Witam. Mam problem, który polega na tym, że zupełnie nie wiem, czego chcę. W gimnazjum dobrze szło mi z matematyki, lubiłam ją, pewnego dnia oznajmiłam mamie, że idę na ekonomię. Odpowiedziała, że zwariowałam, nie będę po tym nic miała, muszę wybrać kierunek, po którym będę mieć dobrą pracę. Tak też, do liceum poszłam początkowo do klasy matematyczno-fizycznej, klasa była słaba, ale ci, którzy dobrze się uczyli, maturę zdali świetnie. Pod wpływ "bodźców z zewnątrz" zmieniłam klasę na biologiczno-chemiczną? Dlaczego? Wydawało mi się, że perspektywy po tym profilu będą lepsze, że mogę zostać lekarzem, a to już wiążę się z pieniędzmi i prestiżem. Rodzice oczywiście cieszyli się, że podjęłam taką decyzję, chodziłam na korepetycję, nie myślałam całkiem poważnie o medycynie, wiedząc, jak trudno się na nią dostać, bardziej pociągała mnie farmacja (statyczna praca, leki wydawały mi się całkiem interesujące), poza tym nie wiem, czy cokolwiek coś innego niż prestiż ciągnęło mnie w stronę tego kierunku.. Otoczenie bardzo wpływało na mnie, każdy chciał iść na lekarski, każdy mi mówił, jaki to nie jest świetny kierunek (najbardziej rodzice - " Po lekarskim będziesz kimś, będziesz mieć dużo większy szacunek wśród ludzi, a taki farmaceuta ?"). Przyszła pierwsza matura... nie poszła mi zbyt dobrze, od razu wiedziałam, że z lekarskiego nici, na farmację dostałam się we wrześniu. Od taty po wynikach usłyszałam, że moja kariera się jeszcze nie zaczęła, a już skończyła. Słowo w słowo.
Oczywiście, bardzo się załamałam, postawiłam sobie cel, że na medycynę się dostanę i nie ma w ogóle innej opcji, zostanę w domu, będę się uczyć do matury poprawkowej. Uczyłam się, zaczęłam w sierpniu, całymi dniami siedziałam nad biologią i chemią i nawet cieszyło mnie to, dużo się nauczyłam. W grudniu nastał kryzys-czułam się zmęczona psychicznie ciągłą nauką, nie układało mi się z chłopakiem, w styczniu nasz związek się zakończył, a ja zostałam w dołku. Miałam dosyć już tej nauki, zaczęłam myśleć, że i tak się nie uda, nic nie będzie z tego... Poznałam nowego chłopaka, zupełnie innego niż poprzedni, bardzo mnie wspierał i wspiera do dziś. Przyszedł czas matur. Bardzo się stresowałam tym wszystkim, ponieważ (jak już napisałam) byłam pewna, że i tak się nie dostanę. Poprawiłam jednak na tyle, że starczyło na styk, dostałam się na medycynę ! Rodzice byli przeszczęśliwi, zmienili znacznie swój stosunek do mnie, chodzili ciągle tacy zadowoleni. A ja? Też się cieszyłam, bo jakiś tam swój cel osiągnęłam, ale nie czułam, aby kręciło mnie to na maksa.
Poszłam na studia. Daleko od chłopaka, rodziców. Na początku było trudno w ogóle przyzwyczaić mi się do nowej sytuacji. Nie mogłam spać, jeść przez pierwsze dwa tygodnie. Od początku czułam, że coś jest nie tak, źle się czułam, nie chciało mi się specjalnie uczyć tego materiału, gdyż nie czułam zainteresowania nim. Gdy wracałam z zajęć, byłam koszmarnie zmęczona i szłam spać, często nie byłam w stanie niczego się już nauczyć w takim dniu. Z nauką nie dawałam rady, pierwsze terminy, potem drugie, trzecie... Poszłam do psychiatry, powiedziałam, że ciągle chce mi się spać, dostałam leki pobudzające. Morfologię też zrobiłam. Ale nie dałam rady psychicznie, po prostu, zrezygnowałam pod koniec semestru, miałam myśli samobójcze nawet.
Dopóki nie dostałam się na te studia, uważałam medycynę za coś wyjątkowego, kierunek dla Bogów. Jedyny kierunek, po którym mogę mieć tak świetną i dobrą pracę. Może to przez rodziców.. pewnie tak. Kiedy zaczęłam studia, zmieniłam całkowicie zdanie. Może faktycznie można mieć dobrą pracę po nim.. ale jakim kosztem? Tamtych studiów nie jest mi szkoda, ale zastanawiam się, co dalej.
Wróciłam do początków. Ponieważ lubiłam matematykę i nigdy nie miałam z nią problemów pomyślałam właśnie o studiach ekonomicznych. Najbardziej interesowałaby mnie informatyka i ekonometria. Ale tutaj znów boję się, czy sobie poradzę (z matematyką, bowiem realizowałam tylko podstawę w liceum). Na te studia nie ma wysokiego progu, więc z moją podstawową matmą spokojnie bym się dostała. Wiem, ze nie mozna tak myśleć. Jeśli chcę coś osiągnąć, muszę spróbować, nastawiać się, że dam radę, ale tamte studia podcięły mi skrzydła.
Druga opcja to kolejna próba z medycyną. Tym razem w inny mieście, w którym czuję się dobrze. Biorę to pod uwagę dlatego że wiem, ze mogłabym się tym razem czuć inaczej, a z drugiej strony, trochę żal mi tego kierunku. Dużo pracy w to włożyłam. Poza tym nie jest pewne nawet, czy bym się dostała - muszę teraz poprawić maturę o 2/3 punkty.
Nie wiem zupełnie, co robić w tej sytuacji. Do psychologa chodzę, mówi, że nie widzi mnie w roli lekarza (nie wiem, czy w ogóle powinien tak mówić
) ale cóż.
Co myślicie?