hej... chyba potrzebuje sie wygadac. Jest sobie Pan X. Z Panem X byłam 1,5 roku. Związek pełen kłótni, awantur, zbyt zimny, zbyt.... Ale się zakochałam. Na śmierć. Na zawsze. Tak bardzo, że dla tej miłości zrobiłabym wszystko. Wiem dlaczego nam nie wyszło. Mała dziewczynka z dojrzałym facetem który w środku jest malym dzieckiem. To nie miało szans...
Po rozstaniu umarłam, rozpadłam się na drobne kawałeczki. Wyłam, krzyczałam, umierałam, błagałam... Na samo wspomnienie robi mi się słabo... Ale do rzeczy...
Minęło 1,5 roku od rozstania... On był z inną, ja byłam z innym... On wie, wie ze dalej kocham, wie jaki jest dla mnie ważny... Boje się ze już nikogo tak bardzo nie pokocham. Baaa... ja jestem tego pewna...
2 dni temu napisał. Że ona odeszła. Po prostu bez słowa się spakowała i wyszła. Ze nie radzi sobie. Że ma problemy. Finansowe, że sie rozpada, że umiera. Pojechałam. Zrobiłam obiad. Udaje twardzielkę. Sama sobie wmawiam że nie mam nadziei na nic. On ciągle powtarza, że nie chce mnie skrzywdzić, ze czuje się samotny, że dziękuje za pomoc, że mam na siebie uwazać, że się boi że to sie na mnie źle odbije. Że nie wie jak mi dziekować. Spałam u niego, całą noc drapiąc go po plecach i pocieszając.
Nie umiem inaczej, po prostu nie mogę mu pozwolić się załamać, niezależnie od tego co by się działo musze mu pomóc. Ale w tym momencie wysiadam. Ona do niego napisała, że może nie przemyslała. Może za szybko. A on stwierdził że nie wie co robić. Czuję ze do niej wróci. Po prostu. Skoro ona ma wątpliwości a on kocha... I chociaż wiem, że nie mogę się od niego odwrócić to w tym momencie wysiadam i strasznie się boję....
Nie wiem czego od Was oczekuje.. Rady, pomocy, wysłuchania? Chyba po prostu musiałam gdzieś przelać swoje myśli żeby nie pękła mi głowa.