netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

skąd wiecie?

40 odpowiedzi11 574 wyświetleniazałożony przez czyminie, 23.02.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 41 ]

1

Temat: skąd wiecie?

Witajcie,

Jak zapewne większość z Was znalazłam się tutaj z powodu rozstania. Problem tym większy, bo miało miejsce półtora roku temu (!). Przez pierwsze 6 miesięcy nie wiem co się ze mną działo, żyłam wyparciem, nie potrafiłam dopuścić do siebie świadomości, że to koniec, chociaż nie miałam żadnych podstaw. Tylko nadzieja pozwalała mi przetrwać. Ale było coraz gorzej. W końcu trafiłam do psychiatry (diagnoza stany depresyjne i lękowe), leki, terapia. W między czasie dowiedziałam się o kilku sprawach, które pozwoliły mi przestać chcieć wrócić do byłego, ale nie przestać go kochać (teraz już wiem). Tak to szło. Próbowałam wszystkiego, pierwszy rok - całkowicie sama, później pierwszy raz w życiu przelotna znajomość, a później drugi w życiu kilkumiesięczny związek. Skończyło się, bo nawet nie miało prawa się udać, prawda jest taka, że nie pokochałam.
Ale wydawało mi się, że naprawdę tamto mam za sobą...
Teraz, od miesiąca jestem w miejscu w którym byłam na samym początku, zrobiłam milion kroków w tył. Mam nadzieję tylko, że jest to spowodowane tym, że mój były pierwszy raz od rozstania nawiązał kontakt. Doszło do kilku spotkań, wiadomości z jego strony. A ja? Jestem znowu chodzącym bólem, z którym nie umiem sobie poradzić. Znowu muszę walczyć o to, żeby przetrwać kolejne 10 minut i nie zwariować, nie umrzeć z tego bólu.

Wróciło poczucie odrzucenia, ogromnej straty i tęsknoty. Nie wiem czy może to być spowodowane tym, że się ze mną skontaktował, czy gdyby nie to, byłoby łatwiej? Nie przestałam kochać, to wiem. Zweryfikowałam swoje uczucia. Dalej kocham...

Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy? Ja przez ten cały czas ani jednego dnia nie czułam się chociaż w jednym procencie tak jak podczas tamtego związku. Owszem, z czasem przywykłam, ale tylko przywykłam. Jestem przerażona, boję się najbardziej na świecie, że to się nigdy nie skończy. Widzę siebie w tym samym stanie za kilka lat, tak naprawdę zawsze. Nie udało mi się nic nigdy przedtem ani nigdy potem poczuć do nikogo, nic chociaż odrobinę zbliżonego. Jeśli tak ma być zawsze, to naprawdę nie dam rady, już czuję się na skraju. W takim stanie nie wiem po co żyć. Czuję, że nic mnie nie czeka, więc po co? To jest tak silne przekonanie....że chyba naprawdę słuszne. Pierwszy raz w życiu nie mam nadziei na nic. To boli najbardziej.

Coś robię źle, na pewno. Ale nie wiem co. Czemu to uczucie nadal we mnie jest? Co z tym zrobić? Czy mogę coś zrobić?

2

Odp: skąd wiecie?

Co robisz źle?
Chcesz wierzyć w to, co sobie wmówiłaś i wryło Ci się głęboko w podświadomość.

Dobrze, że przynajmniej nie brnęłaś w związki z widmem byłego w tle. brrrr


Co masz zrobić?
Przestać się obwiniać i rozpocząć w końcu spóźnioną żałobę. ale ze WSZYSTKIMI etapami, a nie dochodzić tylko do 2go (złość, bunt i..nadzieja) i w nim tkwić na zmianę z 1-szym.
Bez tego możesz stać w miejscu kolejne 10 lat.
Musisz chcieć to puścić, ale Ty nie chcesz..Nie "nie możesz", nie chcesz.

3

Odp: skąd wiecie?
czyminie napisał/a:

Witajcie,

Jak zapewne większość z Was znalazłam się tutaj z powodu rozstania. Problem tym większy, bo miało miejsce półtora roku temu (!). Przez pierwsze 6 miesięcy nie wiem co się ze mną działo, żyłam wyparciem, nie potrafiłam dopuścić do siebie świadomości, że to koniec, chociaż nie miałam żadnych podstaw. Tylko nadzieja pozwalała mi przetrwać. Ale było coraz gorzej. W końcu trafiłam do psychiatry (diagnoza stany depresyjne i lękowe), leki, terapia. W między czasie dowiedziałam się o kilku sprawach, które pozwoliły mi przestać chcieć wrócić do byłego, ale nie przestać go kochać (teraz już wiem). Tak to szło. Próbowałam wszystkiego, pierwszy rok - całkowicie sama, później pierwszy raz w życiu przelotna znajomość, a później drugi w życiu kilkumiesięczny związek. Skończyło się, bo nawet nie miało prawa się udać, prawda jest taka, że nie pokochałam.
Ale wydawało mi się, że naprawdę tamto mam za sobą...
Teraz, od miesiąca jestem w miejscu w którym byłam na samym początku, zrobiłam milion kroków w tył. Mam nadzieję tylko, że jest to spowodowane tym, że mój były pierwszy raz od rozstania nawiązał kontakt. Doszło do kilku spotkań, wiadomości z jego strony. A ja? Jestem znowu chodzącym bólem, z którym nie umiem sobie poradzić. Znowu muszę walczyć o to, żeby przetrwać kolejne 10 minut i nie zwariować, nie umrzeć z tego bólu.

Wróciło poczucie odrzucenia, ogromnej straty i tęsknoty. Nie wiem czy może to być spowodowane tym, że się ze mną skontaktował, czy gdyby nie to, byłoby łatwiej? Nie przestałam kochać, to wiem. Zweryfikowałam swoje uczucia. Dalej kocham...

Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy? Ja przez ten cały czas ani jednego dnia nie czułam się chociaż w jednym procencie tak jak podczas tamtego związku. Owszem, z czasem przywykłam, ale tylko przywykłam. Jestem przerażona, boję się najbardziej na świecie, że to się nigdy nie skończy. Widzę siebie w tym samym stanie za kilka lat, tak naprawdę zawsze. Nie udało mi się nic nigdy przedtem ani nigdy potem poczuć do nikogo, nic chociaż odrobinę zbliżonego. Jeśli tak ma być zawsze, to naprawdę nie dam rady, już czuję się na skraju. W takim stanie nie wiem po co żyć. Czuję, że nic mnie nie czeka, więc po co? To jest tak silne przekonanie....że chyba naprawdę słuszne. Pierwszy raz w życiu nie mam nadziei na nic. To boli najbardziej.

Coś robię źle, na pewno. Ale nie wiem co. Czemu to uczucie nadal we mnie jest? Co z tym zrobić? Czy mogę coś zrobić?

W jakim celu on sie z Toba skontaktowal?Pzdr.

4

Odp: skąd wiecie?
Elle88 napisał/a:

Co robisz źle?
Chcesz wierzyć w to, co sobie wmówiłaś i wryło Ci się głęboko w podświadomość.

Dobrze, że przynajmniej nie brnęłaś w związki z widmem byłego w tle. brrrr


Co masz zrobić?
Przestać się obwiniać i rozpocząć w końcu spóźnioną żałobę. ale ze WSZYSTKIMI etapami, a nie dochodzić tylko do 2go (złość, bunt i..nadzieja) i w nim tkwić na zmianę z 1-szym.
Bez tego możesz stać w miejscu kolejne 10 lat.
Musisz chcieć to puścić, ale Ty nie chcesz..Nie "nie możesz", nie chcesz.

Elle, wiem podświadomość, ale jak z nią pracować? Czytałam rożne artykuły, książki, mam błędny schemat na pewno. Próbuję coś sobie wmówić, ale napotykam opór(?). To jest do sforsowania? I jaki "program wgrać"?

I czy tak naprawdę to, że uwierzę, że bez niego mogę, że może nawet kiedyś pokocham jest gwarancją spełnienia?
Czy myśl i wiara "będzie dobrze" sprawi, że tak będzie? Czy to ma realny wpływ na życie?

Nie brnęłam, bo nie umiem oszukiwać siebie i drugiej osoby. Może to źle ale przywykłam do samotności...spedzam praktycznie większość czasu sama ze sobą, nie boli. Bardziej boli perspektywa niezrealizowania planu, marzenia - rodziny, dzieci...

Na pewno zaburzyłam żałobę...pewne etapy chyba przeskoczyłam. Tak chciałam już żyć normalnie, bez bólu, że robiłam wszystko, żeby nie myśleć, nie analizować. Chciałam sobie pokazać, że dam radę, że przetrwam. W rezultacie uciekłam od problemu. Teraz nie wiem tak naprawdę czym jest to przepracowanie żałoby. Z jednej strony podobno należy "zająć głowę, nie myśleć" z drugiej strony przepracować, czyli jak?

Nie wiem, czy to co czuję,bo tak naprawdę czy można kochać kogoś, kto a) tak zranił b) nie był w moim życiu przez 1,5 roku? Czy to dlatego, że nic się wydarzylo w moim życiu przez ten czas, że nic po drodze nie znalazłam, co by ukoiło, zrekompensowało? Czy to magia tego pierwszego?


Ismena, nie chcę mowić, że jest złym człowiekiem, manipulantem, ale nie mam wątpliwości co do jego intencji. Pewnie mu mnie brakuje, ale jako człowieka, a nie kobiety z którą chciałby być. Ma jakąś potrzebę kontaktu, którą sobie zaspokaja, nic poza tym...więc nie ma we mnie miejsca na nadzieję. Bardziej jestem przerażona, że to tak wróciło...jakby nic się po drodze nie stało.

5

Odp: skąd wiecie?

Wrocilo,bo na nowo to rozdrapalas kontaktujac sie z nim.Wiem jak to dziala.Masz jakis pomysl na odciecie?Pzdr.

6 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-02-23 18:32:07)

Odp: skąd wiecie?

Elle, wiem podświadomość, ale jak z nią pracować? Czytałam rożne artykuły, książki, mam błędny schemat na pewno. Próbuję coś sobie wmówić, ale napotykam opór(?). To jest do sforsowania? I jaki "program wgrać"?

Musisz zacząć nie od wgrywania nowego Programu, tylko od pozbycia się starego wink W tej chwili na nowy nie ma w Twojej głowie miejsca.
Jak to zrobić? Przede wszystkim musisz bardzo uczciwie odszukać wszystkie swoje przekonania n/t Miłości i Twojego idealnego partnera (nie EX, ale ogólnie). Na pewno nie jesteś w tej chwili w stanie powiedzieć co konkretnie powodowało, że czułaś się przy nim w określony sposób- tak właśnie działają wzorce - uruchamiają się pod wpływem jakiegoś bodźca z automatu. Twoim zadaniem jest odszukać ten bodziec/bodźce i przyjrzeć się najpierw czy są prawdziwe i służą Ci.

Musisz zrozumieć jedną rzecz.. Prawo Przyciągania  jest tak sprytnie skonstruowane, że wszystkie negatywne emocje, których doświadczamy są tak naprawdę wskazówką od Wszechświata, że dana sytuacja, dana emocja NIE JEST prawdziwa - ale nie w sensie odczuwania, tylko w sensie prawdy o człowieku, o jego istocie. Prawdą NIGDY nie jest cierpienie i żadna negatywna emocja, dyskomfort. To tylko znaki, czerwone lampki, że oddaliliśmy się od siebie i idziemy w złym kierunku, zboczyliśmy z kursu tak bardzo, że ból i rozbicie emocjonalne dają nam o tym znać, tylko człowiek nie potrafi tego w szerszym kontekście zinterpretować.
Będąc nieświadomym interpretuje się ból jako oznakę braku, a jest zupełnie odwrotnie - ból jest oznaką tego, że uwierzyliśmy, że istnieje coś takiego jak brak, a to nie jest prawda smile Dlatego boli, bo jest nieprawdziwe. Brak to iluzja.

Najlepszym dowodem na to jest fakt, że zanim poznałaś exa nigdy byś nawet nie wpadła na pomysł, że czegokolwiek Ci w życiu brakuje. A potem przyzwyczaiłaś się do nowej rzeczywistości z nim i zapomniałaś, że istniejecie osobno, choć na pewien czas połączyły was ze sobą zbieżne cele.
Ale one się z jakiegoś powodu zmieniły, ale Ty tego nie zauważyłaś, dlatego odczuwasz ból. Bo żyjesz w iluzji, we wspomnieniach, rzeczywistości sprzed paru lat, która dziś jest nieaktualna i za parę lat również nie będzie.
Jedyna zawsze aktualną częścią życia jest zmiana. Dopóki tego nie zaakceptujesz zawsze będzie bolało, bo nie wygrasz z prawdą Wszechświata wink


I czy tak naprawdę to, że uwierzę, że bez niego mogę, że może nawet kiedyś pokocham jest gwarancją spełnienia?
Czy myśl i wiara "będzie dobrze" sprawi, że tak będzie? Czy to ma realny wpływ na życie?

Samo, bez Twojego proaktywnego udziału mentalnego NIC się "nie sprawi". Tyle, że ten udział nie ma polegać na zakłamywaniu rzeczywistości i wypieraniu emocji, co robiłaś do tej pory, tylko na wyciąganiu i prześwietlaniu światłem świadomości swoich wadliwych wzorców i przekonań, które sa głęboko nieprawdziwe, skoro cierpisz. To znaczy , że są nieaktualne, bo ci nie służą.


Nie wiem, czy to co czuję,bo tak naprawdę czy można kochać kogoś, kto a) tak zranił b) nie był w moim życiu przez 1,5 roku? Czy to dlatego, że nic się wydarzylo w moim życiu przez ten czas, że nic po drodze nie znalazłam, co by ukoiło, zrekompensowało? Czy to magia tego pierwszego?

Można tak kochać, ale to zakochanie w przeszłości, w czymś czego realnie nie ma - istnieje tylko w Twojej głowie.
To się nazywa mentalna "kotwica". Musisz ja wreszcie podnieść z tego dna wtedy łódka zacznie powoli płynąć wink

Poszukaj odpowiedzi na pytanie, dlaczego boisz się stamtąd odpłynąć? Przyszłości nie możesz się bać, bo jest tylko teraźniejszość i jej projekcja. Przeszłości tez nie ma - na tej samej zasadzie. Więc, czego się tak naprawdę boisz?

7

Odp: skąd wiecie?

Moim zdaniem powinnaś się od tego odciąć.

8

Odp: skąd wiecie?

Witaj ponownie, Czyminie,

Dlaczego założyłaś nowy wątek, skoro stary nadal jest aktualny i skoro jesteś w tym samym punkcie? W tamtym pierwszym wątku, pisałaś trochę więcej o sobie i o swoim problemie.

Ciekawa jestem, czy odrobiłaś "pracę domową", którą Ci zadałam... ;-)))

czyminie napisał/a:

Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy? Ja przez ten cały czas ani jednego dnia nie czułam się chociaż w jednym procencie tak jak podczas tamtego związku. Owszem, z czasem przywykłam, ale tylko przywykłam. Jestem przerażona, boję się najbardziej na świecie, że to się nigdy nie skończy. Widzę siebie w tym samym stanie za kilka lat, tak naprawdę zawsze. Nie udało mi się nic nigdy przedtem ani nigdy potem poczuć do nikogo, nic chociaż odrobinę zbliżonego. Jeśli tak ma być zawsze, to naprawdę nie dam rady, już czuję się na skraju. W takim stanie nie wiem po co żyć. Czuję, że nic mnie nie czeka, więc po co? To jest tak silne przekonanie....że chyba naprawdę słuszne. Pierwszy raz w życiu nie mam nadziei na nic. To boli najbardziej.

Coś robię źle, na pewno. Ale nie wiem co. Czemu to uczucie nadal we mnie jest? Co z tym zrobić? Czy mogę coś zrobić?

Skąd wiem, że mija, że można poczuć szczęście?
Ponieważ tego doświadczam. Każdego dnia. Dlatego, że "zmartwychwstaję", że znowu się uśmiecham, że witam nowy dzień bez płaczu i utyskiwania. Że patrzę na rzeczy, które po Nim zostały, "odczarowuję" miejsca, gdzie byliśmy razem, a które do tej pory kojarzyły mi się wyłącznie z Nim. Że budzę się do życia, że powraca poczucie humoru, że instynktownie kieruję się w stronę tego, co dobre, co piękne, że wychodzę z domu, że śmieję się sama z siebie, że zależy mi, aby poprawić w sobie to i owo, że noszę sukienki i spódnice chętniej niż spodnie, że sama siebie zabieram czasem na spacer, że częściej mówię "tak" zamiast "nie". I wiele jeszcze innych drobiazgów, które dla innych nie mają znaczenia, a dla mnie są sygnałem mojego przebudzenia...

Zaakceptowałam rzeczywistość po rozstaniu. Z wyrozumiałością traktuję momenty wspomnień i bólu. Pomaleńku uczę się samotności i pokładam nadzieję, że nie będzie ona dożywotnia, i że gdzieś na tym świecie żyje drugi taki świrus jak ja, a moje serce nie skamienieje tak bardzo, aby zapomnieć, że potrafię pokochać. I że na coś, komuś jeszcze się mogę przydać... ;-)))

9

Odp: skąd wiecie?
aurora borealis napisał/a:

Witaj ponownie, Czyminie,

Dlaczego założyłaś nowy wątek, skoro stary nadal jest aktualny i skoro jesteś w tym samym punkcie? W tamtym pierwszym wątku, pisałaś trochę więcej o sobie i o swoim problemie.

Ciekawa jestem, czy odrobiłaś "pracę domową", którą Ci zadałam... ;-)))

czyminie napisał/a:

Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy? Ja przez ten cały czas ani jednego dnia nie czułam się chociaż w jednym procencie tak jak podczas tamtego związku. Owszem, z czasem przywykłam, ale tylko przywykłam. Jestem przerażona, boję się najbardziej na świecie, że to się nigdy nie skończy. Widzę siebie w tym samym stanie za kilka lat, tak naprawdę zawsze. Nie udało mi się nic nigdy przedtem ani nigdy potem poczuć do nikogo, nic chociaż odrobinę zbliżonego. Jeśli tak ma być zawsze, to naprawdę nie dam rady, już czuję się na skraju. W takim stanie nie wiem po co żyć. Czuję, że nic mnie nie czeka, więc po co? To jest tak silne przekonanie....że chyba naprawdę słuszne. Pierwszy raz w życiu nie mam nadziei na nic. To boli najbardziej.

Coś robię źle, na pewno. Ale nie wiem co. Czemu to uczucie nadal we mnie jest? Co z tym zrobić? Czy mogę coś zrobić?

Skąd wiem, że mija, że można poczuć szczęście?
Ponieważ tego doświadczam. Każdego dnia. Dlatego, że "zmartwychwstaję", że znowu się uśmiecham, że witam nowy dzień bez płaczu i utyskiwania. Że patrzę na rzeczy, które po Nim zostały, "odczarowuję" miejsca, gdzie byliśmy razem, a które do tej pory kojarzyły mi się wyłącznie z Nim. Że budzę się do życia, że powraca poczucie humoru, że instynktownie kieruję się w stronę tego, co dobre, co piękne, że wychodzę z domu, że śmieję się sama z siebie, że zależy mi, aby poprawić w sobie to i owo, że noszę sukienki i spódnice chętniej niż spodnie, że sama siebie zabieram czasem na spacer, że częściej mówię "tak" zamiast "nie". I wiele jeszcze innych drobiazgów, które dla innych nie mają znaczenia, a dla mnie są sygnałem mojego przebudzenia...

Zaakceptowałam rzeczywistość po rozstaniu. Z wyrozumiałością traktuję momenty wspomnień i bólu. Pomaleńku uczę się samotności i pokładam nadzieję, że nie będzie ona dożywotnia, i że gdzieś na tym świecie żyje drugi taki świrus jak ja, a moje serce nie skamienieje tak bardzo, aby zapomnieć, że potrafię pokochać. I że na coś, komuś jeszcze się mogę przydać... ;-)))

Bardzo ładnie napisane, Aurora smile z tego, co mówisz, wynika, że należy kochać siebie, bo to w związku ze sobą jesteśmy całe życie i czasem to ten właśnie związek wymaga pracy. A gdy ktoś nas krzywdzi, to zabiera sobie cząstkę nas, zostaje dziura. I tę dziurę trzeba zaszpachlować. Z czasem, nawet po bardzo długiej nocy wychodzi słońce, Czyminie smile

10 Ostatnio edytowany przez Tomek 72 (2015-02-24 09:40:12)

Odp: skąd wiecie?

Tez jestem po rozstaniu ,mniej więcej tyle czasu jestem sam co ty. Juz lub dopiero niedawno stanąłem na nogi. I Wiem co robisz źle. PRZESTAŃ  się z nim wreszcie kontaktować i spotykać? Możesz mi powiedzieć po co to robisz? Jesteś masochistką ? Odetnij sie całkiem. Nie jesteście razem i tyle . Koniec i już. Rozumiem jeśli do rozstania dochodzi za obopólną zgoda ale nie w takim przypadku jak u ciebie !! . On ma cie gdzieś wiec ty jego tez miej. Tylko czasem mi tu nie pisze ze on coś do ciebie jeszcze czuje. Olał cie i tyle. Nie myśl ciągle !! Wybrał inną drogę i już. Teraz twoja kolej. Ja juz drugi raz dałem rade po bardzo długim związku to ty tez dasz smile  . Przypomnę jeszcze raz - nie licz na jakąkolwiek poprawę jesli będziesz popełniała ten podstawowy błąd i się z nim kontaktowała lub spotykała.

11

Odp: skąd wiecie?

Niestety rozstania są zawsze trudne. Musisz to sobie przepracować, porzucić nadzieję i zacząć żyć dalej. Jeśli samemu jest trudno, to może spróbować z pomocą terapeuty? Wtedy szybciej można wrócić na właściwą ścieżkę... Bo mam wrażenie, że się trochę zapętliłaś na byłym partnerze i na swoim bólu. Pomyśl przede wszystkim o tym, że to już nie wróci, nie ma takiej możliwości.

12

Odp: skąd wiecie?

Elle,

Dziękuję za Twoje słowa.
Co do wzorców, moich przemyśleń nt miłości, tych których jestem świadoma na tę chwilę:

- można kochać tylko raz, wszystko co jest potem, jest próbą wypełnienia pustki za tą pierwszą
- miłość nie zdarza się każdemu - są ludzie, którym po prostu nie jest to pisane
- spotyka się tylko jedną osobę, która jest idealnie dospasowana - taki klik od Wszechświata

Nie wiem, czy są one błędne, a jeśli tak to należy zaprogramować sobie przeciwstawne? Jak, jeśli nie z własnych doświadczeń? Po prostu zaufać, że jest inaczej?

Jestem pogubiona, czuję, że nie mam kontroli nad niczym w swoim życiu, że żadne zdarzenie nie zależy ode mnie, a od decyzji innych osób. Nie mam wpływu na to, czy moje życie się ułoży, będzie szczęśliwe i spełnię swoje marzenia...może mam wpływ na swoje emocje, mogę nad nimi zapanować ale nie mam wpływu na zdarzenia...

Elle, co jeśli to co czuję nie jest tylko strachem, chorą myślą a podszeptem intuicji, która wie lepiej? Wie, że już nigdy nie będzie dobrze.

Tak, jak powiedziałaś. Jestem zakochana w przeszłości. Dlaczego? Bo jest ona lepsza niż teraźniejszość i wizja przyszłości.

Aurora,

Dziękuję, że napisałaś. Uwielbiam Cię czytać...
Bardzo się cieszę, że jesteś w tym miejscu. Wiesz, ja też byłam, albo wydawało mi się, że jestem. Rok temu na wiosnę wydawało mi się, że mam wszystko za sobą, zaakceptowałam rzeczywistość, nie czekam, nie mam nadziei na jego powrót. Albo mi się tylko wydawało, albo byłam tam za krótko, bo znowu jestem tutaj...
Auroro, właśnie to jest to czego nie wiem. Skąd bierzecie nadzieję w sobie, że coś jeszcze Was czeka?


Żeby była jasność, nigdy nie nawiązałam z nim kontaktu i nadal tego nie robię. Nawet po jego wyprowadzce nie odezwałam się słowem. Przez półtora roku nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu. Teraz, zrobił to on i sądzę, że nie warto zastanawiać się czemu bo jest to jasne. Więc nie, nie mam nadziei na to, że będziemy razem. Emocjonalnie bym chciała, ale racjonalnie wiem, że nie da rady - ani on do tego nie dąży, ani ja nie potrafiłabym ufać.

Chciałabym tylko wiedzieć, że jeszcze kiedyś przytrafi mi się coś takiego....

13

Odp: skąd wiecie?

No i przede wszystkim, czy ten okropny ból minie?

14

Odp: skąd wiecie?
czyminie napisał/a:

No i przede wszystkim, czy ten okropny ból minie?

Zacznij uczciwie zapisywać na kartce przyczepionej do lodówki, ile razy w ciągu dnia Cię "nie bolało" i ile razy nie myślałaś o nim zajęta czymś zupełnie innym. Zdziwisz się jak wiele "kreseczek" sobie postawisz...

15

Odp: skąd wiecie?

Aurora,
Bardzo dobry pomysł wink
Czuję niezmiennie 2 rzeczy:
- ogromną tęsknotę i stratę
- strach, że to nigdy nie minie, że moje życie już zawsze takie będzie i, że już nigdy nie pokocham a zawsze będę kochać jego.

Nie wiem co jest dla mnie trudniejsze.
Przede wszystkim nie rozumiem, skąd te odczucia. Naprawdę może to być spowodowane tym, że nawiązał ze mną kontakt? Czuję się tuż jak po rozstaniu, choć do niego przecież teraz nie doszło....

Dalej nie wiem, czy to strach czy ja oo prostu wiem, że tak będzie?
Mam straszne wahania, szczególnie po uderzeniu bólu, który jest rozpaczą, gdy mam ochotę wyć, krzyczeć przychodzi dziwna ulga, ukojenie kiedy myślę sobie, że dam radę. Taki kilkuminutowy spokój.

Gdybym wiedziała, że coś mnie jeszcze w życiu czeka, że kiedyś coś się wydarzy byłabym spokojna. Przeraża mnie, że ja wcale nie mam ochoty żyć, działa instynkt samozachowawczy. Nie widzę sensu w życiu z takim bólem, który nie minie....

16

Odp: skąd wiecie?

Aż sam się sobie dziwie że dopiero teraz zauważyłem mądre posty płynące od aurory. Moja historia przedstawia się dokładnie tak jak wasze tylko że z perspektywy faceta. Zawsze marzyłem o tej jedynej. Wspólne 4 lata, lepienie przyszłości, dzieci, ślub, piękne chwilę. Czar prysł gdy postanowiła odejść. 25 lat wszystko poukładane i bum. I boli bardzo, jednak przede wszystkim dzięki temu forum udaje mi się jakoś stawać na nogi. Po malutku, małymi kroczkami do przodu.

Czyminie, jak wspomniano wcześniej tutaj tkwi w tobie kotwica mentalna, której nie podniosłaś. Nie chce prawić tutaj jakiś swoich mądrości ponieważ ja nie wyleczyłem się w 100%. Spójrz na to z mojej strony. Ja przez pracę widuję się dosyć często ze swoją byłą. Nawet nie wiesz jaką ogromną pracę mój umysł musi wykonywać gdy się z nią widuję. I ryje tą mentalną kotwicą cały czas dno, ona się od niego odbija, by po tym jak np. spotykamy się wrócić na dno. Jednak te odbicia są coraz większe. Wierze w to że za jakiś czas wyciągnę ją.
Skąd wiesz że nic w życiu cię już nie spotka i że ból nie minie ? Za wszystko jest odpowiedzialna twoja głowa i to z nią pracuj.


aurora, moja droga, z racji iż widzę swoje odbicie w Twojej osobie,tylko w wersji żeńskiej smile , mam do Ciebie pytanko. Jak możesz to odezwij się bo ja nie mogę do Ciebie napisać.

17 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-02-26 00:37:27)

Odp: skąd wiecie?
czyminie napisał/a:

Aurora,
Bardzo dobry pomysł wink
Czuję niezmiennie 2 rzeczy:
- ogromną tęsknotę i stratę
- strach, że to nigdy nie minie, że moje życie już zawsze takie będzie i, że już nigdy nie pokocham a zawsze będę kochać jego.

Wiesz, gdyby tak się działo, to byłoby wspaniale. Kochać tych, co od nas odeszli. To trudne, ale uważam, że możliwe, jeśli się na to odpowiednio spojrzy. Posłuchaj... To historia prawdziwa, wydarzyła się w mojej rodzinie: Oboje studiowali medycynę. Byli tuż przed wyborem specjalizacji. Byli fajną parą, miło było na nich patrzeć, świetnie czuliśmy się w ich towarzystwie. On zachorował. Choroba postępowała błyskawicznie. Umarł, a ona została "wdową" zanim jeszcze stała się żoną. Dramat dziewczyny, która była w Twoim wieku, gdy to się wydarzyło...

Nigdy nie przestała go kochać. W tym najbardziej pozytywnym ze znaczeń. Kochać kogoś, kogo nie ma, zabrać tę miłość i przenieść dalej w życie. Potraktować jak prezent od losu sam fakt, że jesteśmy zdolni, aby kochać i że ktoś, w pewnym momencie był dla nas tak ważny, tyle nam z siebie dał, tak dobrze nam było u boku tego kogoś. I czuliśmy się z nim szczęśliwi. Być wdzięcznym, że mogliśmy iść z tym kimś jedną drogą, zanim nastąpiło rozstanie. Ale taka postawa to... tylko dla orłów!

czyminie napisał/a:

Gdybym wiedziała, że coś mnie jeszcze w życiu czeka, że kiedyś coś się wydarzy byłabym spokojna. Przeraża mnie, że ja wcale nie mam ochoty żyć, działa instynkt samozachowawczy. Nie widzę sensu w życiu z takim bólem, który nie minie....

Moja szklana kula stłukła się już jakiś czas temu, więc nie mogę Ci powróżyć, co się stanie za jakiś czas... ;-)

Póki co, wolisz sama się katować, biczować, oskarżać, zniewalać czarnymi myślami, ustawiać "na nie" wobec jakiejkolwiek ożywczej bryzy i babrać w bebechach przeszłości, jak dzieciak w pryzmie mokrego piachu.
To jest Twój wybór, Czyminie. I zupełnie nie wiem, jak emanując taką złą energią chcesz przyciągnąć "NOWE", "POZYTYWNE", "TRWAŁE"...

Zasięg rażenia Twojego pesymizmu jest ogromny. Nic co ma w sobie XY nie uchowa się, nie rozwinie. Nie dajesz temu najmniejszych szans. Póki co, robisz absolutnie wszystko, by ta część populacji, która sika na stojąco, omijała Cię szerokim łukiem...
Wybacz moją szczerość.

18

Odp: skąd wiecie?
lord991 napisał/a:

Aż sam się sobie dziwie że dopiero teraz zauważyłem mądre posty płynące od aurory. Moja historia przedstawia się dokładnie tak jak wasze tylko że z perspektywy faceta. Zawsze marzyłem o tej jedynej. Wspólne 4 lata, lepienie przyszłości, dzieci, ślub, piękne chwilę. Czar prysł gdy postanowiła odejść. 25 lat wszystko poukładane i bum. I boli bardzo, jednak przede wszystkim dzięki temu forum udaje mi się jakoś stawać na nogi. Po malutku, małymi kroczkami do przodu.

Czyminie, jak wspomniano wcześniej tutaj tkwi w tobie kotwica mentalna, której nie podniosłaś. Nie chce prawić tutaj jakiś swoich mądrości ponieważ ja nie wyleczyłem się w 100%. Spójrz na to z mojej strony. Ja przez pracę widuję się dosyć często ze swoją byłą. Nawet nie wiesz jaką ogromną pracę mój umysł musi wykonywać gdy się z nią widuję. I ryje tą mentalną kotwicą cały czas dno, ona się od niego odbija, by po tym jak np. spotykamy się wrócić na dno. Jednak te odbicia są coraz większe. Wierze w to że za jakiś czas wyciągnę ją.
Skąd wiesz że nic w życiu cię już nie spotka i że ból nie minie ? Za wszystko jest odpowiedzialna twoja głowa i to z nią pracuj.


aurora, moja droga, z racji iż widzę swoje odbicie w Twojej osobie,tylko w wersji żeńskiej smile , mam do Ciebie pytanko. Jak możesz to odezwij się bo ja nie mogę do Ciebie napisać.

Witaj Lordzie,

bądź jak Parsifal! Dąż do ideałów. To piękna postawa!

Nie wiem, czy ja, prosta plebejuszka sprostam szlacheckiemu wyzwaniu Lorda, ale spróbuję. Dziwię się tylko, bo mój e-mail jest aktywny... dla zalogowanych... ;-)

19

Odp: skąd wiecie?

Ja jestem świeżo po rozstaniu, sprawy nie ułatwia fakt, że studiuję z byłym chłopakiem i na co dzień mijam go na korytarzach.

Szczerze? To prawda, że bardzo trudno sobie poradzić, na nowo uwierzyć, że życie ma sens i jeszcze czeka nas prawdziwe, nieskrępowane szczęście i miłość.

Ja jednak wierzę.

Każdego jednego dnia w nieskończoność powtarzam sobie, że dam radę to przetrwać. Na siłę wyciągam z siebie te wspomniane kotwice mentalne: wyciągam je nauką, sportem, dbaniem o siebie, szukaniem pracy. Rozmowami z rodziną, pomaganiem w domu, załatwianiem spraw urzędowych.

Wcale nie jestem piękna, wybitnie mądra ani bogata, nie jestem nawet w 100% szczęśliwa. Poczucie pustki i żalu gdzieś tam kołacze się na dnie serca. To wszystko nadal mnie boli. Ale każdego dnia małymi, malutkimi kroczkami staram się dążyć do swoich celów. Kiedy łapię się na tym, że jestem pochłonięta swoimi zajęciami i nie myślę o byłym chłopaku - wtedy naprawdę jestem z siebie dumna i szczęśliwa. Robię wszystko, żeby:
a) myśleć i dbać tylko o siebie, nie o to, co było, minęło i nigdy nie wróci
b) uczynić swoje życie jak najpełniejszym, nadać mu sens

I wiem, że będzie lepiej.

Po pierwsze, znam z życia mnóstwo historii ludzi, dla których nie było już nadziei, ale wszystko się w końcu dobrze ułożyło. Wiem, że warto czekać na swoje szczęście, nie poddawać się za wcześnie. Walczyć o siebie.

Po drugie, wiem, że... moje poprzednie relacje / związki to nie było to. W tym sensie, że widziałam szczęśliwe, dobre relacje i wiem, że one są możliwe i się zdarzają. Po prostu jeszcze nie miałam szczęścia ich doświadczyć, ale prędzej czy później musi się udać. Wystarczy, że spotkam człowieka, który mnie zaakceptuje, zrozumie, i będzie chciał ze mną być. To nie wymagania z kosmosu. Tacy ludzie na pewno istnieją wink

Po trzecie, znam ciemne strony życia. Wiem, jak bardzo życie potrafi dokopać. Dlatego szanuję spokój i kiedy nikt nie umiera, nie jest ciężko chory, to już są wystarczające powody do cieszenia się każdą chwilą, nadziei i pracy nad swoim życiem, żeby się rozwijać.

20

Odp: skąd wiecie?
tomek1a napisał/a:

Moim zdaniem powinnaś się od tego odciąć.

Młody a taki mądry. 100% racji!

21

Odp: skąd wiecie?

a moim zdaniem jest tak, że ruszyłaś do przodu. zrobiłaś przez 1,5 roku dużo. niepotrzebnie się tylko z nim spotkałaś!!!!!!!!! i to sprawiło, że się cofnęłaś. ale może nie na sam początek, tudzież dno, tylko zrobiłaś kilkaset kroków w tył. ale nie jesteś w tym samym miejscu co 1,5 roku temu. daj sobie kilka dni na rozpacz, ale niech ona będzie krótsza. ja teraz po roku jestem już całkiem silna, ale mysle że gdyby ex stanął mi na drodze to poczułabym się podobnie jak ty. nie przejmuj się tak bardzo tym, że znowu się fatalnie czujesz, daj sobie prawo i nigdy więcej nie popełniaj już tego błędu i nie spotykaj się z nim! wydaje mi się, że teraz proces rekonwalescencji potrwa duzo krócej, kilka tygodni i wrócisz do formy, trzymam kciuki smile będzie dobrze!

22

Odp: skąd wiecie?

Myślę, że przełomowym momentem, który pozwala człowiekowi przejść, przez różne życiowe wydarzenia jest akceptacja, zgoda na rzeczywistość, na zaistniałe fakty, przyjęcie prawdy. Dopóki nie ma takiej wewnętrznej zgody - jest rozdarcie i towarzyszące mu emocje. Mnie bardzo zastanawia fakt poszukiwania przez Ciebe tej pewności co do drugiego człowieka, do tego, czy spotka Cię jeszcze szczęście, czy nie...

Czy oprócz rozstania z tym człowiekiem miały miejsce w Twoim życiu jakieś inne poważne w skutkach wydarzenia?Jak wyglądały Twoje przyjaźnie?Czego oczekiwałaś od partnera?

23

Odp: skąd wiecie?

Aurora,

Strzał w dziesiaątkę, Luczniku!
Miesiąc  przed rozstaniem zmarła bardzo bliska mi osoba, i tak...to też przeżyłam pierwszy raz w życiu, więc de facto musiałam przejść dwie żałoby...

24

Odp: skąd wiecie?
czyminie napisał/a:

Aurora,

Strzał w dziesiaątkę, Luczniku!
Miesiąc  przed rozstaniem zmarła bardzo bliska mi osoba, i tak...to też przeżyłam pierwszy raz w życiu, więc de facto musiałam przejść dwie żałoby...

To naturalne, że skamieniałaś z rozpaczy.
Teraz już wstawaj i wędruj w świat.
Pod skórą popiołu czeka na zmianę warty płomień życia...

Ściskam Cię serdecznie, Sikorko!

25

Odp: skąd wiecie?

:-)
Fajny wątek. Chcę napisać bo wpadłem na pewien pomysł dotyczący radzenia sobie z rozstaniem i stratą partnera. Na dziś nie przypominam sobie abym miał istotne doświadczenie w takich sytuacjach (może - to dziwne, kiedyś we wczesnym dzieciństwie, ale co równie dziwne ominęły mnie wtedy skrajne emocje, kiedyś może napiszę). Tak więc pisać mogę tylko teoretycznie.

Myśle o tym jak poradzić sobie ze stratą osoby, która miała wypełnić w naszym życiu "pół świata" - w tym sensie że sprawy zaszły tak daleko, że dwoje ludzi w jakimś momencie postanowiło dzielić życie ze sobą (w tym sensie określenie "pół świata jest uzasadnione).

Czasem sięgam do rzeczy, które napisałem 20 lat temu, zaglądam do jakiś notatek, pamiętników. Zauważam, że w miarę upływu lat staję się KIMŚ INNYM. Właściwie tylko wspomnienia łączą mnie z przeszłością - sam mam wrażenie, że jestem już "nowym" człowiekiem.

Jeśli więc TEN CZŁOWIEK cierpi, przeżywa żałobę po stracie, uporczywie wraca myślą do utraconego partnera i utraconej wizji życia z nim co można zmienić aby się uwolnić?

Może zamiast myśleć jak uwolnić się od myśli o utraconej miłości, pomyśleć "JAK UWOLNIĆ SIĘ OD SIEBIE"? Innymi słowy, jak dostarczyć sobie bodźców i okazji rozwojowych, aby TAMTEGO CZŁOWIEKA uwikłanego w nieszczęśliwą miłość zastąpić zupełnie nową konstrukcją? Nową osobą, osobą nie uwikłaną w przeszłość?

Zatem - jeśli mam rację - podstawowa zasada powinna brzmieć: OD DZISIAJ NIE MOGĘ STAĆ W MIEJSCU.Muszę dowiedzieć się i doświadczyć tyle, aby za czas jakiś, ta część mnie, która beznadziejnie kocha i tęsni była niejako w mniejszości. Potrzebujemy zmiany, rozwoju, nowych umiejętności, nowych fascynacji, nowych doświadczeń międzyludzkich. Gdy te nowe doświadczenia zgromadzą się w nas i staną się dominującą częścią naszej osobowości, do przeszłości wracać będziemy tylko w zakresie w którym jest to wyznaczone "pozostałościami" dawnego "ja". W tej sytuacji będzie można spojrzeć na utraconą miłość, z całkiem nowej perspektywy. Perspektywy osoby nieobciążonej przeszłością.

26

Odp: skąd wiecie?

Z zaciekawieniem przeczytałam ten post, Signore Pozaziemski, choć moja filozofia życiowa jest diametralnie odmienna od Pańskiej. Może właśnie poprzez kontrast z Pana podejściem do rozmaitych spraw, krystalizuje się w jakiś tajemniczy sposób mój własny pogląd na rzeczywistość, jej sens i na gęstą sieć relacji łączących człowieka z Uniwersum. Dziś jednak, jestem po bardzo wyczerpującej i długiej podróży, a potrzebowałabym namysłu, by spleść kilka myśli w sznur porozumienia z Panem.


Dlatego, w tej chwili posyłam jedynie mojego najulubieńszego muzycznego "Red Bulla", idealnego na poniedziałkowe poranki ze szczególną dedykacją dla Czyminie ;-)
http://youtu.be/dVTjdcnEFX4

27

Odp: skąd wiecie?
aurora borealis napisał/a:

/.../ choć moja filozofia życiowa jest diametralnie odmienna od Pańskiej. Może właśnie poprzez kontrast z Pana podejściem do rozmaitych spraw, krystalizuje się w jakiś tajemniczy sposób mój własny pogląd na rzeczywistość, jej sens i na gęstą sieć relacji łączących człowieka z Uniwersum. /.../

Nie przesadzajmy. Mi się raczej wydaje że różnica na dymensji ET<->AB da się opisać jako różnica między znakiem a znaczeniem. Innymi słowy mój i twój mózg działa inaczej. Dla mnie znak jest tylko marną realizacją tego o co w istocie chodzi, Twój świat zaś to znak - tam głównie umościła się Twoja świadomość. Zatem, przywiązując dużą wagę do dosłowności "znaku" możesz mieć czasem wrażenie istnienia nieistniejących różnic, które nawiasem mnie "obchodzą mniej" bo moja świadomość jest w świecie znaczeń i relacji między zjawiskami. Bo "mój świat" to zdolność kojarzenia odległych idei.
Zresztą każdy z moich ulubionych uczestników "forumu" ma świadomość ulokowaną nieco inaczej - przykładowo- z tego co widzę "na dziś" i rozpatrując tylko jakieś ponadnormatywne zdolności - Przyszłość widzi praktycznie zawsze każdą sytuację jako zbiór odległych konsekwencji, Elle jako układ uwikłanych w nią emocji. Dzięki temu zresztą każdy z nas "wyciska" z dowolnej sytuacji co innego i właśnie dlatego jest to tak ciekawe.

28

Odp: skąd wiecie?
EXTRA_terrestrial napisał/a:

Bo "mój świat" to zdolność kojarzenia odległych idei.

ET,
Może w ramach off-topic'u napisałbyś kilka słów nt. powodów Twojego pobytu tutaj, bo przecież nie jesteś typowym użytkownikiem forum :-)

29

Odp: skąd wiecie?
Przyszłość napisał/a:
EXTRA_terrestrial napisał/a:

Bo "mój świat" to zdolność kojarzenia odległych idei.

ET,
Może w ramach off-topic'u napisałbyś kilka słów nt. powodów Twojego pobytu tutaj, bo przecież nie jesteś typowym użytkownikiem forum :-)

U mnie zadecydował przypadek - przy okazji jakieś dyskusji w domu na temat show "Rolnik szuka żony" chciałem się podszkolić i trafiłem na to forum i na wątek dziewczyny, która wyszła za rolnika (zostawiłem tam zresztą jeden z pierwszych postów). Potem zdałem sobie sprawę z tego, że w życiu poznałem DOBRZE właściwie tylko jedną kobietę - w konsekwencji - czytałem wątki i miałem wrażenie że mi się "rozszerzają horyzonty", wręcz ukazują zupełnie nowe światy. Stwierdziłem z pewnym zażenowaniem swoje kompletne dyletanctwo w rzeczonej kwestii. E-tka uważa oczywiście że równie dobrze mógłbym oglądać z nią niektóre programy dla Pań, i wyszłoby na to samo - ale tu jednak jest to interaktywne, można uczyć się w czasie rzeczywistym i na własnych (lub cudzych) błędach. Postanowiłem więc zostać do czasu pojawienia się uczucia PRZEWIDYWALNOŚCI zdarzeń. Jeszcze trochę mi zostało.
Od razu zresztą widzę korzyści ze zrozumienia niektórych spraw. Ma to bezpośrednie przełożenie na kilka rzeczy, które robię w realu - tak w pracy jak i w domu.

30

Odp: skąd wiecie?
EXTRA_terrestrial napisał/a:
Przyszłość napisał/a:

ET,
Może w ramach off-topic'u napisałbyś kilka słów nt. powodów Twojego pobytu tutaj, bo przecież nie jesteś typowym użytkownikiem forum :-)

U mnie zadecydował przypadek...

Nic się nie dzieje przypadkiem.
Niemniej, pewnie nie ja jedna cieszę się, że tu trafiłeś :-)

31

Odp: skąd wiecie?
Przyszłość napisał/a:
EXTRA_terrestrial napisał/a:
Przyszłość napisał/a:

ET,
Może w ramach off-topic'u napisałbyś kilka słów nt. powodów Twojego pobytu tutaj, bo przecież nie jesteś typowym użytkownikiem forum :-)

U mnie zadecydował przypadek...

Nic się nie dzieje przypadkiem.
Niemniej, pewnie nie ja jedna cieszę się, że tu trafiłeś :-)

I ja mam sporą frajdę z poznania Ciebie i paru innych "osobonicków", z których powodu - choć wpadłem tu "nieumyślnie" to zostałem już z pełną "premedytacją".

32 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-03-02 22:46:31)

Odp: skąd wiecie?
EXTRA_terrestrial napisał/a:
aurora borealis napisał/a:

/.../ choć moja filozofia życiowa jest diametralnie odmienna od Pańskiej. Może właśnie poprzez kontrast z Pana podejściem do rozmaitych spraw, krystalizuje się w jakiś tajemniczy sposób mój własny pogląd na rzeczywistość, jej sens i na gęstą sieć relacji łączących człowieka z Uniwersum. /.../

Nie przesadzajmy. Mi się raczej wydaje że różnica na dymensji ET<->AB da się opisać jako różnica między znakiem a znaczeniem. Innymi słowy mój i twój mózg działa inaczej. Dla mnie znak jest tylko marną realizacją tego o co w istocie chodzi, Twój świat zaś to znak - tam głównie umościła się Twoja świadomość. Zatem, przywiązując dużą wagę do dosłowności "znaku" możesz mieć czasem wrażenie istnienia nieistniejących różnic, które nawiasem mnie "obchodzą mniej" bo moja świadomość jest w świecie znaczeń i relacji między zjawiskami. Bo "mój świat" to zdolność kojarzenia odległych idei.
Zresztą każdy z moich ulubionych uczestników "forumu" ma świadomość ulokowaną nieco inaczej - przykładowo- z tego co widzę "na dziś" i rozpatrując tylko jakieś ponadnormatywne zdolności - Przyszłość widzi praktycznie zawsze każdą sytuację jako zbiór odległych konsekwencji, Elle jako układ uwikłanych w nią emocji. Dzięki temu zresztą każdy z nas "wyciska" z dowolnej sytuacji co innego i właśnie dlatego jest to tak ciekawe.

Na ten post, pozwolę sobie odpowiedzieć w Twoim wątku ze względu na szacunek dla problemów Czyminie.

33 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-03-03 00:03:36)

Odp: skąd wiecie?
EXTRA_terrestrial napisał/a:

:-)

Zatem - jeśli mam rację - podstawowa zasada powinna brzmieć: OD DZISIAJ NIE MOGĘ STAĆ W MIEJSCU.Muszę dowiedzieć się i doświadczyć tyle, aby za czas jakiś, ta część mnie, która beznadziejnie kocha i tęsni była niejako w mniejszości. Potrzebujemy zmiany, rozwoju, nowych umiejętności, nowych fascynacji, nowych doświadczeń międzyludzkich. Gdy te nowe doświadczenia zgromadzą się w nas i staną się dominującą częścią naszej osobowości, do przeszłości wracać będziemy tylko w zakresie w którym jest to wyznaczone "pozostałościami" dawnego "ja". W tej sytuacji będzie można spojrzeć na utraconą miłość, z całkiem nowej perspektywy. Perspektywy osoby nieobciążonej przeszłością.

Przebieranie nogami niewiele da ;-)

Moje doświadczenie jest inne.
Właśnie zatrzymanie się, cisza, tymczasowa izolacja, ograniczenie kontaktów, wyzbycie się sztucznego aktywizmu, doświadczenie PUSTKI stało się momentem, gdy przestałam ?kitować? szczeliny mojego "ja" czymkolwiek bądź, byle ?coś robić?. I zrozumiałam, że nie chodzi o robienie czegoś, ale o bycie, o moje w tamtej chwili istnienie. To odczuwanie pustki, braku, niekompletności, głodu, duchowej pustyni, wcale nie jest związane z koniecznością znalezienia wypełniacza, gonitwy w poszukiwaniu stosownego kompozytu. Wręcz przeciwnie. To może tylko zaszkodzić, lub jedynie na jakiś czas odsunąć niekomfortowe odczucia spowodowane stratą. Może zaćmić obraz neurozy, która często objawia się w chwili rozstania w całej swej okazałości.

Ta pustka przypomina studnię. Nie jest przyjemnie zaglądać do studni. Ciemność, wilgoć, głuche echo, odbijające się cienie? Ale na jej dnie jest ożywcza woda, do której trzeba się dostać. Ta pustka, Czyminie, to moment, w którym możesz sprawdzić, czym Ty jesteś wypełniona. Czym jest to źródło? Jaki ma smak?
Studnia jest po to, aby czerpać z niej świeżą wodę. I po to, by ktoś spragniony wędrowaniem, mógł się Tobą ?napoić? ;-)
Ja czuję, że w Tobie jest wiele bogactw, Czyminie. Odważysz się do nich dotrzeć?


Znasz to? :  http://youtu.be/C_pF6YiAh6Q
W czasach, gdy byłam młodziutką dziewczyną ten kawałek służył nam za "rachunek sumienia";-)

34

Odp: skąd wiecie?

Dla ścisłości dodam, że zdecydowanie NIE CHODZI MI o zakrzykiwanie bólu, czy ucieczkę przed bólem, w bezsensowną i niecelową aktywność - jak odebrała to Aurora. Jednak nieudany związek oznacza przynajmniej cztery rzeczy:(1) najprawdopodobniej trafiłem na niewłaściwego partnera (2)jeśli nic z sobą nie zrobię trafię na takiego jeszcze raz (3) jeśli kocham go mimo wszelkich niewłaściwości to i ze mną jest coś nie tak (4) możliwe, że mam swój udział w rozpadzie związku i nie polega  on tylko na niewłaściwym wyborze, ale i nieskuteczności - przynajmniej 50% z mojej strony.
Oznacza to, że potrzebuję zmiany - pracy nad sobą, która doprowadzi do tego, że stanę się kimś - no niestety - innym. Bo pozostając stale tym kim byłem za chwilę znów będę miał okazję powielić wcześniejszy schemat. Muszę więc IŚĆ DO PRZODU - ale nie UCIEKAĆ. Bo ODPOWIADAM za swoje klęski i muszę je WYKORZYSTAĆ jako informację zwrotną o kierunkach dalszego rozwoju.

Przykładowo - staram się zrozumieć - czemu lokuję swoje czucia w tym a nie innym typie ludzi, co powinienem wiedzieć lub umieć aby związek pozostawał atrakcyjny dla obojga, czemu z uporem trzymam się myśli, że ten właśnie (przecież nieudany związek) w istocie miałby mnie dalej uszczęśliwiać. To wyznacza kierunki mojej pracy nad sobą.

Czas "leczy rany" ale sam w sobie nie uczy niczego. Potrzeba czas wypełnić czymś sensownym.

Podobno większość atomów z których się składamy co kilkanaście lat się wymienia... sporo zmienia się też w osobowości człowieka, tylko nie jesteśmy sobie w stanie zbyt dobrze wyobrazić "jacy byliśmy", stąd subiektywne wrażenie jakieś ponadczasowej stabilności. Zatem jeśli straciłem związek z człowiekiem który angażował mnie jako "całego człowieka" powinienem starać się poprzez pracę nad sobą stać się osobą działającą w innych rejonach.

Pamiętam jak w czasach "przed_E-tkowych" próbowałem poderwać przez czas jakiś dziewczynę poznaną na wczasach, z którą kontynuowałem kontakty przez cały kolejny rok. W końcu odpuściłem bo nie widziałem "drogi" która ją by "poruszyła" - nie czułem "odzewu" czy odbicia, a musiałem bardzo się starać, żeby w ogóle rozumiała co mówię. Mimo to wydawała mi się niesłychanie atrakcyjna. Naprawdę bardzo żałowałem, że nic poważniejszego między nami nie zakwitło. Trzy lata później podczas przypadkowego spotkania - rozumiałem już w pełni beznadziejność tamtej sytuacji, jej całkowitą bezcelowość i szkodliwość dla każdego z nas i dziękowałem wielkiemu Mzimu,  że dziewczyna nie odpowiedziała na moje starania zakochaniem. Pogadaliśmy sobie o przeszłości ale rozmowa nie kleiła się, bo wizja tego, że to właśnie z nią mógłbym TERAZ być wydawała mi się aktualnie czymś strasznym (właściwie cały czas myślałem tylko o tym, że mógłbym "tak skończyć"). - Tak właśnie wygląda szybkość dojrzewania człowieka między 18  a 21 rokiem życia :-)

Później jest trudniej o tak dynamiczne zmiany osobowości, więc rozwój musi być trochę "sztucznie" narzucony/podrasowany.

35

Odp: skąd wiecie?

Aurora i ET, mi się wydaje, że piszecie jednak o tym samym...

36

Odp: skąd wiecie?

Witajcie,

Auroro, dziękuję Ci i jednocześnie podziwiam, że jesteś niemal jak Starżniczka mojego wątku (trochę mnie samej).

Czytam Was wszystkich z wielką uwagą i skupieniem. Chłonę to co piszecie i próbuję odnieść do siebie.

Rozgrzebuję samą siebie, rozkładam na małe kawałki aby zrozumieć co się dzieje i dlaczego.
Do pewnego momentu życia - nazwę to życiem przed - nic ani nikogo nie straciłam, mogę powiedzieć, że żyłam w pewnej bańce udanego życia. Ten związek był pięknym dopełnieniem. Pięknym, pierwszym na jaki czekałam. Czekałam na takiego człowieka, miałam taki obraz w głowie, takiego związku chciałam. Nie wiem co się wydarzyło ale nagle rozstanie i jednocześnie śmierć ukochanej osoby. Upadłam najniżej jak się dało...wydawało mi się, że się podniosłam, może nie wyprostowałam do końca ale byłam conajwyżej przygarbniona. Teraz znowu jestem na klęczkach.

Przez to, że nawiązał ze mną kontakt, czuję się ponownie odrzucona, jakbym ponownie musiała się oswoić z myślą, że nigdy go nie będzie, jakby to do mnie na nowo docierało, jakbym przeżyła to od początku. A przecież nie było go ponad 1,5 roku... tak głupie to jest. A mnie znowu wizja życia bez niego przeraża.

Mój największy problem? Strach. Ogromny strach co dalej, jak będzie wyglądało moje życie za 5, 10 lat? Czy zrealizuję swoje największe marzenie - założenie rodziny? Czy cokolwiek się zmieni? Bo skąd mam wiedzieć? Elle zadała bardzo słuszne pytanie co ten związek mi dawał. To, że nie bałam się przyszłości, miałam na nią jakiś plan, była przewidywalna, do zaplanowania i zrealizowania. Teraz jest jedną wielką niewiadomą. A skoro jest niewiadomą, nie mogę położyć w niej żadnych nadziei.
No i właśnie ten brak nadziei najbardziej mnie boli. Nadziei najbardziej potrzebuję. Takiej pewności, że za te kilka lta będzie inaczej, że może jeszcze coś się wydarzy...
Czuję, że nic mnie nie czeka. Żyję po to, żeby przetrwać, ciągnę życie, którego przyznaję szczerze nie lubię.
Tak, nie lubię swojego życia. I pewnie powinnam zadać pytanie "czy lubię siebie?"
Tak, naprawdę uważam siebie za fajnego człowieka, który może drugiemu coś zaoferować. Uważam, że zasługuję na miłość, na naprawdę fajnego człowieka u swego boku, tylko...czy jest to mi przeznaczone? Może pragnę czegoś co nie jest dla mnie? Może muszę nauczyć się pokory od życia i tego nie oczekiwać?
I ciągłe szarpanie się w środku, na ile mam kontrole nad swoim życiem, a na ile jestem zdana na to co się dzieje. Dostałam dwa mocne policzki od losu, więc nie mam poczucia bezpieczeństwa w ogóle.
Stąd moja próba programowania podświadomości od nowa, tylko czy to coś zmieni? Sprawi, że może w moim życu coś się wydarzy? Bo póki co od 1,5 roku nie wydarzyło się nic co mogłoby w jakikolwiek sposób zrekompensować stratę. I jestem już umęczona czekaniem...Przez to mam straszne myśli, odczucie, że nie dam rady, że już dłużej nie chce bo nie wytrzymam.

Nie boję się przyznać, że jestem kobietą kochającą za bardzo, uzależnioną, ale jeszcze nie wiem co tym zrobić, jak z tego wyjść, czy mam jakiekolwiek narzędzia w ręku żeby to zrobić? I czy można być uzależioną od miłości tylko do jednej osoby a nie ogólnie?
Nie chcę żeby zabrzmiało to nieskromnie, nie taki mój cel, ale zarówno przed nim jak i po nim nigdy nie mogłam narzekać na zainteresowanie mężczyzn (paradoksalnie nawet teraz, pomimo tego, że jak powiedziała Aurora wydzielam "wampirzą energię", której notabene jestem świadoma) Zawsze spotykam się z opinią, że jestem atrakcyjną, fajną dziewczyną. Ale tylko raz chciałam z kimś być, tylko raz coś poczułam. Już nie spotkałam człowieka, który by coś we mnie poruszył...

Od czego zacząć? Od jakiej terapii/autoterapii? Skoro nie mam problemów z zachowaniem - nie nawiązuję kontaktu, nie reaguje na kontakt z jego strony, a mam problem z uczuciami, myslami i strachem?

37 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2015-03-03 13:01:50)

Odp: skąd wiecie?

Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy?

Czyminie,
Słowa Aurory wywołały we mnie poczucie winy za off-topicowanie Twojego wątku, więc pozwól, że się poprawię i odniosę do meritum poprzez próbę odpowiedzi na pytania, z którym zwróciłaś się do uczestników forum.

Przeczyłalam wszystkie posty w Twoim wątku i w sumie z każdym się zgadzam, bo w każdym odnalazłam kawałeczek ze swojej własnej drogi, która wiodła i przez PUSTKĘ, i przez uświadomienie sobie własnego udziału w wykreowaniu rzeczywistości, stanowiącej mentalną kotwicę aż do świadomej redefinicji siebie, która wymaga poznania swojego prawdziwego JA. Na końcu chodzi o to, aby oddzielić to co jest rzeczywiście moją potrzebą od tego, co mi zostało wpojone przez rodziców, nauczycieli, aktualny układ społeczny i wzorce kulturowe.
Istnieje cały szereg wewnętrznych "mechanizmów", które nie pozwalają nam wyjść z relacji, która albo się już de facto skończyła albo jest dla nas szkodliwa. Dzisiaj wiem, że trzeba je poznać i powoli, uważnie rozbroić jak bombę. Rozbrajania bomby dokonuje się poprzez zrozumienie, co i dlaczego trzyma nas w danej relacji, czy to mentalnie, czy również fizycznie, nie pozwalając zakończyć niszczącego nas zwiazku.

Jak to zrobić?
Przyjrzeć się własnym myślom, tj. dialogom wewnętrznym, które się prowadzi oraz wizualizacjom, które się samemu tworzy smile
Wtedy gdy zaczynasz prowadzić z sobą dialog wewnętrzny lub tworzysz wizualizację to zaczynasz wierzyć w swoje myśli, a gdy wierzysz w swoje myśli to pojawiają się emocje, które mają już wymiar realny. W ten właśnie sposób wirtualne myśli zmieniają się w coś realnego, w coś, co czujesz we własnym ciele. Gdy są emocje to pojawiają się Twoje konkretne zachowania, reakcje na emocje. I tak oto zaczynasz tworzyć także konkretną rzeczywistość, bo materializujesz mysli, idee, intencje. Urzeczywistniasz myśli. Dlatego też nie możesz ufać wewnętrznym dialogom, przez które czujesz się poniżona, odrzucona lub gorsza. To, co mogę Tobie poradzić to, gdy pojawiają się niechciane myśli,  oddychaj spokojnie, stój i czekaj aż strach, obawa, lęk odejdzie. A odejdzie, gdy "zrozumie", że ich nie czcisz.

Odpowiadając na Twoje pytania: wiem, że ból minie, bo przyjmę proaktywną postawę, nie pozwolę zagościć bólowi u siebie zbyt długo, a gdy przyjdą myśli, które sprawiają ból przyjrzę się im z dystansu i pozwolę iść dalej, nie zatrzymująć ich, nie wielbiąc ich, nie urzeczywistniając ich.
Dzisiaj traktuję związek jak wartość dodaną, która ma dawać mi dodatkową satysfakcję i szczęście w życiu i nie buduję wokół relacji istoty swojego bytu, bo poza związkiem realizuję się w wielu innych rolach.
Gdy oderwiesz się od wpojonego wzorca, który stanowi, że tylko w związku możesz być szczęśliwa, gdy tylko tę myśl zechcesz prześwietlić, to stanie się dla Ciebie oczywiste, że emocjonalnie przeżywasz zaimplementowaną ideę.
To wcale nie oznacza, że powinnaś zaniechać myśli o związku, miłości i bliskości z drugim człowiekiem. Chodzi o to, żeby z tej myśli nie robić centrum swojego wszechświata.
Życzę powodzenia smile

38

Odp: skąd wiecie?

Ech, Czyminie?

Szkoda, że to Forum to nie antyczny Peloponez i że nie posiadam mocy herosów, bo rozprawiłabym się z Twoimi kłopotami raz ? dwa! ;-)

Ale nikt i nic nie odbierze mi wiary w potęgę dobrych, serdecznych myśli wysyłanych w tę przestrzeń, w której się obecnie znajdujesz. Pisałam Ci już w Twoim pierwszym wątku, że molekuły Twojej historii i historii innych ?idealistów?, są mi szczególnie drogie i bliskie, bo znajome. Wysyłam więc do Ciebie strumień dobrej energii i (jeśli cokolwiek to dla Ciebie znaczy) mojego Anioła.

Myślałam dziś o Tobie.
Lubię takie myśli sfruwające ni stąd, ni zowąd. Te kropelki pamięci o kimś, kto przeżywa trudne chwile.

Rok temu, 3 marca, poszłam do psychiatry. Pamiętam to, bo zanim weszłam do gabinetu, zdałam sobie sprawę, jak nisko upadłam, skoro musiałam się tam udać. Nie dowierzałam, że ja, w której mieszka na stałe chochlik-chichrajec (skubaniec, nigdy nie płaci mi czynszu!!!) i której temperament Pan Bozia wystrugał kozikiem satyry nieopodal Malagi, a żeby było śmieszniej obdarzył także słowiańską duszą, stoję przed drzwiami kliniki, w której pracuje kwiat miejskiej psychiatrii, której mam słono zabulić za to, że przez godzinę będę wysmarkiwać moją prywatną opowieść o porażce, usłyszeć diagnozę, którą sama sobie wystawiłam za free i dostać podłużne dobrze ostemplowane świstki na trzy magiczne pastylki, które mają sprawić, że za parę tygodni złowieszcze cumulonimbusy odpłyną z mojego czerepu ulegając transpiracji?

Dno, dno, dno i jeszcze dwa kilometry mułu? Tym byłam w swoich własnych oczach i tym się czułam.

Posłusznie zażyłam pierwszą dawkę antydepresantów, ale na całe szczęście mą durną psychikę zdominowała najczystsza biologia i ?haftowałam? po tej dawce niczym hafciarka z kaszubskiego koła gospodyń wiejskich. Nie tknęłam tej ździorby nigdy więcej?

Dzisiaj na pamiątkę dnia 3 marca 2014 poszłam do tej apteki, gdzie wykupiłam zalecone przez psychiatrę ?eliksiry życia?. (Stale zresztą je trzymam na widoku, aby przypominać sobie, jak potrafię być powichrowana mentalnie i do czego się doprowadzić). Stałam przed tą apteką i właśnie wtedy przyfrunęła myśl o Tobie, Czyminie i usiadła na moim ramieniu ;-)

Chciałabym, abyś popatrzyła razem ze mną na witryny tej apteki i zatoczyła koło po trudnych i bolesnych wydarzeniach Twojego życia. Abyś nie szukała gwarancji na udaną przyszłość, nie nawoływała pewności o tym, że się uda zrealizować pragnienia, tylko zaczęła żyć. Najprościej jak można, bez oczekiwań, a za to z wdzięcznością z każdego nowego dnia.

To, co czujesz teraz to zmieniona chemia mózgu, to typ osobowości, to system reagowania, który zna Twój organizm broniący się od dawna przed destrukcją. Jedyny, jakiego się wyuczył. Bo on jest jak małe dziecko, które boi się tak wielu rzeczy i dopiero trzeba je nauczyć dzielności, cierpliwie tłumaczyć mu dlaczego nie warto się lękać. Teraz strach wypełnia Twoje wnętrze w tak wielkim stopniu, że nie ma tam miejsca na nic innego. Na żadne inne uczucie.
Najpierw postaraj się zaakceptować, że tak właśnie z Tobą jest. Że źle się czujesz, że tęsknisz, że brakuje Ci Go, że z trudem znosisz samotność, że coś się w Tobie pogruchotało po rozstaniu, że często płaczesz? Pozwól wreszcie, aby to wybrzmiało w Tobie do końca. Nie hamuj tego, nie zatrzymuj. To proces. Nie pytaj ile będzie trwał. Bo to tak, jak wędrować po górach ciągle zadając pytanie kiedy dotrę na szczyt? W ten sposób nie jest się w stanie zachwycić mijanymi po drodze owocującymi jagodzinami, zwinną salamandrą, tranzytem słońca na tle skał, granicą piętra alpejskiego, wolnością? A przecież to one wypełniają czas pomiędzy mozołem wspinania się wciąż wyżej i wyżej oraz koncentrowania się na spływającym po ?rowku pupnym? pocie?

A to na Twoją dobrą noc ;-)   http://youtu.be/Eiwi9dAPurA


PS

czyminie napisał/a:

Nie chcę żeby zabrzmiało to nieskromnie, nie taki mój cel, ale zarówno przed nim jak i po nim nigdy nie mogłam narzekać na zainteresowanie mężczyzn (paradoksalnie nawet teraz, pomimo tego, że jak powiedziała Aurora wydzielam "wampirzą energię", której notabene jestem świadoma) Zawsze spotykam się z opinią, że jestem atrakcyjną, fajną dziewczyną.

W Twoją atrakcyjność nie wątpię. Przeczuwam ją moją kobiecą intuicją ;-)
Jak po rozstaniu gwałtownie schudłam z rozpaczy 15 kilo, to też wszyscy mówili, że się "wylaszczyłam", tyle że w środku nosiłam próchno...
Wydźwięk moich słów miał być inny. Nie będąc sama dla siebie atrakcyjną, nie lubiąc swojego życia, nie lubiąc siebie, nie masz za bardzo czym obdarować kogoś, kogo podobno chciałabyś pokochać i założyć z nim rodzinę. Dlatego konieczna jest inwentaryzacja Twojego "sezamu", bo miłość to obdarowywanie...

39

Odp: skąd wiecie?

przeczytaj prosze moja historie, na pewno minie i wszystko bedzie dobrze ale to bedzie wymagalo od Ciebie duzej pracy i duzej cierpliwosci. Najfajniejsze rzeczy w zyciu zwykle wlasnie tego wymagaja smile motywacja/cierpliwosc i pokora... powoli... ale do przodu! powodzenia!

40

Odp: skąd wiecie?

Espresso,

Przeczytałam i gratuluję! Tak bardzo chciałabym się znaleźć w tym miejscu co Ty, już po prostu powoli tracę nadzieję, że będę mogła. Ale obiecuję sobie, że od teraz będę czytać tylko takie historie.

Auroro,

Jak dobrze, że jesteś! Jesteś niesamowitą Kobietą, od której płynie tak ogromne ciepło, że naprawdę nie wiem czemu przeżyłaś to co przeżyłaś, po co, czemu Ci się to przytrafiło??

Chciałabym Ci opowiedzieć jak jest i mam nadzieję, że przeczytasz/spojrzysz swoimi oczami. Uspokajasz, wiesz?

Wczoraj miałam okropny dzień, ale może to było moje katharsis? Nie było 10 minut, żebym nie wyła z bólu. Nawet nie umiem tego opisać, czegoś co we mnie krzyczy i nie może znaleźć ujścia. Nie wiedziałam czy najpierw zwariuję, czy pęknie mi serce. To był ten moment, w którym najbardziej na świecie chciałam zniknąć i nie rozumiałam czemu nie mogę. Desperacko szukałam jakiejkolwiek ulgi, ale wiesz...to taki stan, w którym myśli myślą się same, spirala, w której każda kolejna jest gorsza od poprzedniej. Piekło, stan, w którym sama dla siebie stałam się największym wrogiem. Skąd we mnie (teraz ciągle mniejszej) tyle bólu? Jak on się tam zmieścił?

Dzisiaj? Dzisiaj jestem wściekła. Może nie powinnam pielęgnować w sobie tego uczucia, ale ono jest motorem napędowym, tak miłe i lepsze od tego bólu...Jestem wściekła na siebie i na niego. Ale dzięki temu myślę, że nie mogę się poddać, że nie warto, że przecież ja mam 26 lat i całe życie przed sobą. Że udowodnię i sobie i jemu, że dam radę i przetrwam! Czy to normalne? Tak skrajne uczucia...

Nie czując tego ogromnego bólu, który rozsadza każdą moją cząstkę myślę bardziej racjonalnie. Rozgrzebuję siebie i swoje zachowania.
Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie - czemu się tak od niego uzależniłam. I może znalazłam jakąś częśc odpowiedzi?

Nie chcę mówić, że jest złym człowiekiem ale...bardzo niedostępnym uczuciowo. Przez te kilka lat związku nigdy nie usłyszałam, że mnie kocha, sam powiedział, że nigdy tego nie powiedział i nie wyobraża sobie, że mógłby powiedzieć. Zawsze powtarzał, że nie rozumie uczuć, nie wie skąd one mogą być w ludziach i po co?
Nigdy nie rozumiał tego, że ktoś może coś czuć. Jest najbardziej racjonalną osobą na świecie. I wiesz? Zniszczył wiele dziewczyn (zranił ich naprawdę wiele zarówno przed naszym związkiem jak i po naszym rozstaniu). Tłumaczył to zawsze tym, że to druga strona odpowiada za swoje oczekiwania a on nie jest winny jeśli im nie chce/nie może sprostać. Zawsze to były przelotne znajomości bez zaangażowania z jego strony Jednocześnie potrafił być ciepły, czuły. Chyba klasyczny mechanizm uzależniania.
Jednocześnie jest najbardziej pewną siebie osobą, powtarzającą, że zawsze zdobędzie to co chce. Nigdy nie przeżył żadnej porażki.
Oczywiście żadnej przemocy psychicznej i fizycznej, ale ciągła niedostępność...
A teraz? To jego zachowanie, nawiązanie ze mną kontaktu - wiem, że jest pokazem swojej siły. Udowodnieniem, że jak wszystkie inne nie będę potrafiła nie ulec.

A co ja w nim kochałam? Właśnie taką siłę, to, że mam tak silnego racjonalnego mężczyznę, który idelanie równoważy się ze mną nadwrażliwą i emocjonalną...
no i chyba nie ma co ukrywać to, że to ze mną stworzył związek, że mi się udało, że ja byłam tą, z którą stworzył pierwszy raz kilkuletnią relację (zresztą do tej pory powtarza, że byłam jedyną kobietą, z którą był w stanie się zaangażować) może karmiło moje ego?

Nie wiem, czy to co teraz napisałam, coś zmieni, coś pomoże, ale robię wszystko, żeby zrozumieć i coś zmienić. Staram się ugryźć temat od każdej strony.
Nie wiem czy on mnie nauczył pewnych wzorców (był pierwszym mężczyzną w moim życiu) czy ja je już miałam wcześniej?
Może Elle byłabyś w stanie coś powiedzieć? Twoje uwagi i analizy, znajomość mechanizmów są zawsze na najwyższym poziomie.

Dziękuję!

41 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-03-06 00:38:33)

Odp: skąd wiecie?

Łódeczko na oceanie?

Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że emocjonalnie znajdujesz się właśnie w okolicach ?piekielnego? Przylądka Horn targana sprzecznościami i smagana wiatrem wspomnień. Opłyniesz go, ale trzeba opracować strategię.

W pierwszym rzędzie dokonać zamiany zaimka osobowego z ON na JA. To będzie taki gramatycznie usprawiedliwiony egoizm. Zatem tymczasowy kurs to: ?cała naprzód? na własne Ego! ;-)))

Bo, nawet gdyby Twój Ex-Ukochany był złotym medalistą maratonu po kobiecej psychice i jej potrzebach, jego nie ma już u Twego boku, a o ten ?bok? trzeba teraz wyjątkowo zadbać, zanim pojawi się Wydanie Drugie Poprawione ?ONego? zdolnego do trwałej relacji, ożenku i (ewentualnie rozmnażania wedle Waszych potrzeb).

Nie będę tu uprawiać komparastyki Twoich oczekiwań z opisywanym przez Ciebie Uczuciowym Drwalem, z którym się rozstałaś i powodów Twojego w nim zadurzenia, bo ufam, że albo znajdziesz takie motywy w bliźniaczych do Twego wątkach, np. w Hipermarkecie dla Porzuconych, jakim jest wątek Icemana (bite 153 strony literatury tematu) albo wypowie się tu na Twoją prośbę, Elle, której sama wiele zawdzięczam, bo mi zawsze podwiązki się osuwały, gdy czytałam jej komentarze w rozmaitych miejscach. Z jakiegoś dna rozpaczy potrafiła wydobyć salwy mojego śmiechu. A zdolność do serdecznego, naturalnego, głośnego śmiechu była jedną z ?jaskółek? zwiastujących moje uzdrowienie. Wielbię tę Dziewczynę za to i ufam, że kiedyś czeka Ją wielka nagroda.

czyminie napisał/a:

nie wiem czemu przeżyłaś to co przeżyłaś, po co, czemu Ci się to przytrafiło??

Nie wiem i pewnie Cię zdziwię, ale w tym życiu już nie chcę tego wiedzieć. Być może Niebiosa chronią mnie w ten sposób przed jakąś brutalną prawdą, z której poznaniem nie umiałabym sobie dać rady jako kobieta...

Trzymaj się, Czaroduszko!
Powodzenia!

Posty [ 41 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026