrzywidzilem, nie zdradzilem, podchodzilem powaznie do zwiazku - bo dla mnie to wazny aspekt

Główne zagadnienie:

Kilka dni temu miałem kiepski humor i "wylewałem smutki". Takie ogólne marudzenie na czym świat stoi.  Nagle temat zszedł nie wiadomo z czego na kwestie ze jej ciężko, ze ona już tak nie potrafi, ze nie mam pracy tu gdzie ona, ze ona chce stabilizacji, ze regularnie chce budzić się i zasypiać przy kto jest jej bliski itd. W ciągu kilku właściwie zakończyła związek. Kilka minut wcześniej planowaliśmy gdzie zamieszkany na kilka dni (w ramach malej rocznicy/wycieczki), a nagle koniec.  Bylem w szoku...ale uznałem ze może ma taki dzień, chwilowe załamanie, ze może jednak coś zawaliłem i trzeba będzie to rozwiazać...i damy rade jak zawsze. Dałem jej czas - by uspokoiła, zastanowiła - że poczekam (choć wiedziałem, że takie czekanie to droga przez męke)

Kilka dni minęlo i nic się nie zmieniło. Nie pisała pierwsza, a ja chciałem w końcu się dowiedzieć coś więcej, bo ile można żyć w niepewności. Powiedziała w końcu ze mnie kocha, ale nie tak jak kiedyś (dla mnie sie kocha, albo nie - nie rozumiem tego zdania w ogóle  - umiecie wytłumaczyć?:)). Ze ją to wewnętrzenie niszczyło ze nie jesteśmy ze sobą na co dzień, a ona musi tak mieć - niżej napisze z czym to ma związek wg mnie. Że przez to potrafiła wyżywać się na mnie i być sfrustrowana. Że to tylko narastało i wybuchło teraz. Powiedziała że balem się cały czas zaryzykować, ze nic glośno nie planuje, że chce stabilizacjii...Ze skladałem cv w jej mieście ale nie widziała mojego eutuzjazmu? (no ludzie w Polsce jest jak jest, i ciężko wierzyć nagle w prace na miejscu - nic nie poradzę że i bywam pesymistą w takich kwestiach...).  Nie powiem - pokłócilismy się trochę, bo byłem w szoku po takich słowach. Raz słyszę że jestem wspaniały, raz że do dupy - bo tak to odebrałem.

Powiedziałem jej wprost o uczuciach, ze miałem zamiar w wakacje poprosić ja do moich rodziców, bo chciałem by oni zrozumieli ze mogaą na moja pomoc w gospodarstwie, ale ze mnie "porywa" do siebie (nie mogę wystawić rodziców od tak i zostawić bez pomocy - nie potrafiłbym i tyle). Powiedziałem o tym ze ze względu na przeszłosc mam obawy, jestem ostrożny - może az za bardzo w niektórych kwestiach. jak np w mieszkaniu ze sobą już jak mąz i zona, planowaniu zycia po niecałym roku zwiazku... jej mieszkanie to tez de facto mieszkanie jej mamy - i nie chciałem być tam jak piąte kolo do wozu, nic nie móc zmieniać, urządzać - bo jakim prawem?. Ale choćby - zapytałem czy jakbym zaryzykował (już nawet zakładając ze finansowo bysmy podolali, a ja cudownie bym znalazł pracę na miejscu) to czy by coś to zmieniło? Spytałem też że czemu gdy zagadywałem, że mniej sie martwi jak wyjeżdzam z wizyt to że się śmiała, i mówiła że chciałem żeby stopniowo było jej lżej i właśnie sobie poradziła, bo wie że znów będe itd. Spytałem czemu np nie powiedziała nigdy bym został dłuzej...usłyszałem że potrzebowała mojej odwagi i inicjatyw  - ale czy to zawsze facet musi wychodzić z nimi? nie jestesmy idealni, a na pewno nie ja, i też może mi coś umknąc.

Najgorsze jest to że kompletnie nie słyszałem odpowiedzi na moje pytania - nawet tu w większoścu wyżej zawarte. Po prostu je pomijała, ewentualnie dodawała coś co możnaby zinterpretować jako kolejne oskarżenie/podsumowanie/pogodzenie i uświadomienie mi/sobie? że podjęta decyzja jest decyzja na pewno słuszną.

Ja chciałem po ludzku wszystko pomału, racjonalnie i by to jakoś wypalił i nikt nie mial do mnie zalów, a nie zebysmy mieszkali dla mieszkania, a żyli tak minimum by przeżyć...

Dziwi mnie że nawet nie chce popatrzeć jak ja to widzę/widziałem. Ze uczucia i to ze jednak dbalem o nia, doradzalem w roznych kwestiach, kupowalem z nia rzeczy i do mieszkania i dla niej, jezdzilem regularnie choc to tez wydatki i duza niewygoda - bo to nie ona sie tlukla pol dnia by dojechac. Ze nie zwraca teraz na to zadnej uwagi. Myslalem ze normalny facet, ktory ma uczucia i zarowno mowi o nich i okazuje - ze to jest wszystko cos wart. Choc 2 szansy?. Boli ze nawet nie mowi ze chce przerwy, zastanownienia - skonczyla i tyle. Wiem ze miala wczesniej faceta z ktorym miala 3 letni zwiazek, a ktory ja zdradzal, ktory cpal, chlal...wczesniejsi przed nim tez nie byli zbyt udani. Albo nia rzadzili, albo olewali. A byla dluzej niz ze mna, bo mieszkali z nia? On nastoletnich lat ciagle miala zwiazki i zawsze ja brali do mieszkania/domów - i sama przyznaje ze dla niej to totalna norma i zawsze tak było i tylko teraz nie. Jest jedno ale... nawet ten z 3 letniego zwiazku nie tyle z nia mieszkal, co zalatwil mieszkanie jej i 2 lokatorow 5 minut od swojego domu - i sobie tak wpadal. Byli studentami, wiec to bylo wygodne do wszystkiego. I do "samodzielnosci" i do czestych imprez i do seksu. Ale czy to bylo wspolne zycie jakie teraz kreuje że czas mieć? czy teraz wszyscy od razu mieszkają ze sobą w takim tempie?


Dodam ze wlaściwie wszystko rozbija sie tylko o ta kwestie...i dla mnie to chore rozstawać się i burzyć wszystko przez taka rzecz - moich argumentów, propozycji juz nie slucha. Jakby wykula postanowienie i tylko powtarza i robi podsumowania. Jestem taki dziwny? taki do dupy i tak zle myslalem i dzialalem? Czemu kobiety które są w związkach, a nawet po związkach kilkuletnich doceniają mnie, rozumieją, a tutaj to zawiodło? choć sama miała ciężkie związki, i sama mówiła że dostaje to, co nie zawsze miała. Może faktycznie zrobiłem błędy, za mało ryzykowałem, czy za wolno...ale czy aż za taką cenę?  Zalezy mi na niej i kocham ja, ale przez to co powiedziała, jak teraz reaguje to nie wiem co robić, co mysleć. Szukam winy w sobię, rozmyślam, męcze....walczyć o nią, wypisywać? chyba to jest bez sensu...powiedziałem od serca to co napisałem...powtarzanie tego w różny sposób, to bezsens na mój gust...chyba że się mylę? Zależy mi na jej szczęściu - zawsze tak było. Jeśli ceną jest że mam zniknąć, to to zrobię, ale to będzie naprawdę dla mnie ciężkie totalnie...

Przepraszam jesli zbyt przydlugo i zbyt chaotycznie miejscami...

PS. dodam tylko że zabolały mnie jej chłodne, lakoniczne odp i powiedziałem że jej może łatwiej skoro nie kocha "w pełni" - nie wiem jak to ujać nawet. Odp że bierze jakieś środki uspokające i nie jest jej tak łatwo jak pewne myśle....

2

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Jakiego typu leki bierze Twoja dziewczyna?

3

Odp: Pomóżcie kobietki:)

szczerze mówiąc  - nawet nie zapytałem.  Chodzi do pracy  i znam ją - więc pewnie środki typu ziołowego, które były w domowej apteczce.

PS. na tą chwilę to nie jest już Moją dziewczyna...

4

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Góralu..., trudno odmówić logiki w tym opisie całej sytuacji. Nie znajduje też za bardzo winy z Twojej strony, ale jak wiesz są zawsze 2 strony medalu. Może to taka klasyczna sytuacja, że nieodpowiednia osoba, czas i miejsce. Może jakiś problem tkwi w niej a Ciebie może do niej przyciągnęło i byłeś trochę niepomny poprzedniej sytuacji o której pisałeś? Związek na odległość jest trudniejszy i zawsze zanim się w niego wejdzie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy jestem w razie czego w stanie zmienić swoje miejsce zamieszkania bo przecież nie można od razu podchodzić do tego, ze ktoś dla nas to zrobi.
Z drugiej strony znam kilka przykładów, ze to się udaje.
Myślę poza tym, ze rok to mało, żeby podejmować jakieś radykalne decyzje, masz rację, ze trzeba czasu aby się poznać. Poza tym nie wydajesz mi się nazbyt ostrożny, znałam jednego ostrożnego co to przez 3 lata dziewczyny z nikim ze swoich znajomych nie poznał, z rodziną bo się na kimś przejechał - no to można uznać za mega ostrożność.
Raczej w tym Twoim postępowaniu widać, ze jesteś poukładany, wiesz co ważne, co ważniejsze, szanujesz rodziców, swoich, jej - naprawdę nie ma się do czego przyczepić.
Może tak po prostu miało być, może niezbyt trafnie ulokowałeś swoje uczucia i dostałeś kuksańca od życia i szansę na coś innego.
Wiem, ze nie łatwo przyjąć to do wiadomości kiedy serce płacze ale pamiętaj potem zawsze świeci słońce :-)

5 Ostatnio edytowany przez goral (2015-06-29 22:15:57)

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Fakt jest faktem, że sama napisała że ją samą męczy że tak ma, że nie potrafi nad tym zapanować i tyle. Tak jest nauczona...jak zaczynaliśmy myśleć o związku to ją uprzedziłem, że takie coś wiąże się z ryzykiem, z wyrzeczeniami, tęsknotą...i że ja już raz przeżyłem raz strasznie takie związek...obiecała się nie poddać. Nie chcę jej winić, że nie podołała...ale mówiąc że ja nie ryzykuję wg mnie sama po prostu się poddała? takie mam wrażenie. Że uważa ze to nie ma przyszłości, że mnie krzywdzi - nawet rykoszetem - i woli to skończyć na siłe? nie wiem - wybielam ją za bardzo? Co do zmiany miejsca zamieszkania - ja jej nie powiedziałem że nie chcę, że nie planuje - bo w końcu, żyć nie można caly czas osobno. Chciałem tylko wolniej - mój bład może taki, że nie wyrażałem się o planach głośno i wyraznie...no ale ja wiedzialem ze tak malo mam czasu... Boli to wszystko, bo chcialbym wreszcie mieć coś ułożonego. Można mówić że będą inne...tak, ale ile razy można zaczynać coś od nowa....ja już swój wiek tez mam, i mnie to już szczerze mówiąc męczy. Początki są fajne, ale chyba wolałbym coś już bez przerw, początków i znów końca. A najbardziej mnie wkurza, że Kobiety potrafią znosić takie rzeczy jak zdrady, jakiś psycholi, pijaków, cpunów, a jak jestem normalny (w miarę chyba?;P) to mnie się pozbywa lekką reką:P to jest tragicznie smieszne;P

Czyli na dobra sprawe - mam sie pogodzic i tyle? radzicie nic wiecej nie probowac z Waszego kobiecego punktu widzenia?:)

6

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Wiesz co, poczekaj niech się inne dziewczyny też wypowiedzą bo co osoba to inny punkt widzenia.
Gdyby to tylko chodziło o to, ze za mało mówiłeś na temat planów to można to naprawić, wyjaśnić zapewnić uspokoić, ale to już Ty sam czujesz najlepiej.
Jednak jeśli ona ma inne powody to czasami może być już pozamiatane, w sumie do tych prawdziwych powodów jej decyzji trzeba by dotrzeć. Ludzie często mówią to co chcieliby inni usłyszeć, co jest akceptowalne społecznie, obyczajowo a nie podają prawdziwych powodów swojego postępowania, może podrąż temat jeszcze co jest powodem?
Czy w głębi serca czujesz, że ją kochasz prawdziwie i jest tą jedyną?

7

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Niestety jak pisalem w pierwszym poście...drążenie, wyjaśnianie, proszenie o dyskusje itd nic nie daje. Zwyczajnie jakby wykuła swoje postanowienie i tyle. naciskanie tylko powoduje, że okresliła że ją np dobijam...więc ani tak, ani siak..:(  Ja ją kocham, ogólnie ja się z czasem coraz bardziej angazuje, a nie mniej - taki minus.

8

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Ja tez widze to jak przedmowczynie, ze duzych perspektyw tu nie ma. Ona podjela decyzje i zrobila to sama i nie bylo to z dnia na dzien, jesli chodzi o nia. Cos bylo nie tak z komunikacja. I nie chodzi tu o wine, tylko tak po prostu bylo.
Jej przeszle zwiazki wskazuja na to, ze to z nia cos nie tak. Jest ukondycjonowana na cierpienie i toksyczne zwiazki, wiec normalny facet to nie jej schemat. Musialbys pewnie po jakims czasie zaczac przeradzac sie w podobnego tym, jakich miala, wtedy by siedziala przy Tobie.
A tak, to....nuda, brak znanych bodzcow.
Ona sama nie wie, czego chce i pewnie potrzebowalaby terapii.
Twoje starania sa kompletnie przeciwstawne temu, co ona zna i co ja nieswiadomie pociaga. Jakbys Ty zaczal ja zdradzac, to pewnie odzyskalaby zainteresowanie. No ale to przeciez nie sposob na budowanie stalego zwiazku.
Niestety, musze Cie zmartwic, to nie byla zadna milosc z jej strony, jesli mowi, ze nadal Cie kocha, ale 'troszke mniej'.

To, ze z czasem bardziej sie angazujesz, a nie mniej, to zaden minus, tylko wrecz przeciwnie - plus. Tym razem uratowalo to Cie przed neurotycznym zwiazkiem i byc moze bylo oznaka, ze i dla Ciebie po prostu nie byl to ten zwiazek.
Nie dajesz sie zwiesc pierwszym uniesieniom, ktore dosc szybko mijaja, tylko stoisz pewnie na stalym gruncie.
Myslisz realnie i chcesz stworzyc podstawe dla przyszlego zwiazku.
Takze to, ze nie chcesz zostawic rodzicow samych z gospodarstwem widze jako plus.
Jak dla mnie, to jest to zupelnie naturalne, ze rok zwiazku wydaje Ci sie krotkim okresem, po ktorym jeszcze moze nie chce sie juz jakimis decyzjami wiazac, ktore potem ciezko odwrocic.

Zwiazki na odleglosc czesto bywaja podatnym gruntem dla ludzi, ktorzy sa ostrozni z wchodzeniem w glebokie kontakty emocjonalne, bo zawsze mozna sie wycofac na bezpieczna odleglosc, jest ta perspektywa, ze spotkanie po paru dniach sie skonczy i mozna wrocic do siebie. To daje mozliwosc kontroli zwiazku.
To nie znaczy, ze jest to zle, po prostu ludzie sa rozni i odpowiednio rozne sa ich potrzeby. Ty tez masz potrzebe dystansu na poczatku, jak sam piszesz, angazujesz sie dopiero z czasem. U Ciebie wydaje mi sie to byc normalne i zdrowe.
Ale Twoja dziewczyna wydaje sie tez miec problem z wywazeniem miedzy dystansem i bliskoscia. Albo jakies szemrane typy, gdzie nie ma granicy osobistej, albo odleglosc bez zbyt wielu zobowiazan. A posrodku nic.

Jedna rzecz mi sie nasuwa, jak czytam, co piszesz, ze Ty moze bardziej jestes zakochany we wlasnej wizji swojego zycia z kims i dlatego chcesz koniecznie zwiazku, a nie chodzi tak naprawde o ta konkretna osobe. Zaczynasz powoli budowac i organizowac, patrzysz jak najlepiej pasuje, ale to Twoj koncept, a zwiazek jest czyms zywym, zmiennym, dynamicznym.

Moze zanalizuj swoja wlasna motywacje i co naprawde najbardziej Cie teraz boli - brak tej dziewczyny, zawalenie sie planow, strach, ze nie znajdziesz wcale stalej partnerki, jej krytyka, wszystko razem......
I szukaj dalej, ale nie na sile, nie pod presja strachu, ze czas mija, raczej a sensie bycia otwartym na wszystkie mozliwosci, takze i ta, ze nie znajdziesz nikogo, z kim moglbys zwiazac sie na stale.
Jak sie z taka mysla pogodzisz, to zmniejszysz ten nacisk na siebie samego, ze musisz koniecznie kogos miec. To otwiera na nieoczekiwane - na zycie, niewazne czy z partnerem czy bez.

9

Odp: Pomóżcie kobietki:)

Dobrze gadacie kobietki - trzeba Wam to przyznać i dziękuje:) ogólnie jestem osobą bardzo krytyczną względem siebie w kwestii związków. Jak jest źle/coś się kończy to szukam winy GŁÓWNIE w sobie - nawet podświadomie broniąc drugiej strony - i za to już mi się obrywało od kobiet (znajomych), które się martwiły o mnie.  Walczę z sobą, by tak to ciągle nie odbierać.

Na koniec zawsze mi dowalano (tak jakby partnerka nie patrzyła w ogóle przez pryzmat co było dobre, wartościowe, co się jednak poświecalo i dało? to właśnie boli). Ja to biorę do siebie i jakby sam sobie jeszcze dowalam, pamiętając ostatnie oskarżenia - .. Ciężko mi też tak nie walczyć - zostawić to i tyle. Tym razem jednak uznałem że tak jak pisałem - powiedziałem od serca wszystko - jakby była zainteresowana i przemyśłała to się odezwie sama - jak nie to przecież nie będe walczył sam o coś, co druga strona skreśliła od tak. Może sama zrozumie czy więcej straciła rozstaniem czy zyskała,  jak nie będzie mnie wcale a wcale - bez żadnego kontaktu jakbym nie istniał. Jeśli uzna że zyskała, lub już uznała - to walka i tak by nic nie zmieniła. Dobrze myśle?

Co do odp co mnie boli..chyba kumulacja tego wszystkiego na raz. Czuje się zniechęcony, zdołowany i  po prostu mega smutny, bo będe się upierał że to co dawałem, przekazywałem lub chciałem przekazać nie bylo aż tak mało warte. Chce by komuś było dobrze, zdaje sobię sprawę że popełniam błedy, że mogę coś źle dostrzegać, zrozumieć, za późno zareagować. Ale jak każdy jestem człowiekiem. I na pewno nie jestem gorszy od typowych imprezowiczów, despotów czy luzaków na pełnej płaszczźnie. Miałem kiedyś w przeszłości sytuację, że mi wręcz sprano mózg w związku który w ogóle był jednym wielkim kłamstwem - straciłem wtedy mnóstwo nerwów( wręcz zaczełem siwieć), czasu, wiare w uczucia i kobiety;). Ale podniosłem się, choć to trwało wręcz do tego związku? Dowiedziałem się o sobie że co jak co, ale na pewno nie będę się zmieniał pod kogoś jak mu pasuje. Bo nie warto i to chore. Kompromis tak, ale zmiana całkowita, by kogoś zatrzymać? , udobruchać - nigdy. Jakąś własną wartośc jednak każdy musi czuć. Przynajmniej tego staram się trzymać.

Posty [ 9 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Pomóżcie kobietki:)

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026