Zacznę plagą tego forum ..
romans z żonatym. Starszy sporo, żonaty, dzieci dorosłe. Znaliśmy się wcześniej, flirt, dwuznaczności, podpuszczanie, zaczęło się. Trwało rok. Jasny układ. W między czasie zakochanie się.. a im bliżej siebie, tym ciężej.. chyba jednak jemu. Czułam, że coś nie tak. Wisiało w powietrzu. Zadzwonił, że jest w okolicy, czy może wpaść pogadać. Przyszedł, nie rozmawiamy, nie rusza żadnego tematu, o pogodzie, jak zwykle to przebiega .. łóżko.. a zaraz po mi oświadcza, że chce.. spontanicznie. Jak mi się udało opanować, nie wiem. Syknęłam tylko, że jak chce spontanicznie to do burdelu. I tak rozpoczęło się nie rozstanie, a cały proces rozstania. Próba przejścia do codzienności, każdy niech swoim życiem żyje, nie jesteśmy już "razem".
Nadal łączy nas jedno miejsce, społeczność, stowarzyszenie, gdzie wpadamy na siebie i nadal tam bywamy, gdzie mieliśmy wiele wspólnych spraw. Bez tego byłoby pewnie łatwiej. Emocje .. a my działaliśmy na siebie .. źle. Bardzo źle. I bywało nawet gorzej. W napięciu i sprzeczkach przygadywałam "a co tam u żony?!!" "powiedziałeś jej już?". Moje gadanie. Miałam swoje silne emocje, jak chęć zemsty, złość, pomysły, żeby zniszczyć mu życie (nie, nie wiem po co), żeby jego żonie powiedzieć (nie, też nie wiem po co), ale udawało mi się to uspokoić. Słów mniej. Na jedną ze wspólnych imprez przyszedł z żona. Nie widziałam jej wcześniej. Według niego to sytuacja obojętna przecież .. dla mnie mniej. Po jakimś czasie zaczęłam przygadywać. Nie wytrzymał. Oświadczył, że wszystko w domu wyjaśni, że powie bliskim przyjaciołom (wspólnym znajomym), a może i innym, że podejmie inne zdecydowane środki, jeśli będzie taka potrzeba. Że odbierze mi .. szantażowanie i zastraszanie ( bo to z nim wg niego robiłam). Przestraszyłam się. O co? Że niepotrzebnie sobie życie rujnuje, że nie musi.. Chciałam go wtedy zatrzymać. Głupia byłam.
I faktycznie, zaczął opowiadać historię.. swoją. Zaczął mnie oczerniać. Postawił się w roli ofiary, historię zaczynał od szantażu i znęcania się. Że zagrażałam jego rodzinie, życiu... psom kostce brukowej.. nie wiem. Wymknęło się to spod kontroli. Wspólne miejsce, wspólni znajomi. Nie wiem o dokładnie mówi .. Co mogłam zrobić, to .. nic. Zostawiłam to tak. Wymieniliśmy dwa mejle między sobą, gdzie prosi mnie o uczciwość, żebym mówiła prawdę, czyli o szantażu i znęcaniu (..)
Po tygodniu spotkaliśmy się w naszym miejscu i weszliśmy po kilku godzinach w przegadywanie się, na forum ludzi. JA taka, on taki, zamieszanie. A po tym spotkaniu w nocy zaczęło się. Dzwoni o, dzwoni obcy numer, nie odbieram, w końcu odbieram, jego żona. Dzwoni, bo słyszała że ja chcę z nią rozmawiać (??), nie odpowiedziałam, dzwoniła tak 3 godziny (70 nieodebranych połączeń), do północy. Na drugi dzień od rana .. później kolejny numer, i sms od córki .. dwa dni i kolejny numer w nocy i kolejne wiadomości, druga córka. Że wiedzą, ze jestem taka i taka, chora, zła, prymitywna, niefajna.. ze chcą tylko pogadać, ze mogę już na zawsze zniknąć z ich życia. Żona go broni, chroni, córki .. zgłupiałam gdy je na mnie nasłał.
Powiedział jej i tak ot, wybaczyła? I kocha i chroni? Co on nagadał??? I jak ja mam się odnosić? Być może za niedługo spotkamy się na kolejnej imprezie we wspólnym miejscu .. ja z nią nie chcę rozmawiać. Po co? Z nimi? O co tu chodzi?? Pomóżcie ogarnąć sytuację proszę.