Cześć.
Nie wiem dlaczego szukam pomocy na Waszym forum. Właściwie nie wiem czy pomocy, czy może chcę wyrzucić to co leży mi na sercu.
Jestem mężczyzną. Tym bardziej dziwię się sobie, że tu piszę.
Od kilku miesięcy życie mnie wykańcza. Zacznę może od początku. 2 lata temu poznałem kobietę, kilka lat starszą ode mnie, pracowaliśmy razem i dzięki temu mocno się zbliżyliśmy, ja bylem samotny, ona z mężem i synem jednak między nimi było źle. Często rozmawialiśmy na bardzo osobiste tematy, wkradał się między nami dotyk, inni o nas plotkowali, spotykaliśmy się poza pracą, jednak nigdy nie nawiązaliśmy żadnego większego romansu. Po jakimś czasie zacząłem się w niej zakochiwać, czułem się przy niej wyjątkowo. Wydawało mi się, że ona również coś do mnie czuje. Gdy ja byłem już pewien, że ją kocham, ponad życie, jak nikogo innego, nigdy wcześniej, wszystko się skończyło. Oddaliła się, przestała odzywać, unikała mnie.
Ja... załamałem się, szczerze mówiąc nigdy nie myślałem, że mogę znaleźć się w takim stanie. Totalnie straciłem chęci do życia. Co jakiś czas nachodzą mnie myśli samobójcze, gdy przed snem rozpamiętuję ją i to co nas "łączyło" często zalewam się łzami. Gdy wracam z pracy do domu idę do łóżka i nie wychodzę w niego do końca dnia. Porzuciłem moje wszystkie zainteresowania.
Nie wiem co mam z sobą zrobić, próbuję znaleźć inną pracę, niestety bez skutku.
Nie wiem jak to ująć, ale ona ma nade mną "władzę absolutną" zrobił bym co tylko by chciała, oddał bym wszystko, żeby z nią być. Nigdy nie spotkałem tak pięknej i inteligentnej kobiety. Nigdy.
Co mam robić? Odchodzę od zmysłów. Czuję się jak ostatni kretyn i idiota. Od dzieciaka byłem uczuciowy (nie myślcie tylko proszę, że jestem jakimś mięczakiem), miłość zawsze była dla mnie w życiu priorytetem. Czy można tak kogoś kochać? Czy faktycznie miłość nieodwzajemniona jest tą najmocniejsza?