Mam 32 lata, dwoje najcudowniejszych dzieci na świecie, mieszkaliśmy we wspaniałym domu z ogrodem...z facetem który mnie nienawidzi. Moje życie było trudne, mama zmarła gdy miałam 18 lat, ojciec alkoholik. Nauczyłam się sama radzić w życiu i nie użalać się nad sobą. Gdy poznałam X, poczułam że wreszcie mój los się odmieni, że w końcu będę miała w kimś oparcie, zapewni mi bezpieczeństwo i poczucie, że nikt mnie więcej nie skrzywdzi. Stworzyłam sobie idealny obraz naszej przyszłej rodziny i konsekwentnie go realizowałam. Wspaniały ślub jak z bajki, dziecko, dom, potem drugie dziecko... Nagle po 3 latach małżeństwa spadły mi różowe okulary z oczu. Mąż coraz częściej wychodził, ignorował mnie, obrażał się, zaczął dyktować co mogę robić a czego nie - gdy próbowałam się sprzeciwić siłą zmuszał, np. potrafił zabrać mi dokumenty, kartę do bankomatu, telefon, zamknąć na klucz w domu. Gdy zauważył, że to działa, że zaczęłam się go bać ograniczał mnie jeszcze bardziej, potem doszło znęcanie się fizyczne - popychanie, szturchanie, aż w końcu uderzył mnie tak mocno że musiałam pójść do szpitala.
Jak to się stało? Najgorsze jest to, że wciąż obwiniam siebie, że może go prowokowałam, że ciągle coś od niego chciałam (odbierz dziecko z przedszkola, idź z nim do lekarza, nie pal, musimy oszczędzać, nie spotykaj się z tymi ludźmi bo sprowadzają cie na zła drogę - ale to naprawdę był margines...). Ale 10 miesięcy temu wyprowadziłam się z dziećmi z tego domu..do ojca. Nie muszę mówić jak było ciężko podjąć tą decyzję, ojciec też nie jest "święty" ale lepszy niż X. Przynajmniej nigdy mnie nie uderzył.
No i tak siedzę 10 miesięcy w zawieszeniu, boję się wystąpić o rozwód, miesiąc temu wystąpiłam tylko o alimenty bo już naprawdę prawie przymieramy głodem... I tak bajka zmieniła się w koszmar. Mąż nie chce mnie znać, powiedział, że to ja go opuściłam i do tego jeszcze zabrałam dzieci. Jak złożę o rozwód to mam zapomnieć, że dostane cokolwiek z majątku, alimenty, on zniknie i go nigdy nie znajdę a jego koledzy dopadną mnie na mieście... Żyje w lęku, nie potrafię normalnie funkcjonować, dzieci są też przygnębione bo widza że mama jest smutna..
Straciłam sens życia, chodzę do pracy tylko dlatego że wiem że mam dzieci na utrzymaniu. Mam niewielu znajomych ale każdy mówi - wszystko będzie lepsze od życia z nim. Ale czy napewno? Nie mam już sił, nie mam gdzie mieszkać, alimentów też jeszcze nie mam, nie ma mi kto pomóc przy dzieciach - nie mam rodzeństwa, kuzynostwo gdzieś daleko. Co ja mogę tym dzieciom zapewnić????
Czy mam wrócić? Nienawidzę X, ale dzieciom nic nigdy nie zrobił (jeśli nie licząc braku zainteresowania nimi). Mieszkam w jednym pokoju z dziećmi, ojciec sam ledwo wiąże koniec z końcem, ma zły wpływ na dzieci bo...jest zdegenerowany (język jakiego używa, brak higieny, na szczeście nie pije bo jest inwalidą i trudno mu sie poruszac..tak go zniszczył alkohol). Tam dzieci miały swoje pokoje i ojca - co prawda psychola, ale ojca. W każdym razie nie widzę perspektyw, ale jestem zbyt dumna by pójść do Domu Samotnej Matki. Oferowano mi taką pomoc, ale tam też pewnie dostane jakiś pokoik i talerz zupy..a co dalej??? Przecież tak nie mogę żyć, a jak mogę? Może ktoś ma jakiś pomysł co mogłabym zrobić?
Może terapia, a może rozwód...a może strzelic se w łeb! To miała być normalna rodzina, a wyszło jak zwykle. Co stało się z moim mężem? Hmmm...niestety on chyba zawsze taki był, tylko ja zaślepiona miłościa tego nie widziałam. Był zawsze agresywny, ale nigdy w stosunku do mnie. To było jeszcze przed ślubem, jakieś 10 lat temu - bójki na mieście, narkotyki...a ja postanowiłam, że go "uratuję", pomogłam znaleźć mu pracę (pisałam cv, szukałam ogłoszeń). Był mi wdzięczny, odcioł sie od starego towarzystwa. Pracował. Potem, gdy ja skończyłam studia wyjechaliśmy na trochę za granice żeby zarobic na ślub, mieszkanie. Pracował, nosił mnie na rękach i był naprawdę wspaniały. Ale agresywny też...tyle że wtedy uważałam że to nawet dobrze (głupia byłam, wiem!!) bo staje w mojej obronie, nikt mi nie zrobi krzywdy bo wszyscy sie go boją. Potem był ślub i dziecko...no i też ok, może jakoś super się nie angażował w opiekę nad małą ale robił zakupy, gotował. Stwiedziłam, że może się boi że to takie małe dziecko itd. Ale potem znów sie oddalił ode mnie, zaczął wychodzić i znów TOWARZYCHO spod ciemnej gwiazdy. Ale ja tego znów nie widziałam...w końcu facet musi się rozerwac, a ja przecież też miałam w głowie swój "piękny plan rodzinny". Wiec zdecydowałam sie (tak, ja!) na drugie dziecko. W domu było dużo pracy bo kupiliśmy ruderę do remontu, on pod pretekstem że coś robi ciagle wychodził po czym chlał, ćpał. Ja już byłam w ciąży.
Pod koniec ciaży pojechałam do teściowej bo źle sie czułam a drugie dziecko wymagało tez intensywnej opieki (miało 1,5 roku) więc stwierdziłam że tak bedzie lepiej bo teściowa mi pomoże. To był następny bład...on został sam. Po porodzie wróciłam już do "innego X". Ciągłe pretensje, zero pomocy, mówił: kredyt sobie płać sama, ja mam w d***e twoje plany bo ja żyje bez planu, ja nie chce zmarnować życia z tymi bachorami, mam prawo wyjść z kumplami, zarabiam i gów* cie obchodzi co robie z pieniędzmi itd. Przestaliśmy razem spać, ciagle tylko kłóciliśmy się, on wyrzucał rzeczy, tłukł talerze albo wrzucał mi do torebki śmieci i wystawiał mnie z tym za drzwi mówiąc "tyle mozesz ode mnie dostać". To był proces, który dawał niepokojące sygnały już wcześniej.
Co z tego, że teraz to wiem, ze powinnam zareagowac wczesniej...może chociaz moja historia bedzie przestrogą dla innych. Człowieka nie da sie zmienić jeśli jest "jakiś" to co najwyzej moze byc tylko gorzej, bo przychodzą kłopoty finansowe, dzieci, stres w pracy... On jest nieodpowiedzialny, zawsze taki był, a ja wzięłam wszystko na siebie a teraz mam pretensje do całego świata że zostałam sama... Ale co ja myślałam?! Dlatego czasem sobie myśle, ze może to jest moja kara za głupotę, naiwność która sie kierowałam. Tylko gdybym tą krę miała ponosić sama...ale beda ją ponosić tez dzieci i to do końca swojego życia. To ja wybrałama im takiego ojca, skończonego idiotę, nieudacznika i beszczelnego gnoja... Te ostre słowa to nie przesada...
No i dlaczego nie odejdę od niego? Panicznie boję sie samotności. Co z tym zrobić, jak stanać na nogi, czy mam szanse mieć normalne życie, poradzić sobie i być szczęśliwa?