Witajcie,
założyłam konto na tym portalu, aby sobie jakoś pomóc i może poszukać trochę zrozumienia. Moja historia jest bardzo zawiła, mam wrażenie, że w pewnym sensie jest swego rodzaju ironią i paradoksem. Obecnie jestem w takim momencie życia, że modlę się do Boga aby mnie stąd zabrał, bo nie ma sensu abym żyła. W krótkim okresie czasu doznałam wiele nieszczęść, wśród których nie było pokrycia w chwilach radosnych, nie było tej równowagi. Zacznę od tego, że we wrześniu skończyłam studia mgr, z wynikiem bardzo dobrym UW itd. I cóż mi po tym jak do tej pory nie mogę znaleźć pracy na umowę. Tułam się to tu to tam, każdy mi coś obiecuje (nawet kierownicy, szefowie), że jeśli znajdą się pieniądze to na pewno się odezwą. Piękne słowa, jak do tej pory to tylko słowa. Kolejna sprawa to sytuacja domowa - mam chorą mamę. Choruje na chorobę autoimmunologiczną, nieuleczalną, która dotknęła jej układ nerwowy. Jest na rencie, siedzi całe dnie w domu. Skarży się, że nie może chodzić, że boli. Choć jest w stanie umyć kilka okien i poodkurzać piętro naszego domu. Tata również siedzi w domu, tu pracuje. Ewidentnie znaleźli sobie we mnie tanią siłę roboczą. Codziennie robię zakupy, dźwigam siaty. Nie słyszę dziękuję, a jedynie dziwne uwagi. Ostatnio wróciłam ze szkolenia, drobne rzeczy zakupiłam, a mama pyta czy nie kupiłam jej ulubionych ciastek. Byłam wściekła. Powiedziałam, zeby już nic nie mówiła. To ona jak zwykle ostatnio zaczyna w takich momentach płakać i mówić "jak Ty się zachowujesz, nic już nie będę mówić. Ja nie wiem kto tu potrzebuje leczenia, ale na pewno nie ja!". Najśmieszniejsze jest to, że ona w tym samym dniu miała lekarza i sama je mogła sobie kupić. W konsekwencji kupiła. Wszelkie moje próby buntu kończą się w/w sposób. Nie jestem wyrodną córką staram się jak mogę, ale ja też potrzebuję wsparcia, ale na rodziców nie mogę liczyć. Mama będzie się ze mną licytować, że to ona ma gorzej. Tata hmm typ człowieka, który raczej nie widzi problemu.
Czasem myślę, że może próba samobójcza byłaby takim zwróceniem uwagi na siebie, na to, że "hello, ja też tu jestem i mam uczucia". Wiem o tym temacie sporo, bo pisałam na ten temat prace dyplomowe - ot taki paradoks.
Kolejna sprawa to płeć przeciwna. W tym względzie moje życie to chyba porażka. W lutym tego roku zmarł mój kolega, przyjaciel, z którym mogłabym być najszczęśliwszą osobą na świecie, gdybym nie związała się z młodszym ode mnie "szczylem". Wiem, że nie ma co wracać do przeszłości, ale w tym wypadku to jest silniejsze ode mnie. Bo jak wytłumaczyć to, że po śmierci tegoż przyjaciela, wszystko się posypało: mój 3-letni związek, brak dogadania z rodzicami. W dodatku straciłam motywację w sens szukania pracy, bo przypomina mi się on, który wyjechał za granicę (namawiał mnie abym do niego dołączyła) harował tam i co jeśli w wieku 28 lat stracił życie. Wokół mnie giną sami młodzi ludzie, a ja nie chcę mieć życia jak moi rodzice. Wyłączeni z jakiegokolwiek życia społecznego. Zapomniałam dodać, że on mieszkał o 60 km ode mnie, co było niejako (choć mało znaczącym) powodem tego, że nie pomyśleliśmy o związku, tzn ja, on był zakochany. Teraz widzę go regularnie co którąś noc, kiedy jadę w stronę jego miejscowości, lub widzę samochód z rejestracją tamtejszą mam w oczach łzy. Nie umiem sobie poradzić z tą żałobą. Dlatego co noc wołam do Boga, aby mnie stąd zabrał, bo brakuje mi sił aby walczyć, kiedy wokół albo każdy narzeka i zrzędzi jak w tym kraju jest, albo umierają najbliższe mi osoby, które wnosiły coś do mojego życia.
W dodatku dochodzi kwestia osób z mojego rocznika każdy ma swoje ładnie poukładane życie, związki, zaręczyny, śluby, a ja tkwię w jakiejś nicości, bez żadnej perspektywy aby to zmienić. Jedyny facet jaki był mi pisany odszedł. Obecne kontakty z chłopakami nie mają racji bytu...
P.S. Tak mam stwierdzoną depresję, leczę się. Z psychologiem mogę sobie pogadać na tematy związane z psychologią, bo nie umie mi pomóc. Zresztą nie on jeden.
Wybaczcie jeśli ten tekst jest mało zrozumiały, ale piszę go w wielkim skrócie. Taki zalążek informacji.