Witajcie wszyscy:)
Postanowiłam tu napisać, opisać swoją historię. Nie jest mi łatwo, bo obawiam się nawet tu nie spotkać zrozumienia.
Kilka słów o mnie może na początek, bo jak przeczytacie moja historyjkę możecie uznać że mam 13 lat;)
no więc lat mam 30, nie głupia, nie brzydka, lubiana, bez kompleksów większych, towarzyska itd (wad też się parę znajdzie ale trzymajmy się tematu:))
NO więc tak:
Zakochałam się 4 lata temu, zakochałam na maksa. Tak, nie ma co tragizować, człowiek powinien się cieszyć. Na dodatek z wzajemnością się zakochałam. Problem w tym, że przez Internet.
Nie zastanawiam się tutaj czy to możliwe, czy nie. Zakochać się przez Internet... Ja wiem, że możliwe. Może nie ma to nic wspólnego z wielka miłością budowana w stałych związkach, ale zakochać się można wierzcie mi. Kilka lat temu w ogóle nie brałabym takiej możliwości pod uwagę, ale co zrobić trafiło mnie jak dzieciaka....
Przez pierwsze miesiące chodziłam kilka metrów nad ziemią. poznałam człowieka z którym mogłam porozmawiać o wszystkim, o niczym... podobne zainteresowania, podobne poczucie humoru, podobne wartości w życiu.... no bajka no.
Poza tą bajką moje ostatnie 4 lata wyglądały tak że wciąż czekałam, oboje chcieliśmy się spotkać i już już miało to nastąpić i nici....
I ja i on mówiliśmy że tego chcemy, ja chciałam i to jest pewnie, w drugą stronę nie wiem, bo ja nic już nie wiem i tyle.
Tak jest 4 lata. Odchodziłam, uciekałam z Internetu, on też. Po drodze każde z nas próbowało skończyć naszą znajomość widząc że to bez szans (on mieszka za granicą i o powrocie trudno marzyc narazie a ja wyjechać nie mogę). Każde moje "odchodzenie" kończyło się tym, że próbowałam sobie układać życie z kimś innym. Ale nie da się. Po prostu się nie da. Każdy z mężczyzn poznanych po moim zakochaniu internetowym jest nie tym, którego szukam. Nie umiałam się w nich zadurzyć, zakochać, nie umiałam ich oszukiwać no i kończyło się samo powiedzmy. Potem moje wyrzuty sumienia, że w ogóle próbowałam czegoś innego tak bardzo kochając mojego Internetowego.... te wyrzuty sumienia były za każdym razem straszne. Czułam się jakbym zdradzała jego, samą siebie, swoje uczucia, wartości.
No i tak jest do dziś. 4 lata....
Czas leci, a ja zapomnieć o nim nie mogę, nie umiem, nie potrafię. Być z nim też nie ma jak. Ja bym chciała, on by chciał i nic z tego nie będzie bo się po prostu nie da.
I co ja mam zrobić?
Jak złapać jakiś punkt zahaczenia w życiu że będzie mi się chciało znów budzić?
Beznadziejne to wszystko....
Nie mam sie komu wygadać, dlatego napisałam