Witajcie,
Jak zapewne większość z Was znalazłam się tutaj z powodu rozstania. Problem tym większy, bo miało miejsce półtora roku temu (!). Przez pierwsze 6 miesięcy nie wiem co się ze mną działo, żyłam wyparciem, nie potrafiłam dopuścić do siebie świadomości, że to koniec, chociaż nie miałam żadnych podstaw. Tylko nadzieja pozwalała mi przetrwać. Ale było coraz gorzej. W końcu trafiłam do psychiatry (diagnoza stany depresyjne i lękowe), leki, terapia. W między czasie dowiedziałam się o kilku sprawach, które pozwoliły mi przestać chcieć wrócić do byłego, ale nie przestać go kochać (teraz już wiem). Tak to szło. Próbowałam wszystkiego, pierwszy rok - całkowicie sama, później pierwszy raz w życiu przelotna znajomość, a później drugi w życiu kilkumiesięczny związek. Skończyło się, bo nawet nie miało prawa się udać, prawda jest taka, że nie pokochałam.
Ale wydawało mi się, że naprawdę tamto mam za sobą...
Teraz, od miesiąca jestem w miejscu w którym byłam na samym początku, zrobiłam milion kroków w tył. Mam nadzieję tylko, że jest to spowodowane tym, że mój były pierwszy raz od rozstania nawiązał kontakt. Doszło do kilku spotkań, wiadomości z jego strony. A ja? Jestem znowu chodzącym bólem, z którym nie umiem sobie poradzić. Znowu muszę walczyć o to, żeby przetrwać kolejne 10 minut i nie zwariować, nie umrzeć z tego bólu.
Wróciło poczucie odrzucenia, ogromnej straty i tęsknoty. Nie wiem czy może to być spowodowane tym, że się ze mną skontaktował, czy gdyby nie to, byłoby łatwiej? Nie przestałam kochać, to wiem. Zweryfikowałam swoje uczucia. Dalej kocham...
Moje pytanie. Skąd wiecie? Skąd wiecie, że ból mija, że można sobie ponownie ułożyć życie, że można jeszcze kiedyś poczuć szczęście? Skąd wiecie, że zamknięcie jednego rozdziału otwiera ten lepszy? Ja przez ten cały czas ani jednego dnia nie czułam się chociaż w jednym procencie tak jak podczas tamtego związku. Owszem, z czasem przywykłam, ale tylko przywykłam. Jestem przerażona, boję się najbardziej na świecie, że to się nigdy nie skończy. Widzę siebie w tym samym stanie za kilka lat, tak naprawdę zawsze. Nie udało mi się nic nigdy przedtem ani nigdy potem poczuć do nikogo, nic chociaż odrobinę zbliżonego. Jeśli tak ma być zawsze, to naprawdę nie dam rady, już czuję się na skraju. W takim stanie nie wiem po co żyć. Czuję, że nic mnie nie czeka, więc po co? To jest tak silne przekonanie....że chyba naprawdę słuszne. Pierwszy raz w życiu nie mam nadziei na nic. To boli najbardziej.
Coś robię źle, na pewno. Ale nie wiem co. Czemu to uczucie nadal we mnie jest? Co z tym zrobić? Czy mogę coś zrobić?