Witam serdecznie,
Mój post zapewne będzie bardzo długi, ale chciałabym opisać wszystko jak najdokładniej, wszystko co może mieć znaczenie i ewentualnie pomóc.
1,5 roku temu przeżyłam pierwsze w swoim życiu rozstanie. To był mój pierwszy związek, trwał ponad trzy lata, dwa mieszkaliśmy razem. Kochałam bardzo mocno. Pewnego dnia wrócił do domu i powiedział, że się wyprowadza. Tyle widziałam człowieka. Nie usłyszałam ani słowa wyjaśnienia. Przez pół roku nie wiedziałam jaki był powód. Przeżyłam to tak mocno, że wpadłam w depresję i stany lękowe co zakończyło się leczeniem farmakologicznym i terapią. Ale dałam radę. Czas, leki, informacje o byłym sprawiły, że zamknęłam ten etap i wyszłam z tego. (do tego stopnia, że na próby powrotu z jego strony reaguję śmiechem). Do tej pory nie wiem jak mi się to udało ale udało. Osiągnęłam równowagę, zaczęłam normalnie żyć, cieszyć się i nie czuć bólu. Przez ten czas byłam sama, z nikim się nie spotykałam. Wiedziałam, że to nie ten moment a w dodatku nie potrafię być z kimś byle by być. Tak zleciał rok.
Kilka miesięcy temu poznałam pewnego chłopaka. Z dozą niepewności ale pod namową przyjaciółki zaczęłam się z nim spotykać i tak jakoś się potoczyło. Było naprawdę dobrze. Ja zobaczyłam światełko w tunelu i nadzieję na coś fajnego. No właśnie...i to mnie zgubiło.
Rozstaliśmy się. Sytuacja jest dziwna, bo to ja bardziej podjęłam taką decyzję, ale to była reakcja na jego zachowanie. Zaczął mnie olewać, mniej się starać, ale podejrzewam, że po prostu się w nim wypaliło, znudziło. Nieważne. Musiałam to zakończyć dla swojego dobra. Nie zdążyłam pokochać, zaangażować się tak, żeby cierpieć. A jednak cierpię.... Nie tęsknię, nie chodzi o niego. Chodzi o moje życie.
Boję się, boję się tak samo jak rok temu. Czuję to samo co rok temu. Czarne scenariusze w głowie, brak jakiejkolwiek nadziei. Bo ja już głupia sobie na nią pozwoliłam i ponownie się rozczarowałam. Mam taki żal do siebie, za to że uwierzyłam, że będzie lepiej, że moja walka była po coś i los się odwróci, że nie mogę się teraz pozbierać...
Rok walki o siebie poszedł na marne, jestem w tym samym miejscu. Boję się jak przedtem. Bo ile można próbować i ile porażek przeżywać? Czuję to jako znak od losu - głupia, naiwna babo idź inną drogą, a nie dalej marzysz o szczęśliwej, pięknej miłości.
No i to mój problem. Ten ostatni związek uświadomił mi, przypomniał, że miłość jest dla mnie najważniejsza. Nie umiem znaleźć w życiu nic równie ważnego. Najgorszą wizją życia jakie mogę sobie wyobrazić - to życie samej, mającej tylko pracę i nic więcej. Dla mnie - piekło na ziemi. Jak mam to zmienić?
Dlaczego nie potrafię znaleźć szczęścia w niczym innym? Co robię nie tak? naprawdę próbuję, próbuję zająć się innymi sprawami, ale odczuwam miałkość - pustkę. Dziura, której nic nie wypełni. Jak bardzo bym nie próbowała.
Wszystko zakończyło się kilka dni temu - świeża sprawa. Nie muszę walczyć z tęsknotą, wiem, że tak musiało się stać. Ale czuję ten sam strach co poprzednio. Nie mogę spać o jedzeniu też zapominam. Nie mogę skupić się na niczym, a w głowie mam takie miliony myśli, ze wariuję. Nie potrafię pomyśleć o niczym innym, poczuć niczego innego niż lęk przed przyszłością i najgorsze scenariusze życia w głowie.Czuję sama po sobie, że wprowadzam się w to samo błędne koło co rok temu. Nie chcę, nie chcę już nigdy tak się czuć. Wiem jak było, nie chcę tam wracać. Ale mój mózg ponownie stał się moim wrogiem.
Bardzo chcę sobie pomóc, ale nie wiem jak...
