Witam, mam 24 lata jestem prawosławny i spotykałem się z katolicką dziewczyną.
Cała akcja toczyła się przez 1,5 roku będzie dość długo.
W styczniu tamtego roku spotykałem się z katoliczką, "związkiem" tego bym nie nazwał dużo fizyczności, ale brak jakiegokolwiek emocjonalnego wsparcia. Zerwałem z nią/ rozstaliśmy się po okresie około 2 mieszący, a ja stwierdziłem, że poszukam teraz Prawosławnej dziewczyny.
Zacząłem chodzić na białoruskie imprezy, gdzie przychodzą przede wszystkim osoby wiadomego wyznania. Poznałem dziewczynę z błyskiem w oku i szerokim uśmiechem. Rozmawialiśmy, studiowała jeden z ciekawszych kierunków na Politechnice, wiedziałem z jakiej miejscowości pochodziła, jak ma na imię. Nie podała mi jednak swojego numeru.
Po około miesiącu, i namowach mojego przyjaciela staliśmy pod drzwiami sali w którym ma zajęcia i czekaliśmy na wyimaginowanego kolegę Andrzeja. Wyszła i powiedziała tylko "Cześć". Spodziewałem się innego rozwoju sytuacji.
Gdy wróciłem do domu, czekało na mnie zaproszenie na facebooku:)
POCZĄTEK ZWIĄZKU
Jak łatwo się domyśleć zaczęliśmy się spotykać. Gdy wyszedł temat wiary, okazało się, że jest katoliczką(o ironio), ale stwierdziła, że "nie stanowi to problemu". Spotykaliśmy się coraz częściej, była naprawdę inteligentna, atrakcyjna i uczuciowa. Szybko stworzyliśmy związek. Widać było, że bardzo nas do siebie ciągnie - chemia. Związek to był po prostu OGIEŃ, dużo rozmów, fizyczności. Gdy byłem na pierwszym roku studiów, moja znajoma przeżywała coś podobnego. Myślałem, że nigdy mi się to nie przydarzy. Można by rzec, że miałem dziewczynę idealną. Spędziliśmy razem moje urodziny, poznała moich rodziców. Idealne 2 miesiące. Potrafiliśmy cieszyć się z drobnych chwil spędzanych razem i rozmawiać o wszystkim. Dużo zajęć na uczelni, mało snu, każda wolna chwila spędzana razem. Kiedyś obudziłem się rano, leżała w pogniecionej koszulce, z rozczochranymi włosami, zero makijażu. A ja poczułem, że to mi nie przeszkadza, i mógłbym budzić się zawsze obok niej, trochę wcześnie prawda?
Sytuacja trochę zaczęła się psuć, gdy skończył się rok akademicki. Ona wróciła do siebie do miejscowości, a ja pojechałem na wieś pomagać rodzicom. Ale jak dwojga ludziom zależy to wszystko można naprawić/ przeżyć. Spotykaliśmy się w mieście akademickim, a później był wspólny wypad nad wodę ![]()
Po pewnym czasie pokłóciliśmy się o jakąś drobnostkę, a później wyszedł temat wiary.
To był jedyny temat, który stał na przeszkodzie, wszystko inne było do przejścia. Może to głupie, ale po 3 miesiącach związku zaczęliśmy rozmawiać o dzieciach, ona powiedziała że według niej rodzina to ona mąż i dzieci, które chodzą co tydzień do kościoła. Ja miałem odmienne zdanie.
Było dużo płaczu smutku, rozstaliśmy się. Wydawało mi się to jedynym rozsądnym wyjściem. Jakakolwiek inna decyzja spowodowałaby, że ktoś z nas będzie nieszczęśliwy, i to nie na chwile, ale do końca życia. Niby człowiek zdał dobrze maturę, a jak przychodzi co do czego, to nie wiadomo co zrobić.
Następnego dnia próba pogodzenia się, jakieś próby przeciągania na drugą stronę. Z moich ust pada pierwszy raz w życiu "Kocham Cię", - " Ja Ciebie też". Jest coraz gorzej. Ja sobie nie radzę, ona również. Każdy idzie w swoją stronę Moja mama pyta czy "ona jest w ciąży?".
KONIEC ZWIĄZKU
Utrzymujemy kontakt, nie potrafię przestać z dnia na dzień przestać kogoś darzyć uczuciem. Siedzę smutny na wsi, a ona z przyjaciółmi w domu. Spotykamy się raz na jakiś czas. Oglądamy filmy, parę razy się na siebie rzucamy i całujemy. Kończy się na tym że leżymy na łóżku trzymamy się za ręce i patrzymy w oczy.
Ona wpada w depresję, słabo się odżywia , zaczyna mieć problemy zdrowotne. Moja mama załatwia jej miejsce na oddziale, poznaje jej mamę - DZIWNA SYTUACJA. Odwiedzam ją w szpitalu, to moja wina, oglądamy filmy.
Wraca do domu, zaczynają się studia. Ograniczamy kontakt z wiadomych przyczyn. Próbujemy sobie jakoś poradzić, ale nie jest to łatwe. Mówi mi, że utrzymuje kontakt z jednym ze swoich znajomych. Że ją pociesze, i że spędzają dużo czasu razem. Serce mi krwawi, ale mówię "Może powinnaś się z nim zacząć spotykać ", -"nie podoba mi się". W lutym mówi mi, że jej brakuje kogoś kogo może przytulić, chce powiedzieć dokładnie to samo. Nie potrafię o niej zapomnieć, noszę jej zdjęcie w portfelu a na telefonie wspólne zdjęcia. Nie potrafię sobie wyobrazić, siebie za 5 lat bez niej. Spotykam dziewczyny, katoliczki i prawosławne, żadna nie potrafi mnie zaciekawić.
Jest koniec Maja, minęły moje urodziny. Nie zadzwoniła, napisała pretensjonalną wiadomość. Wstawiła zdjęcie z "pocieszycielem" na facebook. Piszę do niej, że jednak musimy zerwać kontakt, bo ja jestem zawieszony w martwym punkcie. Spotykamy się i rozmawiamy. Jest w związku.Jak głupi myślałem, ze to może jeszcze jakoś się ułozyć. Chyba za mocno naoglądałem się "One Day". Myślę, że za jakiś czas wyjdzie za mąż za "pocieszyciela".
EPILOG
Stałem się facetem z których zawsze się smiałem, zawieszony w matwym punkcie. Cieszę się, że jest szczęśliwa, ale ja jakoś nie potrafię być.
Boję się, że to może ona była miłością mojego życia i że popełniłem błąd.
Boję się, że będę z dziewczyna tylko dlatego że jest prawosławna, a nie dlatego jaka jest.
Boję się, że będę z kimś bo jest w sumie OK, i nie poczuję nigdy więcej tego OGNIA.