Dzieliło nas sporo: środowisko (u niego w domu problem alkoholowy rodziców, u mnie brak nałogów ale za to chłód emocjonalny); wiek (niby tylko kilka miesięcy jestem starsza, ale rocznikowo o rok); zainteresowania (fan piłki nożnej vs. wielbicielka tego co nieznane itp.); religia (zagorzały katolik a ja niekoniecznie)... I takich różnic mogłoby się jeszcze znaleźć kilka ale w sumie uzupełnialiśmy się. To co nas na pewno łączyło, a może i połączyło - niesamowite poczucie humoru, tak podobne. Nikt mnie tak nie rozśmieszał i tego teraz mi bardzo brakuje.
Poznaliśmy się poprzez jego siostrę, a my dwie znałyśmy się z gimnazjum. Od czasów gim. zaczęłam bywać w ich domu dość często, ale rozmawiałam tylko z nią. On jest ogólnie zamknięty, ale tak czy siak ze mną nie miał ochoty wtedy się zaprzyjaźniać, chociaż zagadać, żeby móc spędzić czas we troje. Ale mnie też jakoś nie ciągnęło do przyjaźni z nim. Taki zamknięty w sobie, dziwak trochę - myślałam. Tak więc gimnazjum upłynęło mi na przyjaźni z jego siostrą.
Gdy zaczęła się szkoła średnia zaczęły się dojazdy. Widywaliśmy się na przystanku, dość często. Patrzyliśmy na siebie bojowo, żadne nie kwapiło się chociaż kiwnąć głową na 'cześć', a przecież się znaliśmy. Ja też jakaś super otwarta nie jestem, więc się dobraliśmy. Przyjaźń z jego siostrą trwała dalej, ale już zaczęła się psuć, z czasem przestałam czuć się dobrze w jej towarzystwie. Wpędzała mnie w kompleksy, demotywowała, zawstydzała... Zrozumiałam wszystko dopiero na studiach, ale o tym później. Dla mnie szkoła średnia trwała 4 lata, maturę miałam tego roku co jej brat właśnie. No i z pewnego przedmiotu byłam kiepska, a on był geniuszem. Z tego powodu podczas spaceru we troje (wyjątkowa okoliczność to była, przed tym spotkaniem podobno oboje dopytywaliśmy się jej czy drugiemu nie będzie przeszkadzać obecność jego/moja) zdecydowałam się na odwagę zapytać się czy udzieli mi paru lekcji - zgodził się. Wtedy się zaczęło.
Pierwsze spotkanie tylko we dwoje, było faktycznie tylko we dwoje, gdyż u niego byliśmy sami. Wprawiło nas to w zakłopotanie i onieśmielenie, ale w trakcie nauki napięcie opadło. Po paru godzinach nauki przyszedł czas na luźne rozmowy i pierwsze żarty. Innego dnia po wspólnej naszej nauce wrócila do domu jego siostra i pouczyła mnie z innego przedmiotu. On uczył się czegoś innego w tym samym pokoju. Wtedy stało się coś, co właściwie przekreśla całą tę ideę przyjaźni - zauroczyłam się. Po prostu widząc jego spojrzenie spod ciemnych włosów coś mnie trafiło. Z czasem było gorzej, coraz bardziej go lubiłam, on mnie chyba też. Zaczęliśmy się na siebie otwierać. Niestety inicjatywa spotkań była na początku głównie z mojej strony, ale z czasem to się trochę zmieniło.
W ciągu pierwszych dwóch lat studiów mieliśmy fajny kontakt. Oboje już trochę dojrzeliśmy życiowo, otworzyliśmy się na siebie bardziej. W międzyczasie zauroczenie mi minęło z powodu jego ogromnej blokady na tą sferę (nigdy nie miał dziewczyny, ani raczej bliższej przyjaciółki, poza kobietami z rodziny, totalna blokada), poza tym i tak nie wydawał się raczej zainteresowany mną w ten sposób, chociaż miałam wrażenie że jest chemia. Z tyłu głowy to zauroczenie raczej mi pozostało, ale wypierałam to, próbowałam układać sobie związki z innymi facetami.
Po drugim roku studiów, w lipcu, zaproponowałam spotkanie. Miałam dołek, a jego obecność zawsze poprawiała mi humor. Spotkanie to było chyba przełomowe w naszej znajomości. Wybraliśmy się na wieczorny spacer, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. On nieświadomie zbliżał się do mnie fizycznie, np. siedząc na ławce usiadł tak blisko że zetknęliśmy się ramionami. Wcześniej tego nie robił, jak już to ja to robiłam, ale on nigdy. Poza tym jakieś miłe teksty z tego strony, zachowywał się, powiedziałabym... zalotnie. To dziwne odczucie patrząc na to co działo się w naszej znajomości na początku. W pewnym momencie na tamtym spotkaniu nazwał mnie swoją przyjaciółką, wcześniej tego nie robił. Przy pożegnaniu tak ładnie na mnie patrzył... Ale pożegnaliśmy się jak zawsze, po prostu cześć-cześć, nigdy się nie przytulaliśmy itp.
Potem się ode mnie odsunął, nie umówiliśmy się więcej, chociaż ja chciałam. Na Boże Narodzenie wysłał krótkie życzenia, a jakiś czas potem zobaczył mnie z chłopakiem, kiwnął mi głową ale nie podszedł się przywitać, minę miał niewesołą. Parę razy próbowałam zainicjować rozmowę poprzez sms albo fb, ale nie odpisywał.
Od tamtego Bożego Narodzenia minął rok, a nic praktycznie się nie zmieniło. W te święta to ja wysłalam życzenia - zero odzewu. Tak więc definitywnie nie mam zamiaru więcej się poniżać. Niestety boli mnie to, że straciłam kogoś kogo lubiłam. Może to nawet nie była przyjaźń, tylko jakaś dziwna relacja, dziwny twór.
Sporo osób sugerowało mi , że w końcu się zakochał, ale bał się mi to mówić, wolał się odciąć, a potem poczuł zazdrość o mojego chłopaka. Może to prawda a może nie. Dziwne takie dość nagłe zaprzestanie kontaktu, generalnie nic mu nie zrobiłam, przecież sam z siebie nazwał mnie tą swoją przyjaciółką, dla osoby tak zamkniętej jak on musiało to coś znaczyć. Powiedział też że tylko ze mną mu się tak dobrze rozmawia - po co więc kończyć taką relację?
To głupie ale na pewnym etapie naszej znajomości myślałam, że jesteśmy sobie przeznaczeni, hehe. To chyba dlatego, że raz jak byliśmy na wypadzie to kupił tymbarka i na kapslu było napisane coś w stylu: jesteście sobie przeznaczeni. Ja poczułam się niezręcznie ale nie dałam po sobie poznać, a on powiedział, że to nastrojowe (te słowa z kapsla), czy jakoś podobnie to ujął.
Brakuje mi go. Mieszkamy na jednym osiedlu, możliwe że na siebie wpadniemy kiedyś face to face, co wtedy? Nie wiem. Jakoś ostatnio mam fazę na wspominanie tej znajomości, nie wiem czemu. Tak jakoś z samotności chyba...