Strasznie się męczę i nie jestem pewna co tak naprawdę mam zrobić, albo boję się podjąć radykalne kroki i w końcu zamknąć ten rozdział życia. Tylko tu jest problem, ponieważ czuję i wiem, że ani on, ani ja nie jesteśmy do tego przekonani i tak naprawdę gotowi. Wszystko ładnie pięknie, ale rozum podpowiada już coś innego.
Ja mam 30 lat, on 35. To już 4 rok naszego związku, który jest bardzo burzliwy. Moim zdaniem po prostu nie potoczył się tak jak powinien i nabawiliśmy się przez to złych nawyków w stosunku do siebie, złych skojarzeń, reakcji. Pomimo tego, że bardzo dużo się kłócimy (totalnie o pierdoły) to wciąż mamy w stosunku do siebie bardzo dużo uczuć i zależy nam na sobie.
Tylko tutaj jest problem. Nie za bardzo radzimy sobie z emocjami, nasza miłość jest taka szarpana, niedojrzała, pomimo tylu lat zachowujemy się czasami jak dzieci. I to jest największy nasz problem, nie potrafimy tym związkiem tak pokierować, żeby było stabilnie. Za dużo jest jakiegoś podskórnego żalu, niespełnionych oczekiwań, rozczarowań.
Najśmieszniejsze jest to, że niektóre rzeczy przez te 4 lata udało nam się rozwiązać, że ten związek jednak jakoś idzie do przodu (widzę większe starania o to by być bardziej szczerym wobec siebie, mówić tylko prawdę, starać się dla tej drugiej osoby), ale jak już jedno naprawimy, to zalewa nas fala starych rzeczy, których nie przepracowaliśmy i czujemy się wtedy jakby wszystkie nasze wysiłki szły na marne. Dochodzi do awantury i sprawa pozałatwiana.
W tym momencie każdy z nas jest już bardzo osłabiony, nie widzi szans, że coś się zmieni w naszej relacji, jednak trudno nam się jest od tak rozstać, bo ta nadzieja wciąż jest i za każdym razem, kiedy mamy dobry okres to nas to napędza.
Nie wiem co z robić z tym rozstaniem. Nie układa nam się, lata lecą, a każdy chciałby sobie ułożyć spokojnie życie. To rozstanie musi być na siłę, bo uczucia wciąż są, wciąż nam na sobie zależy, ale nie potrafimy sami (nie jesteśmy w stanie) czegoś zmienić, aby było dobrze. Od 3 lat próbujemy (rozstawaliśmy się też w międzyczasie), ale nie wychodzi.
Czy jest dla nas jakiś ratunek? Czy rozstanie z rozsądku to jedyne wyjście? Chciałabym się rozstać i pójść w swoją stronę, ale jak mam zapomnieć o tym człowieku, jak wyciąć go ze swojego życia, jak sobie trochę tego nie wyobrażam.
Kiepsko się czuję z tego powodu. Aha, dodam jeszcze, że od pół roku jestem na terapii własnej. Ona dużo mi pomaga, ale osobiście. Nasz związek potrzebuje naprawy na już, a ja nie potrafię być na tyle mądra, on też. Błędne koło.