Witam
Mam 25 lat, jestem z dziewczyna o 8 lat mlodsza. Od poczatku wszyscy zgodnie twierdzili, ze to nie ma szans sie udac, ale jestem czlowiekiem, ktoremu takie slowa sa jak mlyn na wode. Jest to pierwsza dziewczyna, ktorej powiedzialem, ze ja kocham, poniewaz czulem, ze nie sa to puste slowa a szczera prawda. Jednoczesnie jest to pierwsza dziewczyna, od ktorej rowniez usluszalem, ze mnie kocha. Uznalem, ze jest to cos wyjatkowego, czego nie wolno nam zepsuc.
Drugim, po roznicy wieku problemie, ktory z poczatku wydawal sie byc czyms nowym, ekscytujacym, jest fakt, iz zwiazek ten jest na odleglosc. W ciagu roku widzielismy sie gora 12 razy, w odstepach czasowych okolo 2 miesiace. Pewne jest, ze Ona za 2 lata przeprowadzi sie zeby studiowac, ja mam wlasne mieszkanie, sa jakies przeslanki ku temu aby przetrwac ten trudny czas, poniewaz zmierzamy we wspolnym kierunku.
Trzeci problem jest taki, ze jest to dziewczyna, ktora od 6-7 lat wychowuje sie bez ojca. Rodzice rozwiedli sie, obecnie ojciec odwiedza ja lub zabiera do siebie na weekendy, raz w miesiacu. Dziewczyna nie jest pewna siebie, czesto kloci sie z matka. Mimo, ze jest bardzo ladna, szczupla nie daje sobie nawet zrobic zdjecia. Denerwuja ja komplementy. Czesto zali mi sie, ze znajomi robia jej przykrosci co tlumacze jej, ze musza byc o cos zazdrosni co robisz lub masz lepsze od nich.
Od poczatku wiedzialem, ze nie bedzie latwo. Jednak wszystkie logiczne argumenty uległy pod jej urokiem, poczatkowym zaangazowaniem i mlodzienczym entuzjazmem. Dodatkowo znalem ja juz jako dziecko 4-5 letnie, znam jej rodzicow, dziadkow, maja o mnie dobre zdanie, chetnie zapraszaja mnie do siebie. Dziewczyna ma przed soba przyszlosc, jest z domu w ktorym nic nie brakuje (poza ojcem). Zakochalem sie jak glupi, widze w niej kobiete jakiej zawsze pragnalem.
Bajka skonczyla sie nagle, niemal rok od momentu, w ktorym zakochalismy sie w sobie. Ostatnia rozmowa skonczyla sie wbiciem mi kilku nozy prosto w serce, uswiadamiajac, ze to wszystko byla fikcja. Najbardziej zabolalo:
- pomylilam sie, wcale Cie nie kocham
- jestes inny niz sobie Ciebie wyobrazalam, kiedy jeszcze tylko pisalismy na facebooku
- teraz rozmawiamy coraz mniej niz na poczatku (owszem, w wakacje mozna bylo pisac wiecej a ja nie dopuszcze zeby przeze mnie opuscila sie w nauce, odizolowala od znajomych czy wstawala rano niewyspana na zajecia, przeszlismy na rozmowy przez telefon w weekendy)
- meczy mnie ten zwiazek, nie jestem szczesliwa tylko tesknie i placze
- nie doroslam do takiego zwiazku
- kolezanki chca dla mnie dobrze (kolezanki, ktore maja siano w glowie i mowia jej "rob jak uwazasz" co wg mnie oznacza "nie wiemy jak Ci pomoc" lub "nie nasz problem")
Mimo moich zapewnien o wlasnych uczuciach, powaznych planach na przyszlosc Jej opor tylko rosl. Nie zgodzilem sie na rozstanie i po kilku rozmowach jednak wywalczylem kompromis. Przerwa w zwiazku... na pol roku. Powiedzialem w ostatnich slowach, ze dam jej tyle czasu ile potrzebuje i obiecuje, ze nigdy jej nie zostawie, bede na nia czekal. Zgodzilem sie na pol roku, wiedzac ze i tak odezwe sie wczesniej, w obawie, ze uczucie po takim czasie moze wygasnac.
Jakbym mial malo zmartwien, 2 dni pozniej, juz po powrocie do domu uleglem wypadkowi. Jestem unieruchomiony przez pol roku (o ironio). Ona o tym wie, poniewaz dzwonilem ze szpitala, jednak od 2 tygodni nie odezwala sie ani slowem. Brakuje mi jej obecnie do szescianu, nie spie, zdarza mi sie plakac co jest dosc egzotycznym dla mnie zjawiskiem. W miedzy czasie przeszedlem zalamanie nerwowe, ze nie moge sie niczym zajac, zeby nie myslec o niej i zeby czas mi sie nie dluzyl. Napisalem dla niej nawet wiersz, mimo, ze z j. polskiego w szkole zawsze bylem kiepski (planuje wreczyc go Jej, jak sie spotkamy). Dopiero w wieku 25 lat zaczalem z mama rozmawiac o sprawach sercowych, chociaz zawsze mialem z nia dobry kontakt. Po prostu swiat stanal mi na glowie.
Jestem bardzo zdeterminowany, zeby ratowac ten zwiazek, choc nie do konca wiem jak. Czy problemem jest jej zbyt mlody wiek i lek przed powaznym zwiazkiem, czy to, ze wychowywala sie bez ojca i jest w zwiazku z tym niestabilna emocjonalnie. Czy moze zwiazki na odleglosc nie maja sensu, pomimo tak ogromnego zaangazowania z mojej strony. Chcialbym przynajmniej moc chronic ja przed ludzmi, ktorzy moga chciec ja skrzywdzic wykorzystujac jej problemy z emocjami. Nie darowalbym sobie, gdyby pod moja nieobecnosc ktos zrobil jej cos zlego. W jakims sensie czuje sie za nia odpwiedzialny.
Sam niestety tez bardzo cierpie i z tego wszystkiego dzisiaj nie wytrzymalem i napisalem do Niej, ze dosc tego katowania, potrzebuje z nia porozmawiac. Na razie cisza...
Dziekuje z gory za wszystkie porady co mam robic w tej sytuacji. Na razie odpada rozmowa w cztery oczy, dopoki nie wylize sie po wypadku.