Znamy się od roku, jesteśmy ze sobą od października, mam 21 lat, ona 20. Ciągle mówiła, że mnie kocha, spotykaliśmy się prawie codziennie, dużo seksu, itp itd. To była moja pierwsza dziewczyna, wszystko pierwsze z nią przeżyłem
Ona miała już na koncie dwuletnią relację, w której chłopak pod koniec okazał się ćpunem i ją zranił (do dziś dziewczyna bierze psychotropy, mimo że dawno się z niego "wyleczyła").
No i jakieś dwa tygodnie temu wychodzę z jej domu, widzieliśmy się wcześniej codziennie a to u mnie a to u niej i było super. I nagle ochłodzenie kontaktu - nie pisała nic do rana, nie dzwoniła - a wcześniej godzina mojej olewki to już fochy robiła. Jak ją zapytałem, dlatego mnie olewa, to mi powiedziała że przeginam i jej wąty robie.
No i nie widzieliśmy się parę dni. Jak pisaliśmy trochę, to powiedziała, że chyba jednak mnie nie kocha, bo myśli o otwartym związku. Od tamtego momentu widzieliśmy się ze 3 razy, w tym raz w klubie. Widziałem, że za wszelką cenę nie chce się spotkać sam na sam, ba - nawet się całować nie chciała, czy ostatnio też przytulać.
Wczoraj zapytałem ją, czemu traktuje mnie jak kolegę, to odpowiedziała że mnie nie kocha.
No i skończyłem tą znajomość, powiedziałem jej że to koniec, a ona jakieś wyrzuty, że nie rozumie jak można kogoś kochać i kończyć znajomość, albo żebyśmy zostali tylko kolegami...
Problem w tym, że to była moja pierwsza taka relacja i trochę jestem tym wszystkim teraz podłamany. Dziś obudziłem się o 5 i nie mogłem spać, a jak już zasnąłem to ciągle mi się śniła ![]()
I siędzę z telefonem w ręku jak głupi czekając aż zadzwoni. Kiedy to wszystko przechodzi? ![]()
Dzięki!