Opowiem Wam dzisiaj historię, która absolutnie Wami wstrząśnie. Historię, której wiary sama nie daję, a która na zawsze zmieniła mój pogląd na miłość. Jestem pewna, że wiele z Was szczerze mnie znienawidzi i powie, że zasłużyłam. Nie będę absolutnie nikogo winić za ciętą krytykę, dla której zresztą się tutaj pojawiłam. Ta historia jest przestrogą dla wszystkich kobiet, które brną w podobną relację z mężczyzną. Bardzo chciałabym, żeby nauczyły się na moim błędzie lub przynajmniej przemyślaly swoje decyzje. To bardzo, bardzo ważne...
Otóż parę lat temu, poznałam wspaniałego faceta online. Obcokrajowca. Dogadywaliśmy się od samego początku. Obydwoje byliśmy zawziętymi gamerami, więc spędzaliśmy wolne chwile grając przez sieć. W tym samym czasie, choć jeszcze wtedy nie miało to znaczenia, obydwoje byliśmy w związku. Na początku to była czysta przyjaźń, często nawet spędzaliśmy czas opowiadając sobie wzajemnie o swoich partnerach. Z moim niestety zbyt dobrze mi się już wtedy nie układało, ale byliśmy ze sobą z przywiązania, jak głupie by to nie było. U niego, wydawało się, też nie było kolorowo, więc często zwierzał mi się ze swoich problemów prosząc o rady.
W pewnym momencie doszło do punktu, gdzie zaczęłam czuć, że coś się zmienia. Zaczęłam się do niego przywiązywać, jego maile zmianiły ton na o wiele bardziej prywatny. Po paru miesiącach w końcu wyznał mi, że zaczyna coś do mnie czuć i bardzo chciałby mnie zobaczyć. Po roku rozmów przez skypopodobne programy, setkach maili, spotkaliśmy się. W związku z tym, że to były jeszcze początki zauroczeń, to było spotkanie we czwórkę. Przyleciał zza oceanu ze swoją dziewczyną, żeby się wreszcie oficjalnie poznać.
Jego uroda uderzyła mnie w twarz, gdy zobaczyłam go na żywo po raz pierwszy. Kamera internetowa nawet w najmniejszym stopniu nie oddawała tego, jak bardzo był przystojny. Wysoki, ciemnooki, ze skórą koloru kawy z mlekiem. Pełne, soczyste usta, zęby białe jak śnieg. Ten uśmiech oślepiał.
Poszliśmy do baru. Poznaliśmy się lepiej. Cała czwórka od samego początku się dogadywała, było dużo śmiechu, ale też poważnych konwersacji. Moje i jego oczy ciągle się jednak spotykały, nie mogliśmy ich od siebie oderwać. Po dużym kuflu piwa przeprosiłam towarzystwo i zeszłam ciemnymi schodami baru w stronę łazienek. Przez cały czas nie mogłam wyjść z podziwu, jak niesamowite wrażenie na mnie zrobił. Gdy tylko otworzyłam drzwi, stał tam i czekał na mnie. Paraliżując mnie spojrzeniem, chwycił mnie za fragment płaszcza, przyciągnął i pocałował. Szybko, ukradkiem. Spytałam "Co tutaj robisz?...", na co on odpowiedział: "jeśli kiedykolwiek miałem cię pocałować, to to był ten moment, tutaj i teraz. Mogę cię już nigdy więcej nie zobaczyć...". Moje serce zawaliło jak młot. Przysięgam, że do tej pory pamiętam to uczucie. Ten pierwszy pocałunek, chociaż bardzo niezdarny, na zawsze zostanie w mojej pamięci.
W związku z tym, że wydawało się, iż przyjaźń kwitnie, zaprosiłam ich do domu. Pozwoliłam im przenocować dwa dni przed odlotem, żeby nie musieli płacić za hotel. Miałam okazję być blisko niego i obserwować go. Z każdą chwilą coraz więcej do niego czułam i coraz więcej chciałam. Z jego strony odczytywałam te same sygnały. Wiedziałam, ze choćby nie wiadomo jak wiele musiałabym przejść, muszę go znów zobaczyć. Jego pierwszy powrót do domu był dla mnie bardzo ciężki. Dostawałam jednak tyle maili, tyle wspaniałych słów, że podtrzymywało mnie to na duchu. Miałam jego uwagę i zdecydowanie zaczęliśmy czuć do siebie coś, zdawać by się mogło, specjalnego.
Aby nie rozpisywać się zbyt długo nad szczegółami, przejdę do ważniejszych części tej historii. Otóż przez kolejne trzy lata, wzajemnie się odwiedzaliśmy. Ja latałam za ocean wraz jeszcze wtedy z chłopakiem, on wraz z dziewczyną do mnie, do Europy.
Z każdym razem, między nami dochodziło do coraz odważniejszych kroków. Nie umieliśmy każdej chwili prywatności marnować już tylko na spojrzenia. Zaczęły się pocałunki, pieszczoty, wyznania już miłości. Jego oczy opowiadały mi historie, jego usta zapewniały o tym, jak bardzo jestem ważna, cudowna, jedyna... Zaczęły się rozmowy na tyle poważne, gdzie obydwoje rozpatrywaliśmy rozstanie ze swoimi partnerami. Po co tkwić w czymś, co sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi?... Jego romantyzm i zaangażowanie poruszały moje serce. Każde rozstanie, powroty do domu, zabijały od środka. Każdego ranka mój telefon jednak witał mnie mailami przepełnionymi uczuciami, tęsknotą, planami.
W końcu pękłam. Tego roku wyjechałam na stałe za ocean, żeby być blisko niego, rozstając się z moim partnerem. Wylądowałam w jego domu. Jako wdzięczność za moją dobroć, pozwolił mi u siebie zostać (przyjechałam w ramach również biznesowych, więc pozwolił mi u siebie mieszkać). Witaliśmy się tak długo, że nie mogliśmy się od siebie oderwać. Obiecałam mu, że nigdy go nie opuszczę, że jestem tu, by być z nim i dla niego. Widziałam bardzo wyraźnie, że jego związek nie miał romantycznego podłoża. Wydawało mi się wręcz, że żyli ze sobą jak brat z siostrą. Miałam w sobie ogromne pokłady nadziei, że wylądujemy razem, że przebrniemy przez wszystko, że się uda.
Spędziliśmy dziesiątki nocy razem, w objęciach lub wyjeżdżając gdzieś, gdzie mogliśmy "udawać" parę. Za każdym razem, patrząc w jego oczy, widziałam nadzieję i miłość.
Po kilku miesiącach jednak, miałam o wiele więcej czasu i okazji, by rozmawiać z jego dziewczyną. Okazała się być wspaniałą osobą. Miałam też więcej okazji, by obserwować ich związek, wspólne życie. Ta dziewczyna wręcz mi zaufała, opowiadała o swojej rodzinie, a potem nawet przedstawiła mnie wszystkim jako "przyjaciółkę". Zostałam ciepło przyjęta do jej rodziny. Poznałam również jego rodzinę. Wspaniałych rodziców, kuzynów, ciotki. Wszyscy zaakceptowali mnie jak swoją.
Wyrzuty sumienia zaczęły zżerać mnie żywcem. Okazywała mi dużo dobroci. Była w stu procentach przekonana, że jej mężczyzna jest wierny, że dobrze im się układa, wręcz zawsze w samych superlatywach opowiadała mi o nim. Serce stawało mi w gardle, a oczy szkliły się łzami. Za każdym razem. Słyszałam historie o tym, jak się poznali, jak przeszli przez pierwszy raz, jak zaadoptowali psiaka, jak wielu mają przyjaciół...
Byłam jednak zaskoczona, że zawsze wszędzie jechaliśmy we trójkę, że on zawsze chciał brać ją ze sobą, jakby jednak nie było między nimi tak nieciekawie, jak zapewniał mnie przez lata. W chwilach prywatności zapewniał mnie o miłości, całował, pieścił, kochał. Coś jednak wisiało w powietrzu. Coś, co zaczęło wzbudzać we mnie strach. I nie były to tylko wyrzuty sumienia.
Zaczęłam mu opowiadać o historiach, które słyszałam na co dzień, przyznałam, że sprawiają, że cierpię. Jego odpowiedzi zaczęły być bardzo dziwne, nie miały nic wspólnego z tym samym mężczyzną, który przez lata pielęgnował te skrzydła, których sam mi dodał. Odpowiadał bardzo wymijająco, półzdaniami, niezrozumiale.
Z każdym kolejnym dniem słyszałam od niego coraz mniej o miłości. Na domowych imprezach zawsze bardzo zachwalał kuchnię swojej dziewczyny, pomagał jej, okazywał uczucia. Nie uczucia romantyczne, ale zdecydowanie troskę. Choć jedna strona mnie wiedziała, jak dobra jest ta kobieta, druga strona chciała zalewać się łzami. Czułam, szczerze, nieopisaną zazdrość i ból. Mój żołądek się skurczył, nie mogłam jeść. Patrzyłam na perfekcyjnie harmonijny związek, który nie miał nic wspólnego z opowieściami, którymi się ze mną dzielił.
Przez miesiące przechodziłam przez depresję. Jak bardzo dziwne by to nie było, on cały czas zabiegał o moje względy, starał się załagodzić sytuację. Znów dziwnymi półzdaniami się tłumaczył, a ja kolejnymi razy wierzyłam. Lądowałam w jego ramionach. Znów. I znów. I znów. I ponownie. I tak w kółko. Depresja przeplatana z pięknymi dniami pełnymi romansu.
Ból jednak narastał. Każdego dnia czułam coraz bardziej, że to już nie ten sam mężczyzna. Po każdej wspólnie spędzonej nocy, musiał mnie opuszczać i wracać do codzienności, rutyny, w której tak komfortowo się czuł. Każdego dnia, nawet w mojej obecności, planowali nowe rzeczy, jakby było to takie normalne, oczywiste. A ja słuchałam i nie mogłam uwierzyć. Przez lata myślałam, że to była miłość silniejsza od gór, że wszystko przezwycięży, że ten romans, wbrew temu, że romans, był budowany na prawdzie.
Zaczęłam czuć się coraz bardziej jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Wspólne wyjazdy zawsze odbywały się w trójkącie, on nawet nie starał się aranżować więcej prywatności. Dawał mi, kompletnie zresztą nie zdając sobie sprawy, do zrozumienia, że chyba jednak trzeba szukać wyjścia ewakuacyjnego, źe chyba jednak popełnił błąd. Ilekroć mu to wypominałam, udawał, że nie rozumie, że przecież wiem, że mnie kocha, że mnie docenia...
Coraz więcej czasu spędzałam w samotności, płacząc. Przeklinałam swoją decyzję, swoją lekkomyślność, swoją ufność. Czułam, że mężczyzna, który był dla mnie nie tylko kochankiem, ale też podporą, przyjacielem, zamienia się w kogoś, kto odzwierciedlał moje największe obawy, mój największy strach. Jego imię zaczęło brzmieć bardziej jak Zawód, Ból, Cierpienie, Kłamstwo. Paradoks tej całej sytuacji zabijał mnie od środka. Wiedziałam, że nawet, jeśli bylibyśmy razem, teraz już wszyscy by mnie znienawidzili. Rodziny, które tak ciepło mnie przyjęły, a także przyjaciele. Wiedziałam również, że utrata jego wiąże się z równie silną depresją i bólem, że mnie to zmiażdży, zabije. Nie było, dosłownie rzecz biorąc, wyjścia z tej sytuacji.
Mijały kolejne dni, miały miejsce kolejne zawody, rozczarowania. Dzień za dniem obserwowałam, jak mężczyzna mojego życia zmienia się, jak nasza miłość gaśnie. Obserwowałam jego związek na co dzień, byłam świadkiem okazjonalnych objęć, uroczych gestów z jego strony dla niej. Gdyby stan emocjonalny zabijał, to możecie sobie wyobrazić, jakbym umierała długą, powolną i bolesną śmiercią. Z ręką na sercu. Zarywałam dnie i noce wyjąc i zanosząc się z bólu.
Każda kolejna rozmowa była coraz cieńsza, dziwniejsza. Obejmował mnie, obdarzał okazyjnymi pocałunkami, ale to już nie było to samo. W ostatniej rozmowie wspomniałam, że z mojej strony nic się nie zmieniło, że nadal kocham, że tęsknię, że marzę. Opowiadałam mu o moich fantazjach, dzieliłam się bólem; Nie dosłownie, lecz podświadomie, dawałam mu do zrozumienia, że błagałam o powrót tego mężczyzny, który tak bardzo chciał ze mną być. Bezskutecznie. Spojrzał się w moje oczy i usłyszalam coś w tym stylu: "Uwielbiam ci pomagać. Uwielbiam, gdy się śmiejesz, gdy spędzamy razem czas. Wszystko, czego pragnę, to żebyś była szczęśliwa. Kiedy widzę jednak, że moje gesty w twoją stronę dostają przeciwną reakcję do zamierzonej, kiedy płaczesz, nie wiem, co robić. Bardzo cię kocham i doceniam i chcę dla ciebie jak najlepiej". Czekałam na więcej, jak zwykle, lecz nigdy się nie doczekałam.
Po tej rozmowie, nadal momentami impulsywnie rzucałam się w jego ramiona, desperacko szukając nadziei. Odwzajemniał, lecz to nie była już ta spontaniczna, dzika i wręcz nastoletnia miłość. To było na zasadzie "chcę cię pocieszyć, bo źle się czujesz". Szukałam ciepła, miłości, a pomimo ciepła jego ciała, w tych ramionach czułam pustkę. To było najbardziej bolesne uczucie, jakiego doświadczyłam. Ten moment, w którym wreszcie, po dziesiątkach prób, zrozumiałam, że jego miłość była tymczasowa, że jednak to nie to, że się nie uda.
Zdradzał wcześniej. Nie byłam pierwszą. Dziewczyna przede mną również targnęła się na decyzję, ale on jej nie odzajemniał. Pytała, czy będą razem, on nie umiał odpowiadać. Silniejsza ode mnie, dała radę odejść po roku. Ja dopiero po czterech. Przez te lata jednak każda kobieta wierzyłaby, że przecież każdy popełnia błędy, że ja widzę, że on kocha, że się angażuje, że pragnie tego samego. Zignorowałam to. Byłam w błędzie. Wyobraźcie sobie, że ta dziewczyna to przyjaciółka rodziny i osobiście ją poznałam na jednej z domowych imprez. Została zaproszona przez samą Jego partnerkę. Dołączyła do grupy ludzi, wszystkich rozśmieszała. Dziś jest już mężatką. Patrzyłam na to wszystko i nie mogłam uwierzyć oczom. On zachowywał się tak normalnie, że ta normalność mnie paraliżowała. Jego dziewczyna gaworzyła z przyjaciółką rodziny godzinami, nie mając pojęcia, że to właśnie jej mówił "kocham cię" lata temu, za jej plecami.
Siedząc w grupie prawie dziesięciu osób, zaczęło brać górę uczucie, że jestem dokładnie taka sama; Zagubiona w tłumie, niezauważona, zaledwie "przyjaciółka rodziny". Pan i pani domu są perfekcyjnymi gospodarzami, ja pomagam, okazyjnie rozmawiam z grupą kumpli. Co jakiś czas otrzymuję od niego ukradkiem spojrzenie i uśmiech. Wydawało mi się, że nie miał pojęcia, co mi robił. Ból, jaki zadawał był nie do zniesienia.
Uwierzcie mi, tłumaczyłam mu. Tłumaczyłam mu wielokrotnie. Byłam jednak tak głupia, że nie umiałam zrozumieć, że on po prostu nie podziela już moich pragnień. Jego mowa ciała, sposób wypowiadania się, dawał mi jakby do zrozumienia, że wyolbrzymiam, że przecież on robi wszystko, żeby mnie uszczęśliwiać. Zamierałam.
Kilka dni temu po raz ostatni byłam w jego objęciach. Znów z impulsu, głupiego, bezsensownego impulsu. Pocałował mnie, bardzo pusto, a ja potem zamarłam, z głową wciśniętą w jego obojczyk. Oddychałam ciężko, długo. Jego oddech zdawał się być przyspieszony, jakby był zdenerwowany. Po chwili wstał i wyszedł. Tak po prostu. Zażartował o czymś losowym i wyszedł, mówiąc mi, że jest śpiący. Słyszałam jego kroki na godziny po tym, jak wyszedł. Po prostu kłamał. Wygasłam ostatecznie.
Chciałabym, żebyście wiedziały/wiedzieli, że zdaję sobie sprawę z tego, że jego dziewczyna to wspaniała kobieta. Byłam między młotem a kowadłem, w dosłownym tego słowa znaczeniu i nie miałam bezbolesnego wyjścia z tej sytuacji. Nie rozumiałam jednak kłamstw, nawet tych drobnych, żeby zyskać moją uwagę. Nie rozumiałam tych zapewnień o miłości, tych planów, wspólnych marzeń.
Dziś nadal wszystko widzę, obserwuję, jestem częścią ich życia. Zbyt wiele im zawdzięczam, by sie odwrócić, odejść. Na co dzień widzę, jak co raz to nowsze rzeczy pojawiają się w ich domu, jak planują, angażują się. Kompletnie normalnie. Na ustach mam przyklejony sztuczny uśmiech, bo od środka umieram, gniję. Jeżdżę z nią na zakupy, słuchając coraz to nowszych opowieści o nim, w samych jak zawsze superlatywach. Dzisiaj jego mama nazywa mnie swoją drugą "córką", a jej rodzina chce widywać mnie na rodzinnych zlotach. Jak mam odmawiać?...
Błagam Was, dziewczyny, jeśli którakolwiek z Was jest w romansie z zajętym mężczyzną, odpuśćcie. Szanse są tak małe, a zawód tak duży, że ciężko przez to potem przerbnąć bez pomocy psychologa. Ja jestem tutaj uwięziona, nawet perspektywy na przyszłość nie dają mi szansy na przejście przez ten ból. Ja staram się tłumić tę depresję, ale ciężko jest mi grać na oczach wszystkich.
Jest tego o wiele więcej, ale przedstawiłam Wam główny aspekt. Byłam głupia, krzywdząc sama siebie i kogoś innego. Nauczyłam się bardzo ciężkiej lekcji. Nie życzę tego nawet największemu wrogowi.