Hej. Piszę tutaj, bo chciałabym przeczytać jakieś obiektywne opinie na temat tego, co dzieje się w moim związku. Nie do końca potrafię powiedzieć, czy to ja wydziwiam, czy rzeczywiście coś nie jest do końca w porządku.
Jesteśmy razem jakieś 4 lata i problemy o których będę pisać "występowały" od samego początku naszej znajomości, tyle, że, oczywiście, nie zwracałam na nie uwagi. Jedną sprawą jest to, że trudno mi złapać jakieś głębsze porozumienie z moim partnerem. Świetnie nam się rozmawia o drobiazgach, nie brakuje nam tematów, ale on, jeśli nie jest przyparty do muru nie poruszy żadnego tematu, który wychodzi poza samochody i standardowe "co będzie na obiad?". Nie rozmawiamy o przyszłości (kurczę, to jest coś, czym ja naprawdę chciałabym się cieszyć, planować... niby jak sama zacznę to cośtam powie, ale ile można kogoś zmuszać?), o problemach w związku (znowu - oprócz rozmów, które ja zaczynam). On nawet nie potrafi powiedzieć, że robi coś dla mnie (przecież pomyślę, że się chwali). Zrobił mi ostatnio mały, planowany wcześniej remont w mieszkaniu, kiedy mnie nie było jakiś czas. Dowiedziałam się o tym przyjeżdżając do domu i widząc, że nie ma ściany. I nadal żadnego "Zrobiłem Ci remont, cieszysz się?". Jak dostaję kwiatka to zazwyczaj nie do ręki, tylko stoi w wazonie, albo leży przed drzwiami. O tym, że chciałby w końcu, po dwuletnich chyba namowach, zamieszkać ze mną, dowiedziałam się, kiedy zaczęłam rozmowę o tym, że chciałabym, żeby więcej ze mną rozmawiał. "No, bo właśnie miałem Ci powiedzieć - w sumie to moglibyśmy zamieszkać razem. ALE jeszcze nie teraz.". Tyle. Od tego czasu minął chyba miesiąc i kwestia nie wypłynęła. Podejrzewam, że już się nie pojawi z jego strony. Ja naprawdę nie wiem, czy jestem kapryśna i wymagająca, czy rzeczywiście trudno się cieszyć z w ten sposób przedstawionej propozycji. Czasami mam wrażenie, że jeśli kiedyś będzie chciał mi się oświadczyć, to zaczeka aż sama o to zapytam, albo zostawi pierścionek pod drzwiami i będzie czekał aż sama się odezwę i odpowiem. Najlepiej mailem.
Tutaj zresztą dochodzimy do drugiej sprawy. Bo, o ile świetnie nam się razem spędza czas, mamy dużo zajęć, które wykonujemy razem, wyjeżdżamy gdzieś, wychodzimy, seks też jest dobry, to ja czuję jakiś taki straszny niedosyt. Bo to wszystko to są rzeczy, które nam obojgu sprawiają przyjemność i po prostu je robimy - to normalne. Więc może to banalne, ale ja potrzebuję być adorowana. Potrzebuję, żeby ktoś o mnie dbał, żeby ktoś zaplanował czasami coś tylko po to, żeby zrobić mi przyjemność. Kierując się zasadą, że mężczyzna jest prostym stworzeniem, poprosiłam go, żeby kiedyś może na przykład przygotował dla mnie kolację, jakoś zorganizował coś dla mnie, nie musi gotować, wystarczy, że coś zaplanuje. Oczywiście, pewnie, bardzo chętnie, w sumie to sam bym to zrobił, itd. Zrobił mi tę kolację. Ugotował nawet. Kiedy wracałam o 23 z podróży, bez żadnej zapowiedzi, dostałam talerz z makaronem na kanapę, bez żadnego komentarza, tyle tylko, ile mi nałożyć. A 10 minut później sprzątnęłam resztki do lodówki i umyłam naczynia. Mój wymarzony wieczór. Nie wiem, dla mnie to normalne, że jak ktoś wraca po całym dniu jazdy autem, po tygodniu nieobecności, do mieszkania z pustą lodówką, to mu się coś przygotowuje. Natomiast mojemu partnerowi nie przyszłoby to nawet do głowy. Z drugiej strony ja widzę, że on się stara. Na swój prosty, niewyszukany sposób. Mówi mi, że mu się podobam. Tyle zapamiętał z rozmów o docenianiu, żeby mówił, że mu się podobam. No i mówi. A mi już się nie chce słuchać tego wymuszonego, ustandaryzowanego komentarza.
Gwoli wyjaśnienia jeszcze. Po pierwsze - to jest dobry chłopak. Mogę na niego liczyć, jeśli coś się sypie i poproszę go wprost o pomoc, wtedy nie ma wymówek, nie ma sprawy. Zresztą nawet sam stara się być pomocny w takich codziennych sprawach jak jakaś naprawa w aucie itp (ale to też właśnie bez słowa komentarza, sama muszę zauważyć, że zrobił, bo nawet nie będę wiedzieć). Po drugie - ja z nim rozmawiam. Dużo. Wałkowaliśmy te wszystkie tematy nie raz i nie dwa. Zawsze (no, prawie) w spokojny sposób i możliwie bez pretensji. Zazwyczaj otrzymuję odpowiedź, że oczywiście, mam prawo się czuć niedoceniona, że on faktycznie jest nie w porządku, nie stara się dla mnie, sam też się źle z tym czuje. I na tym się kończy. Nie ma nawet żadnej deklaracji, że może postara się coś zmienić (chyba, że się o nią upomnę).
Początki związku były podobne, ale wiadomo -w ferworze hormonów człowiek sobie dopowiada co trzeba, żeby sobie wykreować w głowie związek o jakim marzy. Ale jak minie tych parę lat, to zaczyna się zastanawiać, czy to co on sobie dopowiada jest prawdziwe. Ja nadal wierzę, że jemu na mnie bardzo zależy, tylko nie potrafi tego okazać. Po zrobieniu tej kolacji cieszył się jak dziecko, jak mi smakowało. Wydaje mi się, że on emocjonalnie jest bardzo niedojrzały, nie ma empatii, nie myśli o tym co czują inni ludzie, a nawet jeśli się zastanawia to nie potrafi tego wyczuć. Ale to nie zmienia moich potrzeb, ja mogę sobie wmówić, że on przecież o mnie myśli, ale jak mnie najdą wątpliwości, czy to prawda, to już nikt mi na to nie odpowie. Czuję się niepewnie z kimś, kto ukrywa się za jakimś grubym murem, nie rozmawia ze mną o przyszłości, nie cieszy się nią, nie zabiega o mnie, nie rozmawia ze mną...
Szczerze mówiąc, po prostu nie wiem, co mam robić. Znalazłam osobę z którą naprawdę fajnie się dogaduję, spędzam czas, która mnie kocha i której na mnie zależy, tak naprawdę wiem o tym. Ale ostatnio, mimo tego wszystkiego, codzienność składa się z ciągów rozczarowań, że on tego, czy tamtego nie powiedział, czegośtam nie zrobił, o czymś nie pomyślał. Myślę, że doszłam już do tego miejsca, gdzie wiem, że to nie jest kwestia jego zaangażowania, tylko charakteru i w związku z tym, nie jest to rzecz, którą można zmienić. Ale może ja mogę jakoś nauczyć się to akceptować? Może po prostu mam za niskie poczucie własnej wartości i dlatego potrzebuję jego adoracji? Może muszę sama sobie ze sobą poradzić i wtedy będę też szczęśliwa w związku?