Hej!
Chciałabym napisać co czuje, i żebyście mi napisali, czy ja jestem chora psychicznie, czy coś jest ze mną nie tak
żebyście oceniły.
Mam, właściwie - miałam faceta. Byliśmy ze soba trzy lata, w tym dwa ze soba mieszkaliśmy. Mam 23 lata, on starszy. Takie wiecie - mieszkanie w wielkim miescie, wynajecie wspólnie pokoju, bo taniej, bo blisko siebie, bo się kocham - słodko. Z tym że tak naprawdę od początku pokazywał mi że jednak jeżeli nie poświęce mu 100% uwagi, to będzie mi bokami uciekał. Co mam na myśli? Otóż, już po kilku miesiącach zwązku, naprawdę przez czysty przypaedek - znalazłam na jego poczcie wymianę maile, gdzie on wysyłal jej swoje "przyrodzenie", a ona nie pozostawała mu dłużna. Z tym ze jak zdarzyło się to pierwszy raz, nie chciałam go od razu skreślać, przeprosił, ukochał - wybaczyłam. Potem w przeciągu tego związku podobne sytuację miały miejsce 5-6 razy, gdzie już z końcem zaczęłam nałogowo go sprawdzać, o czym oczywiście nie wie do dziś - aby mieć pewność że nic nie kręci. Nie raz odkrywałam jakieś flirty - nic sobie z tego nie robiłam, nie raz widziałam jak pisze z koleżanką coś w rodzaju "seks na odległość" - nie reagowałam od razu. badałam. Badałam jak zawodowy detektyw. Łamałam hasła jak inteligentny haker. Czułam kłamstwo w spojrzeniu i gestach. Bo jeżeli kogoś już się obrze zna - doskonale można to wyczuć.
Co do tych, hmm.. nazwyjmy to "zdrad", bo poniękąd tak się właśnie czułam - zdradzana (chociaż jestem pewna że fizycznie do niczego nie doszło) - więc co do tych zdrad próbowałam z nim o tym rozmawiać, najpierw przepraszał, z czasem zaczęły się krzyki o przeeglądanie jego prywatności i włażenie w jego życie. Nigdy nie uwazałam ze bylam bez winy, bo nie chciałam tego robic, nie chciałam mu grzebać, ale jak mogłam mieć pewność, skoro tyle razy już postąpił w podobny sposób z dziewcxzynami będąc ze mna?
Wiem, że wiekszości z was będzie to sie wydawać chore, i napiszecie ze mogłam to zakończyc wcześniej, z tym że go kochałam. I to już była chorobliwa miłosć. Oboje się ze sobą meczylismy, ale nie moglismy żyć bez siebie. Jakaś tragedia gotycka.
Dalej.. co było dalej, trudno to streścić w kliku zdaniach
ale uważam że mimo wszystko potrafił o mnie dbać, czułam się przy nim bezpiecznie. Ale świadomość bycia możliwie "jedna z kilku" nie dawała mi spokoju. Zaczęły się kłótnie żale..
A co jest w tym wszystkim najgorsze?
Nie żałuje że stało się jak stało, bo nie raz patrząc na to obiektywnie, wiem że ciągnełabym za sobą ciągle to samo bagno. Boje się tylko że sobie nie poradze sama, ze nie dam sobie rady, ze zgine. Wraz z moim facetem odeszły wszelkie znajomości, bo poswieciłam mu cały swój czas, a swoich znajomych zaniedbałam. Czyli nie mam nikogo prócz rodziny.
I Ciężko mi z tym. Bardzo ciężko, czuje jakbym przegrałam życie, jakbym stała się wyobcowana.
Koniec końców nadal z nim mieszkam. Szok, co? Mieszkam z nim ze względu na umowę o mieszkanie - tj dwa miesiące wypowedzenia. Mamy oddzielne łóżka, ale mojemu ex juz cała ta nasza wielka miłość przeszła, już pisze z innymi dziewczyami do późna, rozmawia z nimi, mozna powiedzieć legalnie.
wyobraźcie sobie jak się muszę czuć. oczywiście mogłabym sie spakować i wyjechac, w dupie z kaucją, w dupie z ... ale chyba po prostu jestem masochoistką.
Mam nadzieje że mi jakoś w tym pomożecie, nie chodzi o wsparcie, chodzi o zrozumienie, bo wiem że ciężko to zrozumieć.