Witam, jestem tu nowa. Postanowiłam opowiedzieć historie mojego zycia.
Mam 23 lata i jestem nieszczesliwa. To wszystko za sprawą, mojej rodziny - mojej matki. Problemy trwały w czasie kiedy byłam dzieckiem. Gdy moj tato wyjechał za granice na jakis czas nie długi, zaczeła sie gehenna. Mama nigdy nie pomagała mi w nauce, a jesli jej potrzebowałam (nie byłam wybitnym uczniem powiedziałabym srednim) to nie mogłam niczego sie nauczyc poniewaz była tak znerwicowana ze nic nie rozumiałam z tłumaczenia mi matematyki. Wygladalo to mniej wiecej tak, ze targała mnie za wlosy jak czegos nie rozumiałam, a ja poprostu wtedy płakałam i sie cala trzesłam. Pewnego razu zwiałam z pod biurka uciekłam bez butow na ostrych kamieniach a ona mnie goniła i krzyczała "do lekcji" !. Do dzis nie rozumiem matmy i niestety chyba nigdy nie pojme tak czy inaczej skonczylam studia a mature z matmy zdalam za 2 razem dzieki swojej wytrwałosci:). Gdy mojego ojca nie bylo w domu, to bardzo sie balam z nia przebywac. Nie moglam wychodzic, spacerowac z kolezankami, nocowac u nich kompletnie nic.
Pozniej gdy minely czasy podstawowki i gimnazjum bylo jeszcze gorzej. Zaczelam dojrzewac przezywac swoje pierwsze milosci chyba normalna rzecz prawda? Miałam fajnego chlopaka kilku nawet ale ona nikogo nie tolerowała. Gdy z jednego spotkania z chlopakiem wrocilam pozniej (po szkole okolo godziny 19 wiosną) to dostalam takie lanie po rękach ramieniu że miałam siwe przez kilka dni. Gdy wieczor gdzies wychodzilam i wracalam o 22 albo pozniej to robiła mi awantury i zamykala drzwi do domu! To wszystko trwalo do lat 18, gdy skonczylam 18 przestała mnie bić i poniżac, dusić za szyje.
Po maturze poszłam na studia, na 1 roku mieszkałam w miescie w ktorym studiowałam odpoczełam psychicznie. Kolejne 2 lata dojezdzalam ale zylo mi sie lepiej bo nie spedzalam z nia zbyt wiele czasu. Po studiach wyjechałam ze swoim narzeczonym do stanow na 6mcy. To był moj najlepszy okres w zyciu - praca, ukochana osoba przy boku, brak matki ciagle narzekającej i smutnej. Pare miesiecy temu wrocilam i teraz jest tragicznie.
Gdy skonczylam okres nauki ( nie poszłam na mgr ) to zaczelo sie robic zle nawet bardzo. Wrocilismy z tych stanow i teraz pytanie co dalej? Mieszkam na wsi, zadnych tu perspektyw wiec juz z przyzywczajenia nic nie robie.. W ciagu tych paru miesiecy naprawde jest ze mną gorzej. Na poczatku szukalam pracy - teraz to juz nawet nie chce mi sie kliknac w komputer zeby wyslac CV. Nigdzie nie wychodze, nie mam przyjaciol ani znajomych. Jestem w domu caly czas, tylko czytam ksiazki albo leze w lozku i czekam az przyjdzie ten wyczekiwany wieczor i noc. Ciagle boli mnie glowa, jestem przygnebiona, nie usmiecham sie wcale.. Odwiedzam tylko mojego narzeczonego albo on mnie. Nie nocuje u neigo ani on u mnie, moja mama by dostala wtedy szału.. I wracam do domu wczesnie bo boje sie co mnie w przypadku gdym wrocila po polnocy np. Od miesiaca mam mysli samobojcze, ze chcialabym skonczyc z tym wszystkim olać to wszystko, po prostu odpłynąc. Juz mam dosyc wiezienia psychicznego domowego, dosyc mam kontrolowania, jej narzekania, smutku i wszystkiego. Juz mi naprawde nie zalezy na tym, dlaczego jestem tak obojetna na zycie?
Teraz kilka słów o mojej mamie. Jest po 50-tce bardzo energiczna kobieta, rzadzi w domu ona nie ojciec. Wydaje mi sie ze choruje na nerwice jest zestresowana ciagle mam na mysli CAŁY CZAS. Nie wiem ale wynika to chyba z tego ze od 30 lat uzera sie z moim starszym bratem, który nie jest do konca sprawny i musi go "pilnowac" bo ma problem z alkoholem. Jest z tym wszystkim sama, bo moj tato nie jest typem czlowieka ktory by sie przejmował, on nie reaguje - idzie do pracy, nie musi sluchac krzykow wrzaskow ani niczego innego.. A jak ma wolne to juz zajmuje sie swoimi sprawami. Moja mama nie jest zla osobą, to co przeszla nie bylo latwe i nikt ja przeciez nie wspierał (chociaz wtedy mnie nie bylo na swiecie wiec do konca nie wiem jak to bylo). Sprzata idealnie piecze i gotuje idealnie i smacznie dba o meza i o "dzieci" i inne domowe obowiazki (nie pracowała zawodowo ze wzgledu na chorobe brata). Nie ma u mnie w domu pijanstwa i tym podobnych rzeczy.
Pisze tu zeby sie wygadac, bo nie mam do kogo. Moj dom jest dla mnie toksyczny i moja rodzina dla mnie rowniez. Nie ma normalnej rozmowy a jak juz jest to krzyki. Jest wiecznie nie zadowolona i przygnebiona, nabuzowana, niezadowolona z zycia. A ja nie chce juz na to patrzec nie chce tak zyc. Zabrala mi mlodosc i dziecinstwo zabraniajac mi wszystkiego. Nigdy nie powiedziala kocham ani nie przytuliła ![]()
Teraz ja jestem osobą ktora nie potrafi sobie w zyciu poradzic, a jesli juz mam jakis pomysł to on szybko gasnie. Nadal jestem zalezna od rodzicow, jestem dojrzala ale nie umiem byc dorosła. Tak bardzo zle mi z tego powodu jak mnie traktowała, teraz ja przez te lata krzykow nie umiem sobie sama poradzic ze sobą a co dopiero z zyciem. Kiedys bylam wesola, energiczna kochajaca zycie a teraz? Smutek, zlosc, moze nerwica, moze depresja totalny bezsens, brak wiary w siebie. Moj facet mnie wspiera, ale ja nawet dla niego nie mam ochoty zyc.
A ja? Jestem dobrym dzieckiem. Nie miałam problemow z alkoholem nawet wcale nie pije, brak papierosow lub innych uzywek. Nie nalezalam nigdy do trudnej mlodziezy, nie mialam problemow w szkole, wcale nie bylo ze mna problemow. Teraz jako dorosla osoba, nie pomagam jej. Dlaczego? Bo ona krzyczy, ciagle krzyczy..
Wiem, że ludzie mają wieksze problemy w zyciu ale moj problem jest wlasnie taki. Dzis dzien Matki a ja z przymusu dam jej te czekoladki bez wyrazow szacunku, przykro mi ale poprostu cos sie we mnie wypaliło.
Dziękuje za uwage
Pozdrawiam E.