Cześć,
Mam 29 lat i chyba wielkie problemy psychiczne. Bo ślub za pasem, kredyt prawie w toku, a ja siedzę w stresie i nie wiem czy w ogóle tego chcę. Wkurzam się na siebie, że taka jestem i że tak to wszystko wygląda. Ale zacznę od początku..
Poznalismy się dwa lata temu. Z mojej strony nie była to wielka miłość. Ale podobało mi się, że on o mnie zabiega, podobał mi się fizycznie, coś iskrzyło. Mam za sobą kilka poważnych związków. W tym jeszcze jedno narzeczeństwo z facetem, który mnie gnębił psychicznie, wykorzystwał itd. Po nim pojawił się obecny narzeczony. Pomyślałam , że skoro ich już ich tylu miałam , to czas się zdecydować. I skoro z każdym sa jakies problemy to już niech ten zostanie z tymi problemami które teraz z nim są. Co za róznica jaki facet. No i tak sobie jesteśmy parą od prawie 2 lat. Nie mieszkamy razem i nigdy nie mieszkaliśmy. To mnie trochę martwi, ale moj facet nie chcial wynajmowac mieszkania bo szkoda pieniedzy. A ja w końcu pomyślałam, że a niech będzie że tak powiem po Bożemu. Mam masę obiekcji i obawiam się, że z każdym innym też bym miała. Czasem mi się wydaje, że ja chyba nie umiem kochać, jestem nastawiona anty, roszczeniowo, i wiecznie niezadowolona. Po prostu choćbym miała rycerza na białym koniu to i tka bym była niezadowolona. Tak mi się wydaje. I dlatego wiecznie się dąsam na tego mojego faceta. I w skrytości (czego się wstydzę i nie wiem co z tym począć) uważam go za gorszego, jakby niegodnego mnie. Bo ma on wady, niestety racjonalnie patrząc spore. Dużo pije, pali, dużo przeklina, jest ogólnie takim nerwowcem, nic by najchętniej nie robił, tylko siedział przed tv. Dość niesympatyczny ogólnie i taki mało otwarty do człowieka. Wszystko jest na nie, źle, głupie i beznadziejne. Wydaje mi sie, ze on ma ogromne kompleksy. Poczatkowo myslalam, ze on taki niesmialy itd. Ale przez 2 lata nic się nie zmieniło. I w związku z tym mam jego obraz taki o właśnie jak opisałam. I problem w tym, że ja nie wiem.. czy ja przesadzam. Obwiniam siebie, że jestem świnią, że tak go określam i krytykuję. Ale z drugiej strony myślę , ze skoro on wg mnie ma takie wady to czy z nim powinnam się wiązać? I z jakiś powodów jestem z nim już te dwa lata. Jestem bardzo pogubiona. Nie wiem co myślę i czuję. Obwiniam siebie, że sama go sobie obrzydziłam. A w życiu trzeba podchodzić z miłością do siebie nawzajem. I nie wiem doprawdy, czy ja wyolbrzymiam wszystko, czy to jest jednak rzeczywistość. Z każdym facetem z jakim byłam miałam takie poczucie, że stac mnie na kogoś lepszego. I pytanie.. Czy rzeczywiście ci delikwenci byli tak beznadziejni, ze mialam prawo tak myslec? Czy może ja jestem wiecznie niezadowoloną.. Wiem, że w zyciu wszystko zalezy od podejścia do życia. I również sobie zarzucam, że wszystko psuję. Zamiast się cieszyć, powiedzieć życiu i sobie TAK i iść do przodu.. To ja analizuję, odwlekam, boje się i krytykuję. nie wiem czy mnie rozumiecie o co chodzi? W skrócie to tak:
1. Jest facet i ja nie umiem określić czy go kocham czy nie i czy on jest dobry czy nie.
2. Jednocześnie wiem, że do wszystkiego trzeba mieć odpowiednie podejście i boję się, że jak będę zbyt krytyczna to przepuszczę każdą okazje ( dobra lub złą ). Bo wszystko negatywnym myśleniem oczernię i nie docenię.
3. Również boję się, że jak moje podejście będzie zbyt optymistyczne to przypuśćmy będę żyła z kimś totalnie beznadziejnym uważając że tak ma być i że tak jest dobrze.
4. A najbardziej chyba chodzi o to, że ja wiem, że jestem bardzo krytyczna i może by taką nie być to na siłę próbuję podejść optymistycznie do swojego niedopasowanego faceta? ( Jeszcze nigdy na to nie wpadłam, dopiero teraz )
5. A ślub za pasem. Kredyt wspólny też, a ja się wykończę..
najbardziej Już raz odkładałam ślub. Miał być w lutym. Nie moge ponownie odlozyc slubu, poza tym czuje sie jak idiotka z tym, ze w poniedzialek ide zalatwiac slub cywilny, a sie waham. Dlaczego to takie ciężkie wszystko ?
Codziennie chce mi się płakać, a powinnam chyba się cieszyć. Chociaż już kilka osob mi powiedziało, że ślub albo poród dziecka u ludzi wywołują skrajne uczucia i mój strach nie jest niczym złym. Co o tym sądzicie?