Kilka miesięcy odeszłam z pracy w korporacji w Warszawie. Decyzję podjęłam w jednej chwili, bez dłuższego zastanowienia, chociaż myślałam już o tym od dawna, ale nie mogłam się zebrać na odwagę, żeby rzucić pewną posadę, bo potrzebowałam pieniędzy. Nie mam żadnej rodziny, tylko samych znajomych i małą grupę przyjaciół. Początkowo byłam pozytywnie nastawiona, byłam pewna, że z moim wykształceniem (ukończone 3 kierunki studiów), ponad 8 letnim doświadczeniem, dzięki temu, że jestem elastyczna, żadnej pracy się nie boję i mam znajomości szybko znajdę pracę. Rzeczywistość mnie jednak przerosła. Oszczędności dość szybko zaczęły topnieć - z czegoś przecież musiałam żyć i opłacać mieszkanie, kredyty. Wysyłałam CV wszędzie, gdzie się da; najpierw tam gdzie chciałabym pracować, po miesiącu wszędzie. Po dwóch miałam nawet rozmowę w KFC. Wiele osób mi mówiło, że mam zbyt wysokie kwalifikacje i nie mogą mnie zatrudnić. CV zmieniłam, wyrzucając z niego połowę doświadczenia i wykształcenia, co też niewiele dało. Potrzebowałam pracy na już, a mimo że mieszkałam w Warszawie (gdzie teoretycznie jest praca od ręki) nikt mnie nie chciał. Z pomocą przyszedł mój kolega, który powiedział, że może załatwić mi pracę i to od zaraz u swojego byłego szefa, bo kogoś takiego jak ja potrzebuje - jest tylko jeden warunek - muszę wyprowadzić się do małej mieściny na drugim końcu Polski. Pojechałam na drugi dzień na rozmowę kwalifikacyjną i zdecydowałam, że rzucam Warszawę. Spakowałam się przez weekend, przez internet załatwiłam sobie stancję i już w poniedziałek byłam w nowym miejscu zamieszkania.
Mieszkam już tu od trzech miesięcy i złapałam depresję. Nie potrafię się tu odnaleźć, wszystko jest takie inne... Czuję, jakbym cofnęła się o 15 lat, ludzie mają kompletnie inne pojęcie o życiu niż ja, nie są otwarci na zmiany, nie rozwijam się przy nich. W mieście nic nie ma, jedyną atrakcją jest Biedronka, a większe miasto 1,5 godz. jazdy ode mnie. Warszawa przyzwyczaiła mnie do innego trybu życia - kino co tydzień, teatr co najmniej raz w miesiącu, wypady za miasto i na miasto, komunikacja miejska na wyciągnięcie ręki o każdej porze, pełno ludzi na ulicy, anonimowość. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli - nie traktuję stolicy jako coś wspaniałego, a inne miasta jako coś gorszego - chodzi mi przede wszystkim o przyzwyczajenie się do pewnego rytmu życia i ludzi, którzy w Warszawie są dość specyficzni.
Już pierwszego dnia, mimo, że byłam przyjaźnie nastawiona, słyszałam kąśliwe uwagi: że co ja tu robię, że pewnie szybciej stąd wyjadę niż przyjechałam, że każdy stąd marzy o Warszawie, a ja nie wiem co zrobiłam (to szef im powiedział, że przyjeżdżam z Warszawy). Starałam się uprzejmie wytłumaczyć, że wyjazd z Wawy był moją świadomą decyzją i nie jest to dla mnie wyrok, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Dziewczyna, której do pomocy mnie zatrudniono, bo ma za dużo obowiązków; mimo że była miła, to wyraźnie mi powiedziała, żebym nie liczyła na to, że odbiorę jej pracę, bo ona na to nie pozwoli. Nigdy nie miałam takiego zamiaru, nawet przez myśl mi to nie przeszło - co jej powiedziałam, ale usłyszałam, że ona zna takie miastowe jak ja. Absolutnie się nie wywyższam z tego powodu, że mieszkałam w Warszawie, że mam większą wiedzę od niej (czego raczej nie okazuję). Najgorsze, że wynegocjowałam z szefem pewną stawkę, okazało się że jest to sporo więcej niż zarabiają w jego firmie. O tym ile zarabiam wiedzą wszyscy od szefa. Powiedziałam mu, że mi się to nie podoba i że w poprzednim miejscu pracy miałam nawet zapisaną w umowie klauzulę, że obowiązuje mnie w tej kwestii tajemnica. Zrobił wielkie oczy i powiedział, że to nie Warszawa i że to tutaj normalne, że takie sprawy nie są tajemnicą.
Nie znam tu nikogo, wszyscy znajomi są daleko, i mimo że często do siebie dzwonimy, to jednak nie to samo, co częste spotykanie się w pracy czy po pracy. Przez to wszystko mam depresję. Nie pozwala mi ona na normalne funkcjonowanie, jestem ciągle rozkojarzona, nie mogę praktycznie nic zapamiętać. Teraz jest czas, który powinnam wykorzystać na pokazanie się szefowi z jak najlepszej strony, tymczasem jest na odwrót. Czuję ogromną presję, że muszę dać z siebie wszystko, że nie chcę zawieść kolegi, który za mnie ręczył. Nie daję sobie rady z obowiązkami. Z pewnej siebie dziewczyny zagoniono mnie w kozi róg. Zmieniłam całkowicie branżę, uczę się wszystkiego od początku. Nikt nie chce mi nic wytłumaczyć, kąśliwie pytają: to nie miałaś tego na studiach? - notabene skończyłam zupełnie inne kierunki, które mogą mi pomóc w wykonywaniu obecnej pracy, ale na pewno mnie do niej nie przygotowały. Wszystko nadrabiam sama. Ponadto przerasta mnie to, że tutaj świat rządzi się prawami rodem z PRL: żeby załatwić coś w urzędzie (co też należy do moich obowiązków) trzeba iść z bombonierką, powołać się na znajomość z tym czy z tamtym; wypłatę dostaję do ręki, po kilkukrotnym przypominaniu szefowi; nie mam umowy, panie w sklepie są gorsze niż Kisielowa z M jak miłosć; wzbudzam ogólną sensację jako nowa w mieście, co mnie przytłacza. Tęsknię za Warszawą i za tamtym życiem
Cały czas rozsyłam CV z nadzieją, że ktoś da mi szansę. Nie mogę rzucić tej pracy, bo zostanę bez pieniędzy a nie ma mi kto pomóc. Najgorsze jest to, że już w siebie nie wierzę i jestem z tym sama
Może ktoś z Was był w podobnej sytuacji?