Po wielu miesiącach niepewności przeczuć odkryłam, ze mój mąż ma romans z koleżanką z pracy. On wypiera się, że to nie był romans.
Ja jednak jestem innego zdania. Przez wiele miesiecy po pracy pisywali do siebie na komunikatorze w telefonie. Mąż wykorzysywał każda wolną chwilę, by chwytać za telefon.
Pewnego wieczoru przejrzałam jego telefon i ... świat mi się zawalił. Przeczytałam tam m.in., ze zakochał się w niej, że planowali po pracy razem chodzić na jakies tańce, że podczas lunchu cudownie wygladała, że nie może doczekać się jutra by ją zobaczyć.
Nie wiem czy zdradził mnie fizycznie, dowodów nie mam, a on się wypiera.
Na pewno zdradził mnie emocjonalnie.
Ta prawda wyszła na jaw 4 miesiące temu
Jesteśmy małżeństwem 8 lat, mamy 7-letnie dziecko...
Mąż obiecał, że przerwie ten "flirt".
Nie wiem, czy przerwał czy nie, bo po tylku kłamstwach jakie usłyszałam prosto w oczy ciężko jest teraz uwierzyć w cokolwiek.
Pewnym jest natomiast to, ze ciągle się spotykają, bo pracują razem.
Oraz to, ze codziennie jedzą razem obiady w pracy.
To jest korporacja. Mąż mówi, ze punkt jakas tam godzina "wszyscy" (oczywiscie ze nie wszyscy, bo tłum byłby taki ze byłyby kolejki do stołów) wstają i jedza wtedy obiad w kuchni. Stoły sa tam 6 osobowe, i oni stałą ekipą właśnie jedzą razem.
Jakoś do tej pory to tolerowałam. Ale wczoraj wybuchłam i zażądałam by chodził jeść poł godziny poźniej (każdy przynosi swoje jedzenie), zeby nie jadł z nią przy jednym stole.
I tu pytanie: czy oszukiwana żona, która postanowiła wybaczyć (a moze raczej na razie nie zdecydowała się na rozwód) ma prawo chcieć takiego "poświęcenia" z jego strony?
On twierdzi, ze od zawsze tak jedzą (od kilku miesięcy nie od zawsze, bo pamiętam czasy, ze jadał sam) i on nie będzie robił szopek w pracy.