Opisze krotko moja historie.
12 lat temu jako wtedy 19-latka zaszłam w ciaze. Probowalam ulozyc sobie zycie z ojcem mojego dziecka ale nie był on na to gotowy. Pol roku po narodzinach mojego dziecka a rok po wspólnym mieszkaniu rozstaliśmy sie.
Kiedy mieszkaliśmy razem on stednio interesował sie i mna i dzieckiem. Pracował raz tu raz tam ale oddawał dla dziecka pieniadze dopieto po spełnieniu swoich potrzeb jak papierosy, ciuchy czy imprezy. Z dzieckiem spędzał mało czasu. Ani razu nie nakarmił, ani razu nie przewinął. Do lekarza woził nad moj ojciec.
Od czasu rozstania do skończenia przez dziecko 4 lat przyjeżdżał sporadycznie. Na poczatku dosc regularnie, potem co raz rzadziej.
Miał zasadzone alimenty w wysokosci 300 zł oraz widzenia raz na dwa tygodnie u nas na dwie godziny. Widzeń nigdy mu jakos szczegolnie nie regulowałam - pozwalałam przyjeżdzać kiedy ma czas. Płacił na poczatku regularnie potem co raz mniej. Nie kupił dziecku nigdy nic na urodziny czy gwiazdkę.
Kiedy dziecko miało 4 lata przepadł jak kamień w wodę. O tym ze zyje świadczyły tylko wpłaty od komornika od czasu do czasu. Raz na 2-3 miesiace po 100-150 zł.
Pol roku temu zaczelam miec problemy z moim juz nastolatkiem i trafiliśmy do psychologa. Stwierdził ze to dorastanie i bunt oraz to ze wini mnie za brak kontaktu z ojcem.
Co jest bzdura bo nigdy im widzeń nie utrudniając.
Chcąc byc jednak ok odnalazłam ojca i poprosiłam o spotkanie z dzieckiem.
Spotkali sie raz. Od tamtej pory dziecko nie chce juz twierdząc ze "ojciec jest głupi i nie interesował sie tyle lat" wiec .....
Probowalam delikatnie przekonac dziecko do kontaktow ale nic z tego.
Ojciec jakis czas dzwonił pytac czy zmienil zdanie. Kiedy podpowiadałem mu ze ma zaprosić dziecko w jakies ciekawe miejsce ktore lubi ze wskazaniem gdzie lub wspominałam o zwyczajnie przekupstwie czyli prezencie nie podejmował inicjatywy.
Zdażyło sie tak tez ze znalazłam sie w trudnej sytuacji i nie było mie chwilowo stac na opłacenie wycieczki dla dziecka. Poprosiłam zeby sie ojciec dziecka ze mna złożył. Odmówił twierdząc ze dziecko mieszka ze mna i to moj obowiązek.
Kiedy powiedziałam mu ze nie moj i jakie sa jego obowiązki względem dziecka urywam kontakt zupełnie.
I teraz moje pytanie: czy ja powinnam sie starać o podwyższenie i egzekucje alimentów. Bo kwota 300 zł jest śmieszna a i tak nie płacona . Nadal płaci ok 120 zł na dwa miesiace.
Moje dziecko z powodu swojej choroby wymaga częstych terapii.
Ja pracuje ciezko. Nie zarabiam najniższej krajowej i jakos sobie radzimy.
Jednak ktos zwrócił mi uwage ostatnio ze tym ze nie walcze o podwyżkę i egzekucje alimentów pokazuje ze olewam moje dziecko. Ze obniżam mu standard zycia z powodu mojego niechlujstwa. Ze nawet teraz jak sie nie uda egzekucja tych pieniedzy to to jest cos co jej sie nalezy i moze o to walczyć w przyszlosci.
Co o tym myslicie?