Nie wiem czy dobrym pomysłem jest opublikowanie tego tutaj ale może.... Właściwie problem mam jako tako zdiagnozowany, trzeba mi po prostu kopa w dupę. Może pomożecie, choć nie wiem jak. Oto historia:
Mam 27 lat. Od 2,5 roku nie mogę skończyć studiów tzn. napisać pracy magisterskiej. Pod koniec ostatniego roku zdecydowałam że powstarzam rok bo chcę jeszcze pojechać na zagraniczne praktyki, a do tego potrzeba statusu studenta. Pojechałam do Hiszpanii,było super, dostałam zastrzyk energii i pomysłów na życie, które totalnie zniknęły gdy wróciłam do Polski. Miałam 7 miesięcy na napisanie pracy, nie zrobiłam tego, znów powtórzyłam rok. 12 miesiecy czasu a ja nie zrobiłam nic. Teraz znowu dni dzielą mnie od terminu oddania i NIC NIE ROBIĘ choć stworzyłam sobie do tego idealne warunki: wynajełam sama pokój, nie pracuję, mam TONY CZASU i wykorzystuję go na pierdoły. Wyślam sobie na przykład, że najpierw muszę pozamykać pewne sprawy aby móc sie całkowicie skupić na pisaniu pracy: więc WYNAJDOWAŁAM sobie sprawy do zamknięcia (łącznie z rodrapywaniem starych spraw rodzinnych, remontem mieszkania). Wmawiałam sobie, że rodzice bez mojej pomocy i rady nie poradzą sobie z różnymi sprawami i że jestem w domu niezbędna (wyjechałam z domu i jakoś nie słyszę o katastrofach). Nawet rozstałam się z chłopakiem (choć i tak była to zupełnie niepewna, nierokująca relacja) bo TWIERDZIŁAM, że to mnie rozkojarza.
Już zdiagnozowałam sobie, że mam lęk przed wejściem w dorosłe życie: koniec studiów, zniżek, mieszkania w akademiku itp Pochodzę z raczej biednej rodziny więc zawsze miałam nadzieję, że jakoś lepiej sie ogarnę w życiu niż moi rodzice: gdy jednak mam szansę to zrobić: pójśc do pełnoetatowej pracy, uchylam się i przeciągam najdłużej jak to możliwe. Jednocześnie bardzo zazdroszcze znajomym ze studiów,że już pracują MAJĄ CO ROBIĆ I MAJĄ NORMALNE PIENIĄDZE. Ja pracowalam już nawet przed studiami, ale dorywczo, nieregularnie i nie umiem się wyzbyć takiego rytmu: jednoczęśnie wiedząc, że stabilizcja byłaby jak najbardziej wskazana.
Moje studia są humanistyczne wiec i tak słaby to dyplom i jak gdyby bez znaczenia bo i tak w toku tych 2,5 roku marazmu znalazłam 2 pełnoetatowe prace w korporacji i nikogo w ogóle nie interesowało jakie mam studia oraz czy je skończę (rekrytacja w korporajach, dzisiejsze czasy eh). Rzuciłam te prace kiedy tylko pojawiały się trudności wiedząc, że i tak będę mieć pracę sezonową (od grudnia do marca).
O dziwo przez ostatni rok utrzymywałam sie już kompletnie bez pomocy rodziców, co by wskazywało na to, że sie ogarniam, ale mam bajzel w życiu jak nigdy chyba! Mam tylko resztki oszczędności, które starczą niestety AŻ na 1-2 miesiące. Dopóki mam tą kasę to chyba nic z sobą nie zrobię: nie chce mi sie nawet szukać pracy (brałam udział w dwóch rekrutacjach i sie nie udało i jakoś sie zniechęciłam, choć wiem, że to naprawdę niewiele w świetle tego jak działa korporacyjny rynek pracy). Mogłabym znaleźć prace dorywczą w barze albo coś, ale też jakoś, kurde, zwyczajnie NIE CHCE MI SIĘ.
Jestem osobą, która robi dosłownie wszystko na ostatnią sekundę, ostatniej chwili. Jestem też niezwykle dobrym negocjatorem w przedłużaniu dealinów, mam milion chwytających za serce wymówek, w sytuacjach kryzysowych przybywa mi 150% inteligencji.
Wyobraźcie sobie, że za te 2 przedłużana lata studiów, kiedy nie robiłam nic poza korzystaniem z przywilejów studenckich, nie musiałam nawet płacić. Dopiero teraz gdy kolejny rok będę chciała przedłużać, będę musiała płacić i to jest chyba JEDYNA MOTYWACJA. Ale i tak kalkuluję sobie czy czasem mi to się nie opłaci biorąc pod uwagę profity ze zniżek czy dalsze zamieszkiwanie w akademiku.
Chyba jestem przykładem wyzysku systemu... Z drugiej strony mam wrażenie, że szalenie sie namordowałam przez te 5 lat studiów: studiując, pracując i dzieląc to jeszcze z opieką nad niepełnosprawnym, starszym ojcem, w innym miejscu zamieszkania niż moje studia. Więc może jakoś to sobie odbijam??
Albo w drugą stronę: tak się rozpanoszyłam od tego wyjazdu do Hiszpanii, że nie chce mi się przyłożyć, do poważnej, żmudnej pracy jaką jest napisanie tego.
Utknęłam z nieprostym tematem pracy (były ambicje aby kiedyś pójść na doktorat) nie umiem sie z niego wyplątać, promotor mówi, że sama muszę dojść do tego o czym dokłądnie chcę pisać.
Jeszcze jedno: moja mama również skończyła studia bez dyplomu (inne to były czasu, wtedy to było zwane absolutorium i jakoś działo dobrze) i napisała pracę magisterską dopiero po 50tce (sama pomagałam jej pisać). Więc jaka mama próbuje mnie motywować to zawsze jej to wypomnę.
Coś mi sie w głowie poje**ło, ewidentnie.
Nie odczuwam przymusu wyższych wartości ani jakiegoś honoru. Moja uczelnia zachowywała się bardzo liberalnie.
Proszę o wsparcie, pomoc, kubeł zimnej wody... Cokolwiek