Witam wszystkich,
chciałabym się z wami podzielić moją historią, wyżalić, hm... nie wiem jak to nazwać. Musiałam podjąć decyzję o uśpieniu, ale o tym dalej.
Otóż miałam pieska, taki średni kundelek (mieszaniec) miał ok 20 lat. Miałam go od małego, pamiętam gdy był mały, był taki słodziutki, jak większość małych zwierząt zresztą ![]()
Już jako duży i dorosły pies też był moim słodkim pupilem, do którego byłam bardzo przywiązana, do jego występków, podstępków, nawet do tego, że chwilami nie chciał mnie słuchać, bo i tak robił swoje.
Pamiętam jego merdający ogonek gdy wracałam do domu i wąchanie noskiem po torbach z zakupami czy mam dla niego jakiś smakołyk (zawsze mu coś kupowałam gdy wracałam do domu)
. Pamiętam jak był zły gdy się z nim bawiłam, a on miał już dosyć zabawy, a ja go drażniłam dalej, co czasem lubił, najpierw okazywał złość, a po chwili oddawał się dalej w rytm zabawy.
Pamiętam codzienne ranne pobudki, skomlenie, drapanie aby go wypuścić na podwórko. Pamiętam jak czułam jego ciepło gdy się do niego przytulałam w chwilach gdy było mi smutno. Chodzenie na spacery, uspokajanie go w noc sylwestrową gdy drżał jak galareta gdy strzelano fajerwerkami... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność ![]()
Tak samo jak i u ludzi, tak samo i u zwierząt przychodzi czas na starość. Już w ostatnim roku swego życia stan azorka zmienił się. Nie chciał się bawić, męczył się zwykłym chodzeniem, większość zębów mu wypadła (musiał spożywać miękki pokarm), zdarzyło się, że kilka razy spadł ze schodów, większość dnia przesypiał. Nie merdał już tak często ogonkiem, ciężko oddychał jakby miał coś z płucami ![]()
Trudno się było dziwić, nie był już młodzieniaszkiem. Czasem były takie momenty kiedy zachowywał się jak za młodu, ale było to tylko chwilowe i bardzo rzadkie.
Miał już słaby wzrok, gdy wychodził na podwórko myliły mu się drzwi itp. Jednak chodził o własnych siłach, jadł, apetyt również mu dopisywałam.
Mój piesek odszedł ok. miesiąca temu. Ostatnie trzy tygodnie jego życia to była dla niego zapewne męka. Jak to się zaczęło.
W pierwszym tygodniu zaczął wymiotować, kilka razy w dzień i w środku nocy również. Po dwóch dniach przestał, myślałam, że wszystko wróciło do normy. Niestety. Dzień spokoju i na czwarty dzień to samo. Prócz wymiotów miał takie napady jakby duszności, oddychał bardzo ciężko, a jego płuca podnosiły się tak mocno jakby miały się zaraz rozerwać. To były takie napady które ustępowały, a potem wracały ponownie.
Pojechaliśmy z pieskiem do weterynarza, dostał zastrzyki, wróciliśmy do domu. Trzy dni nie wymiotował, zostały mu tylko te napady duszności. Minął tydzień i znów zaczęło się to samo:
- wymioty (kilka razy w dzień i w nocy również).
Próbował coś jeść niestety po zjedzeniu czegoś zaraz to zwracał w kawałkach, nie przetrawione. Na dodatek, wymiotował jakąś żółcią. Pamiętam gdy wstawałam rano, a było cicho, gdy podchodziłam powoli do azorka bałam się, że znajdę go martwego.
Znów wizyta u weterynarza, zastrzyki na wzmocnienie, antybiotyk itp. Robiono mu różne badania jak np. na cukrzycę itp. wszystko było w normie. Weterynarz powiedział, że niestety starość jest nieuchronna i może być tak, że pieska narządy przestały poprawnie funkcjonować. Wtedy weterynarz wspomniał o uśpieniu pieska, powiedział, jak się nie poprawi w najbliższym tygodniu dwóch powinnam przemyśleć takie rozwiązanie, aby azorek się nie męczył.
Wróciliśmy do domu, azorek był jeszcze osłabiony. Nie rozważałam jeszcze tego co powiedział mi lekarz, wierzyłam, że stan psa się poprawi. Niestety myliłam się.
Było tak jak na początku, kilka dni spokoju (napady duszności jednak nie ustępowały, pojawiały się dwa trzy razy w ciągu dnia jak na początku, czasem częściej.) Znów były wizyty u weterynarza, znów zastrzyki i powrót do domu. Tak w kółko. Mój piesek już tracił siły, stracił apetyt, gdy wymiotował to żółcią co było dla mnie niepokojące. Potem ataki duszności zrobiły się bardziej poważniejsze, tak jakby wyrywało mu płuca (przy czym głośno sapał, a czasem nawet pojękiwał). Z dnia na dzień stan jego się pogarszał.
Wizyt u weterynarza mieliśmy może ok. 10. Potem zaczęłam zastanawiać się nad tym, co powiedział mi weterynarz (chodzi o uśpienie). Przez chwilę o tym myślałam, a po chwili odpychałam te myśli, gdy jednak widziałam momenty w których pies się męczy i które były coraz częstsze znów powracałam myślami do tego. Tak bardzo nie chciałabym aby się mój piesek męczył, ale w głębi duszy miałam niedużą nadzieję, ale miałam, że wyzdrowieje.
Znów wizyta u weterynarza, przedostania. Znów leki. Tym razem dłuższa rozmowa z weterynarzem. Chciałam dowiedzieć się, jak odbywa się uśpienie, czy pies nic nie czuje i czy to dobre wyjście. Chciałam poznać jego zdanie na ten temat.
ODPOWIEDZIAŁ MI:
To oczywiście Pani decyzja. Ja jednak jako lekarz, mogę powiedzieć, że zrobiła Pani wszystko, aby go wyleczyć. Niestety, nie zawsze można. Pies ma już swoje lata, żyje już naprawdę bardzo długo, a takie życie to już dla niego męczarnia, stan jego już się nie poprawi, będzie już tylko gorzej.
Opowiedział mi, jak wygląda usypianie, że pies nic nie czuje i dla psa jak i dla mnie będzie to najlepsze wyjście, bo pozwolę swojemu pupilowi odejść godnie i bez bólu.
Powiedział też inne mądre słowa odnośnie takich sytuacji (ja nigdy w ten sposób na to nie patrzyłam).
Powiedział, że jeśli pies się męczy i nie ma już dla niego szans, najlepszym rozwiązaniem jest uśpienie go. Niektórzy właściciele swoich pupili nie dopuszczają do siebie takiego rozwiązania i jest to z ich strony egoizm, bo pozwalają psu męczyć się w ostatnich dniach i patrzą na to zamiast pozwolić im godnie umrzeć. A tą egoistyczną cechą jest to, że za wszelką cenę próbujemy przeżyć z pupilem jeszcze kolejne dni i jeszcze kolejne (co z jednej strony jest zrozumiałe) jednak z drugiej strony zapominają, że to pupil jest najważniejszy.
Właściciel pupila ma w obowiązku zapewnić mu godne życie i godną starość, a pozwalanie na to, że pupil się męczy, stan się pogarsza i nie rokuje się poprawy, pozwalanie na to nie jest godną starością.
Dlatego też po zastanowieniu, podjęłam tą decyzję
W ostatnich dniach już nie mógł wstać, próbował się podnieść na dwóch przednich łapach, na tylich już nie mógł, czołgał się. Zaczął robić pod siebie. To już mi otworzyło oczy, że nie ma co liczyć na poprawę.
Pojechaliśmy do weterynarza. Byłam przy tym jak mój azorek dostał zastrzyk po którym miał zasnąć. Głaskałam go, a po kilku sekundach usnął
Potem ten decydujący i ostatni zastrzyk. Trzymałam rękę na jego serduszku i czułam jak zaczyna wolniej bić, do chwili, aż przestało bić....
To był już koniec. Płakałam, tak bardzo było mi go szkoda. Nie pogodziłam się z tą myślą jeszcze, z tym, że go nie ma. Jednak wiem, że chyba było to najlepsze wyjście. Teraz już się nie męczy.
Znajomi mi mówią, żebym wzięła innego psa. Na razie nie chcę o tym słyszeć, na razie nie chcę innego psa i nie wiem czy w ogóle będę chciała. To był mój pierwszy pies i chyba już ostatni.
Nie chciałabym przechodzić tego samego, patrzeć jak odchodzi. Pomimo tego iż wiem, że gdy odchodził nie męczył się, to jednak był to dla mnie smutny widok.
To tyle. Długa historia, dla osób które będą chciały to przeczytać.
Pozdrawiam.