Nigdy nie sadzilam, ze bede prosic o porade na forum, ale natlok mysli mnie przytlacza i mimo, ze mam przyjaciol ktorym moge sie wygadac, nie chce naduzywac ich cierpliwosci..
Moja historia w skrocie wyglada tak: niecaly tydzien temu rozstalam sie z chlopakiem, z ktorym bylam pol roku.
Na poczatku bylam zakochana i szczesliwa jak nigdy dotad. Gdy sie poznalismy mial dziewczyne, z ktora byli na granicy zerwania, jednak gdy poznal mnie nie chcial grac na dwa fronty i ostatecznie skonczyl tamta relacje. Czym mi zaimponowal, bo pokazal ze nie jest kolesiem, ktory bajeruje dwie dziewczyny na raz. Zaczelo sie dosc intensywnie, oboje sie zakochalismy, spedzalismy mnostwo czasu razem, mega chemia, duzo podobienstw, zainteresowan itp. W okresie swiatecznym pojechal do domu na miesiac (nie jest z Polski), mialam pewne obawy, ze jesli ma sie cos popsuc to bedzie ten moment. Ale tak sie nie stalo, pisalismy codziennie, gadalismy czesto na Skype i mimo ze byl tysiace km dalej czulam, ze jego serce jest kolo mnie. W domu spotkal sie ze swoja ex po kolezensku o czym powiedzial mi otwarcie i tez bardzo mi sie to spodobalo - szczerosc i bliskosc miedzy nami byla coraz bardziej realna. Nigdy nie dal mi cienia powodu do zazdrosci, ja tez bylam zapatrzona jak w obrazek. Dodam tez ze oboje mielismy czas na swoje sprawy, na wlasnych znajomych i nie wisielismy na sobie 24/7, wydawalo mi sie ze nasza relacja jest pozytywna i zdrowa.
Po jego powrocie zaczely sie problemy, z powodu zle dobranych tabletek antykoncepcyjnych mialam bardzo duze wahania nastrojow, zanim doszlam do tego ze to od tabsow i je zmienilam minelo troche czasu, w ktorym on staral sie mnie wspierac ale nie wiedzial do konca jak i koniec koncow zaczal tracic cierpliwosc. Ja czulam sie nie zrozumiana i zawiedziona, myslalam ze moge bardziej na niego liczyc. Zaczelismy sie coraz czesciej klocic, mimo ze wczesniej kazda sprzeczka zostala wyjasniana po paru minutach rozmowy i nie bylo sprawy. nie jestem pamietliwa, obrazalska ani malostkowa, umiem sporo odpuscic i isc na kompromis, niestety nie raz swoim zachowaniem przeginal. Nie moglam doprosic sie spraw na ktorych mi zalezalo, zawsze znajdywal wymowke. Jednoczesnie zawsze bylo miedzy nami duzo czulosci i zawsze bylismy gotowi na szczera rozmowe.
Jednak te klotnie zaczely sie nasilac, dominowac, zle momenty przewazaly dobre. Jego obsesyjna organizacja zycia i wyliczanie czasu dla mnie z niemal aptekarska precyzja zaczelo mnie wkurzac nie na zarty, domagalam sie wiecej a on znowu czul sie przytloczony. Nadszedl moment mojego wyjazdu na 4 dni do innego miasta, powiedzialam mu ze musze odsapnac i nie dam tak dluzej rady. Pisal, byl czuly, ale dal mi przestrzen.
Gdy wrocilam spotkalismy sie i jakos tak od slowa do slowa on stwierdzil ze nie moze mi dac tego czego oczekuje i byc tym facetem ktorego pragne i potrzebuje, ze ma swoje stresy i nie jest soba, nie umie sie skupic na niczym i tym bardziej zadbac o mnie i ze lepiej jakbysmy zostali przyjaciolmi. Wrylo mnie, mimo ze sama rozwazalam rozstanie podczas swojego wyjazdu, bo bylam juz mega zmeczona ale w glebi duszy chcialam by nam sie ulozylo. Podczas tej rozmowy polalo sie duzo lez, moich i jego. Powiedzial ze wszystkie wyznania ktore mi mowil byly prawdziwe, ze nie znioslby mysli ze moze mnie stracic i ze chce miec ze mna kontakt.
Po czym wyjechal teraz na tydzien do swojego kraju, pierwsze dni pisalismy codziennie, zwiezle z mojej strony, on wysylal buziaki i serduszka jednak tez sie nie rozpisywal, raczej tylko tyle ze wyladowal itp. Przepraszal po stokroc, ze mnie zranil i dopytywal czy mozemy sie dalej przyjaznic.
Czy wg Was to wszystko znaczy ze on naprawde chce tylko przyjazni?? Ze miedzy nami definitywny koniec? Niby rozstalismy sie obopulnie, oboje cierpiac, ale on uznal ze tak bedzie lepiej... Sama nie wiem juz co myslec. Na koniec bylo mi z nim zle, teraz bez niego jeszcze gorzej. Chcialabym zebysmy sprobowali raz jeszcze, ale nie chce wyjsc na zdesperowana idiotke. Jak to widzicie? Sciskam!