Witajcie!
Chciałabym z Wami po prostu pogadać, rozważyć wszystkie za i przeciw... Skłoniło mnie do refleksji wczorajsze zajście... Późnym popołudniem źle się poczułam. Czułam, że zbliża się "mój" atak. "Mój" atak to dławiący ból nerwowy, idący przez cały tułów, uspokaja go tylko napicie się wody, herbaty, napoju, czegokolwiek. Czuję wtedy jak centymetr po centymetrze schodzi z płynem ten ból. Takie ataki mam od ok. 15 roku życia. Ale wczoraj ten atak był inny, bo poczułam, że się zbliża, ale okropnie zaczęło mnie boleć, piec z lewej strony. Trwało to kilka godzin, w końcu pojechałam na pogotowie. Lekarz powiedział, że to prawdopodobnie nerwica. Jestem spokojną osobą, niewybuchową, a wszystkie negatywne odczucia, stresy, nerwy kumulują się, ja im nie daje upustu no i w końcu atakuje mnie taki ból nerwowy.
Wiem, że przyczynia się do tego na pewno tryb życia. Ja prowadzę dość intensywny. Mam w tygodniu co drugi weekend zajęty bo robię podyplomówkę. W tygodniu mam dwa popołudnia w miarę wolne, że wychodzę z pracy tak jak inni ludzie, natomiast resztę dni pracuję po ok. 10-12 godzin. Przed Świętami przez 6 tygodni nie miałam ani jednego dnia/popołudnia odpoczynku. I teraz zastanawiam się czy nie zrezygnować z dodatkowej pracy, którą wykonuję, a dostaję za nią 200 zł/miesiąc. Tutaj gdzie mieszkam dodatkowe 200 zł miesięcznie to sporo, zwłaszcza przy większych wydatkach jakie ostatnio ponoszę. Druga strona medalu jest taka, że ta dodatkowa praca nie jest dla mnie satysfakcjonująca i męczy mnie trochę psychicznie. Jestem rozbita bo nie wiem co zrobić.