Witam.
Pewnie zaskoczy Was wszystkich tytul mojego postu, ale taka jest prawda. Nie zaluje ze odeszlam... I to nie od partnera ale od narzeczonego. Ale od poczatku i w wielkim skrocie.
Rok 2011- za sprawa wspollokatorki za czasow studiow poznalam A. Na poczatku byla to luzna znajomosc do niczego nie prowadzaca. Jednak kolezanka a nawet w tamtym czasie przyjaciolka namawiala mnie na cos wiecej. Byla bowiem zdania ze zna nas na tyle dobrze iz wie, ze to jest to. On potrzebowal kogos kto twardo stoi na ziemi a ja oddanego i wiernego partnera.
Rok 2013 - oficjalnie bylismy juz para,z czego wszyscy "nasi" znajomi byli zadowoleni. Czas mijal szybko a ze nasz zwiazek mial byc zwiazkiem na odleglosc postanowilismy zamieszkac razem u niego... Z jego matka, dwiema siostrami i bratem... Niezla gromadka-prawda?!
Rok 2014- A.mi sie oswiadczyl,kazal zaplanowac wesele i...pojechal na rok do ojca do Francji.
1 czerwca 2015 -wielki powrot A.do Pl i do domu rodzinnego,gdzie nikt go szczerze nie wita...
12 czerwca 2015-odchodze!! W ciagu godziny postanawiam sie spakowac i wyporwadzic. A.dobitnie pokazal jak mu na mnie zalezy i jak mnie kocha...
A teraz fakty, ktore wszyscy wokol wiedzieli i ja tez, ale przyjelam do siebie je dopiero ostatnio.
W momencie gdy poznalam A.bylam pod wrazeniem tego, jaka spokojna i opanowana jest osoba. Mial dobre serce, byl pomocny i cierpliwy. Pracowity i madry a do tego lekki maniak komputerowy. Z czasem jak zaczelam z nim mieszkac dostrzeglam, iz jest w konflikcie z jedna z siostr, a matki wrecz nie szanuje. Koledzy i komputer oraz XBoxa stawia wyzej niz potrzeby innych (czytaj mnie). W ciagu 2 letniego zwiazku i mieszkania pod jednym dachem z jego rodzina bylam bardziej z nimi zzyta niz on sam. Sami ostrzegali mnie rowniez przed nim,iz jest pod wielkim wplywem niektorych osob (w tym tamtej kolezanki).
A.oczekiwal iz bedac ze mna w zwiazku nadal bedzie wiecznym kawalerem, ze bedzie mogl wychodzic gdzie chce i do kogo chce-rozumialam to bo w koncu znajomi tez musza byc. Jednak ja ze swoich znajomosci musialam zrezygnowac na jego rzecz... Wspolnych chwil byla garstka,uczuc mi nie okazywal a moje prosby sie nie liczyly. A byl zdania ze jak mnie kocha to wystarczy ze sie ze mna przespi i to juz jest cos.
Jak wyjechal do Francji coraz rzadziej ze soba rozmawialismy. Zdalam sobie sprawe ze wiele nas rozni i zadne z nas nie stanie na rzesach by sie dla drugiej osoby zmienic. On od zawsze byl lekkoduchem, ktory zyl tylko z dnia na dzien. Nie przejmowal sie skad wezmie pieniadze na rachunki, istotne bylo ze ma kumpli, piwo i xboxa. Pragnal zwiazku spokojnego, w ktorym nie musi sie starac, zabiegac, o ktory nie musi dbac. Ja natomiast jestem osoba z rozbitej rodziny i dla mnie stabilnosc i poczucie bezpieczenstwa sa istotne. Partnerstwo na pierwszym miejscu!! Ale irytowalo mnie, ze on na wszystko ma czas,ze mam wyluzowac... Ze sama musialam pomagac jego mamie,ze ja decydowalam o wszystkim. Francja zmienila go-wszyscy to potwierdzaja. Zwiazek zmienil mnie. On stal sie osoba porywcza i nerwowa,a ja z osoby pewnej siebie stalam sie kobieta placzliwa i niepewna jutra.
W ciagu 2 lat wiele razy sie klocilismy. Poczatkowo o glupoty, potem problemy sie pietrzyly. Jego wyjazd do Francji dolal oliwy do ognia, tak ze ostatnio nie moglam. Wybuchlam,wykrzyczalam caly zal i smutki. Wyrzucilam z siebie to co mnie boli, o co sie martwie,gdzie widze problem naszego zwiazku. Ze fatalnie to wyglada ze pojechal na rok za granice przekreslajac nas, ze tylko gry i kumple. Ze slub za 3 mc a my listy gosci nie mamy bo on ZNOWU nic nie wie!! Ze nawet nie mamy wspolnych zaintersowan. Skwitowal to slowami "za to masz z nowymk znajomymi z silowni". Szok!! To ja ide na sil by lepiej wygladac, by mu sie bardziej podobac,zrzucic kilka kg,stracic cm tu i owdzie a ten wyskakuje z takim tekstem... Zaczela sie awantura i aby mnie uspokoic A uderzyl mnie w twarz - dokladniej w nos.
Tego bylo za wiele. Szybko spakowalam swoje rzeczy i ucieklam z tamtego domu. Bylam zbyt roztrzesiona by wracac do wlasnego domu-zostalam u znajomych z sil na noc. Co ja sie wtedy oplakalam to moje!! Ale najlepsze jest to, ze "nasi"znajomi w tym tamta kolezanka/przyjaciolka (tez chyba jego bo nie moja) naskoczyli na mnie ze szok. Mieli w dupie to, ze ja w obcym miescie procz A i ich, to nie znam nikogo. Wazne bylo tylko zrownac mnie z ziemnia, ze zle sie zachowalam,ze wyrahowana su*a jestem, ze teraz to jestem skreslona itp itd.
Obecnie przesiaduje u Mamy w domu i staram sie wrocic do normalnosci. Nie zaluje ze odeszlam a raczej tego ze tak to sie skonczylo. Ze tak pozno sie ocknelam. Ze za pozno zrozumialam, iz ten slub ba ten zwiazek to blad- po co wiazac sie z kims kto ma Cie gleboko,nie szanuje Cie ani mu na Tobie nie zalezy?!
Jasne ze cierpie,jasne ze placze...
Ale nie zaluje...

