Kochana, ale wiesz o tym, że szukając u ludzi akceptacji...nigdy jej nie znajdziesz? A wiesz dlaczego? bo nawet jak ktoś będzie szczery, miał dobre intencję to zawsze znajdzie się coś co wzbudzi podejrzenie i poruszy lawinę wszystkich obaw, które nawet gdzieś schowałas głęboko w podświadomości. Nawet jak będzie to osoba godna zaufania i taka która naprawde będzie się starała to i tak uzależniając od tej osoby całe swoje życie nie będziesz w pełni szczęśliwa...Zawsze będzie się czaił taki chochlik , który bardzo się boi i tylko czeka na pozwolenie i wyjdzie ze swojej nory. Wsparcie szczególnie w facetach jest pewnie możliwe... ale nie jedyne... I nie jest takie od któego powinnaś budować swoje własne szczęście. Faceci są inni... Nie mają takiej wrażliwości.. Oni są mocniejsi (choć i tak z obserwacji wnioskuję, że jest własnie na odwrót...) są mniej wylewni, widza wiele spraw bardziej prosto od nas.. nie rozdrabniają się,. Czasami można dostać szału jak to widzi własnie on, a jak ona. Jakie tu wtedy powstają spięcia . To czego nie miałaś to poczucie bezpieczeństwa... akceptacja... Bardzo dużo jak na jedną osobę spadło na Ciebie. Bardzo mi przykro, bo naprawdę zrobiono Ci krzywdę... ALE.... nie znaczy to, że Twoje życie ma być już do końca opętane strachem. Uwierz mi , ze nie! i absolutnie nie możesz uzależniać swojego samopoczucia, swojej akceptacji siebie od kogoś " z zewnątrz"... Pierwszy krok ( choć diabelnie trudny) powinien się zacząć właśnie od Ciebie ! od Twoje wnętrza! Tam powinien w pierwszej kolejnośći nastąpić przełom. Bo nigdy, przenigdy nie uwierzysz nikomu innemu...nawet jak będzie pięnie mówił, przytulał i obiecywał... Uwierzysz, ale to będzie na tą daną chwilę. Później będziesz potrzebować coraz bardziej jego słów, zapewnień, dotyku, obecności.. I to będzie jak narkotyk, który Cię obezwładni. Bo będziesz utożsamiać wiarę, ulgę i poczucie spełnienia TYLKO z innym człowiekiem , a nie sobą samą. A wtedy wzrośnie w Tobie pcozucie bezradności i nienawiść... Do tego co się z Tobą dzieję, bo Ty dobrze będziesz czuła, że tak nie powinno być. Uwierz mi... Znam to z doświadczenia. Inaczej nie zabierałabym tak pewnie głosu... Cholernie dużo nad tym pracuję, bo niby dlaczego muszę uzależniać siebie od kogoś... Już tak uzależniłam dwa razy i dwa razy myślałam, ze życie mi się skończyło wraz z odejściem człowieka, którego obsesyjnie kochałam. Phhhh... Kochałam i nienawidziłam jednocześnie, bo chciałam żeby był mimo wszystko, chciałam , zeby był dokłądnie taki jak sobie zaplanuję.. czyli pokażę drogę, pogłaska... jednym słowem zrekompensuję mi stratę ojca. Ale już wiem, że to droga wprost do bagna i do utraty szacunku do własnej osoby. Przeszłam długa drogę.. Konieczna okazała się terapia, wsparcie książek, które zmieniają myślenie, nakierowują oraz silna świadomość tego co się dzieje ze mną. Dlatego uwierz mi - nie jesteś przegrana i nie zawsze tak musi już być:) Wiem, że przede mną jeszcze hoho, trochę drogi... ale jest siła napędowa, bo chcę zmienić jakość życia.
Nie muszą demony z przeszłości przez resztę życia kroczyć za nami jak cień. Tylko musisz sobie powiedzieć jasno, że chcesz to zmienić 