Piszę, ponieważ w moim związku dzieje się bardzo źle. Ogólnie wygląda to tak, że mój chłopak mieszka w moim mieszk., razem ze mną i moim dzieckiem (z poprz. małż). Problemów jest kilka i tak sobie myślę, czy to ja do tego doprowadziłam, czy może oboje ponosimy za to odpowiedzialność?I jakie kroki powinnam poczynić, by nie zatracić siebie, choć być może już się to stało...
Pierwszy problem - mój facet, chociaż starszy, mam wrażenie, że nigdy nie dorośnie. Przez kilka lat związku toczyliśmy kłótnie o to, że na I miejscu są jego koledzy, imprezy, alkohol, ciągłe zwiewanie, brak wsparcia dla mnie/nas. On uważa, że się czepiam, że jestem chamska, wredna, niewyrozumiała, że potrafię zepsuć każdy weekend i każdy wyjazd (zawsze z jego kolegami). Zawsze powtarza, że widziały gały co brały... No a ja jak ''brałam'' to był to wrażliwy, zabawny, lubiany przez wszystkich, pracujący facet...
Mój kontrargument - oczekuję wsparcia, zrozumienia, obecności i życia jak w rodzinie. Nie obchodzi mnie związek na pół gwizdka.
Drugi problem- praca. Jeśli chodzi o mnie- Do tej pory pracowałam głownie na umowie-zleceniu, zdarzało się, że bez umowy, miałam spore problemy finansowe, no i problem z opieką dla dziecka. Gdyby nie oszczędności, byłoby naprawdę kiepsko. Dodam, że potrafię racjonalnie gospodarować pieniędzmi, chcę żeby moje dziecko miało wszystko co najlepsze. Pomaga nam ex-mąż (alimenty), ale fakty są takie, że wielu rzeczy musiałam sobie odmówić np. wycieczki, imprezy itd. czyli czegoś, bez czego większość ludzi w moim wieku nie może żyć, do tego grona zalicza się też mój chłopak. W zeszłym roku np. pojechał sobie na męski wypad z kumplami, mnie zostawił samą, bo nie było mnie stać... No i tu dochodzimy do sedna- mój TŻ przez ost. rok prowadził firmę, zarabiał niemałą kasę, jednak musiał spłacać leasing i swoje karty kredytowe, zostawała mu taka ''średnia krajowa''. Nigdy nie oczekiwałam, że będzie mnie utrzymywał, ale fakty są takie, że za mieszkanie u mnie płaci grosze, wydatki na dom+ jedzenie w 80-90% pokrywałam JA. Oczywiście poruszałam ten temat, ale dla mojego faceta chyba nie stanowiło problemu to, skąd biorę pieniądze, pomimo tego, że nie pracuję lub zarabiam niewiele...Było mi przykro. Od kilku tyg. chłopak nie pracuje, był zmuszony zakończyć działalność. Od razu pomyślał o wyjeździe za granicę( na pytanie co ze mną odpowiada, że mogę jechać z nim, choć wie że to niemożliwe, bo ja w przeciwieństwie do Niego mam dziecko i nie chcę się tułać po świecie), aplikował też do dobrej firmy w PL, ale na razie wszystko jest w tzw. ''zawieszeniu''.
Mówiąc delikatnie, sytuacja mnie przerasta. Poza pracami dorywczymi od ok. pół roku żyję w permanentnym stresie związanym z finansami, a teraz jest jeszcze bardziej nerwowo, bo nie wyobrażam sobie utrzymywać faceta w sile wieku, w momencie gdy sama mam problem z utrzymaniem siebie. Oczywiście- On też mi tego nie powie wprost, ale to ja robię zakupy i dbam o nas. Ostatnio powiedział, że jestem popie* i że jestem EGOISTKĄ, bo się czepiałam, że jest niesłowny, znika kiedy potrzebuję jego zaangażowania w dom (zwłaszcza, że ma teraz sporo czasu, kiedyś była wymówka, że pracuje i b. późno wraca). To fakt z tym czepianiem i darciem się. Rozumiem jego stresy, ale no kurcze- sama mam takie od dawna i jakoś nie otrzymywałam empatii współmiernej do problemu. To rodzi we mnie ogromną złość, wiem, że nie panuję nad emocjami. Może to dziwne, ale w pewnym sensie cieszę się, że On nie ma tej pracy, bo tak naprawdę dopiero teraz zaczyna rozumieć co ile kosztuje, że pieniądze znikają szybko i imprezowy styl życia odpada. (Wcześniej potrafił mi wyrzucać, że jestem nudna lub nie angażuję się w nasze wspólne spędzanie czasu, w większości przypadków na mieście każdy płacił za siebie) Na dłuższą metę oczywiście tak być nie może. Tyle, że Jemu oszczędności już się kończą, już zapowiedział, że może sobie w każdej chwlii wrócić do mamy (inne miasto). Zwyzywałam go od maminsynków. Uogólniając - dorosły niby facet, ale przy pierwszym potknięciu radzi sobie gorzej niż ja. Brak mu motywacji, jest przyzwyczajony do rozwalania kasy i używkowego trybu życia (ost. usłyszałam, że pije przeze mnie). Znam mechanizmy alkoholizmu, dlatego dałam sobie czas (tak-sobie), że albo weźmie się w garść albo koniec.
Przez ost. lata wiele przeszłam, niejedna osoba na moim miejscu strzeliłaby sobie w łeb, ale jakoś daleko mi do myślenia, że wszystko co dobre,już za mną i że zasługuję tylko na takie traktowanie. Czasem słyszę ''przepraszam'' , ale te słowa już znaczą dla mnie tyle co nic. W trakcie ostatniej kłótni, gdy usłyszałam, że jestem popierd* ,zwątpiłam...(po wszystkim wyszedł na miasto (z kim i gdzie tego nie wiem, wiem tylko że wrócił o 4 nad ranem). Nawet w zakończonym małżeństwie takie słowa nie padały. A ja muszę dbać o siebie i dziecko i nie wiem czy mam siłę czekać na jakieś zmiany. Z drugiej str. nie biorę tego aż tak do siebie, bo znam swoją siłę, mam jak sądzę sporą wiedzę psychologiczną, która pozwala mi rozumieć mechanizmy kryzysów związkowych, zaburzeń (neurotyzm, depresja, nerwica, złe wzorce w rodzinie, uzależnienia)-> czyli wszystko z czym zmagam się w związku. Sama przeszłam terapię dla DDA i wiem, że nie łatwo się ze mną żyje, ponieważ dużo wymagam i do wszystkiego podchodzę emocjonalnie, walczę z depresją...No ale, wychodzę z założenia, że jak się ma problem, to się go leczy. Niestety wiem, że mam tendencję do patrzenia na świat w kategoriach czarne-białe, stąd chciałabym poznać opinie obcych mi osób.